Patagonię pokrywały białe plamy solnisk i błękitne jeziora biorące początek w lodowcach. Stalowe chmury płynęły nad niemym horyzontem. Świata było mało. Małe mieściny i estancie na pustkowiu. Ziemia się zwęziła. Od Atlantyku po Andy ciągnął się wypłowiały step. Wiało bez końca – zawsze z zachodu, od Pacyfiku. Wiatr nadawał chmurom owalne kształty. Przypominały soczewki lub migdały, dlatego można je było pomylić z UFO. Deszcz zostawał w Andach, dalej nie docierał. Był to świat sprzed człowieka. Bardziej Uran niż Ziemia.
W poczekalni dworca autobusowego w El Calafate spały bezdomne psy. Miasto leżało w dole. Ludzie posadzili topole, ale niewiele to zmieniało. Wiatr niósł pył. Ludzie nie przejmowali się za bardzo. Wykańczała ich inflacja, ale nie marudzili. Uśmiechali się dosyć często, jak na ten klimat. Był w nich pewien luz. Tylko z Malwinami nie umieli sobie poradzić. Wszędzie stały pomniki, podkreślające ich oderwanie od macierzy, albo tablice informujące o odległości. Z El Calafate było 876 kilometrów. Jątrzyli tę ranę. Malwinynasze, Falklandyniewasze. Uzależnili się od bólu wyobrażonej utraty i wciąż chcieli go czuć.
W osłoniętych andyjskich dolinach pojawiały się pierwsze drzewa – bukany chilijskie o małych, delikatnych liściach. Słońce było ostre, jakby cała atmosfera wyparowała, a zieleń iskrzyła się jak na sterydach. Z przełęczy spełzały błękitno-białe lodowce. W głębi leżał Lądolód Patagoński – trzecia największa na świecie masa lodu. Biły stamtąd mrok i chłód. Chmury dotykały lodu.
To dziwne, ale patrząc na ów lód, czułem ciepło. Chciałem iść w głąb, choć był to kierunek przeciwny życiu. Od pociętego przez szczeliny lodowca dzieliła mnie błękitna zatoka, do której co jakiś czas wpadały z hukiem wielkie odłamki, ale i tak chciałem. Lodowiec tchnął chłodem, który mnie ogrzewał. Tak jakby to ciepło było większe i głębsze niż ja. Pomyślałem, że jest produkowane przez śmierć – wytwarzają je zmarli. Czułem, że muszą być właśnie tam.
To do nich podróżuję. Szukam na mapie krain umarłych, bo umarłych jest przecież coraz więcej. Odumierają nas. Dlatego zmierzałem na południe, poszukiwałem miejsc, w których świat i życie wyczerpują się, znikają. Chciałem ich odnaleźć. Myślałem, że ich widma zamieszkują lodowce, bo lodowce są przeciwieństwem życia. Dlatego było mi ciepło. Wyczuwałem ciepło promieniujące z głębi lodu i głębi czasu, aż po plejstocen. Wydawało mi się, że byli tam, gdzie światło mieszało się z cieniem. Szli, ciągnąc sanie. W śmierci prowadzili życie z epoki lodowcowej. Zwłaszcza wtedy, gdy robiło się mrocznie. Gdy zjawiało się słońce, chowali się. Musieli przeczekać życie. Byli widmami, dlatego mogli żyć w lodowatej utopii. W nicości, której nie ma.
Zmarli kryją się w szczelinach mapy, na terytoriach niezamieszkanych, na końcach dróg, na przylądkach, w lodzie. W mroku, który zaczyna się na krawędzi geografii. Dlatego ciągle tam jeżdżę. Szukam swoich zmarłych. I przez mgnienie czuję ich obecność. Na Grenlandii albo na Lądolodzie Patagońskim. Geografia to nekropolia.
W przyszłości
Potem pojechałem dalej na południe – do Chile. Był wieczór. Na głównym placu stały niewielki kościół, betonowy budynek poczty i kilka parterowych domów z drewna. Na środku przycięte drzewa, popiersie i powiatowa fontanna. Umieszczoną za szybą figurę Najświętszej Panienki zdobiły sztuczne kwiaty. Było po deszczu. Krawężniki pomalowano na żółto, asfalt błyszczał. Słońce wysunęło się spod dżdżystych chmur i wylało na miasto zimne światło. Myślałem, że jestem na północno-wschodnim skraju dawnej Rzeczypospolitej. Puerto Natales było jak zdrowie.

Wystarczyło jednak zejść nad Seno Última Esperanza – Zatokę Ostatniej Nadziei, żeby mózg się zresetował. Przestrzeń eksplodowała i opustoszała. Powidok łąk zielonych i pagórków leśnych wyparował. Ślepy fiord kończył się ośnieżoną górą Balmaceda, z której spływał biały jak śmierć lodowiec. Za nią szczerzyły się szczyty Torres del Paine, wyglądające jak żuchwa dinozaura.
250 kilometrów dalej znajdowało się Punta Arenas. Wiał zimny wiatr od Antarktydy, a ziemia wyczerpywała się. Miasto było dziwne, trochę jak tani kalejdoskop. Ludzie migrowali tu zewsząd i budowali je tak, jak umieli – z pamięci. Wszystko się pomieszało. Trochę niskich kamieniczek, trochę chilijskiego modernizmu. Pałacyk owczych magnatów sprzed 120 lat – czasów prosperity. Tu spał Amundsen, a tam plastikowy pingwin zapraszał na piwo. Nad ulicami plątanina kabli. Ogromne anteny skierowane na północ sąsiadowały z pomnikiem Shackeltona wskazującego ręką biegun południowy. Miszmasz. Wreszcie wielki napis farbą na ceglanym murze: „Nordrhein-Westfalen 1972–1986”. Gapiłem się jak na poniemieckie prześwity w Szczecinie. Pięćdziesiąty trzeci równoleżnik, na nabrzeżu szosa, pył i pustki jak po bombardowaniu – wszystko pasowało. Rozwłóczenie, mozaikowość i poczucie, że najlepsze czasy przeminęły.
Po drugiej stronie Cieśniny Magellana leżał Porvenir – „przyszłość” po hiszpańsku. Chodziłem po szachownicy pustych ulic i patrzałem na przyszłość. Nic nie zasłaniało widoku. Każda ulica prowadziła na koniec miasta. Dalej ciągnęły się stepy Ziemi Ognistej. Wiało. Drzewa kapitulowały. Połowa sklepów była zamknięta. Na głównym placu stał pomnik przedstawiający pasterzy i ich owce. Świat był odwrócony do góry nogami. Było południe, a miasto spało. Życie toczyło się gdzieś indziej. Przyszłość nie przyszła. Porvenir był za daleko.
Na przełomie XIX i XX w. migrowało tam sporo Chorwatów. Poszła fama, że na południu Chile czeka na nich przyszłość. Zamienili ciepło na zimno, słońce na wiatr, Adriatyk na Cieśninę Magellana. Chorwacja na Ziemi Ognistej. Croacia del Fuego. Chorwacja, w której zawsze jest zimno. Z wielorybami i pingwinami. Ślady były nadal widoczne. Naklejki na samochodach, flagi albo kluby Croatia. Najbardziej na cmentarzu, gdzie ciała i kości się przemieszały, tworząc Chilorwację.
Obiekty łowów
Potem popłynąłem na chilijski i południowoamerykański koniec świata – do Puerto Williams. Odbiliśmy z przystani na przedmieściach Punta Arenas, kierując się na południe, gdzie nie było już prawie nic. Prom był mały, na otwartym pokładzie stało kilka ciężarówek, trochę kontenerów i garstka osobówek. Nie było kajut, spało się na krzesłach. W mesie wisiał portret Darwina.
Prom rozcinał szarą wodę Cieśniny Magellana. Słońce już zaszło. Stałem na dziobie opatulony we wszystko, co miałem. Niebo było potężne i dzikie. Wiatr szalał. Patrzałem, jak kończy się świat. Do wnętrza ciała wpełzał mrok. Coraz mniej światła, coraz mniej świata. Wielorybie oddechy wystrzeliwały gdzieś w oddali.
Na horyzoncie rosły czarne brzegi Wyspy Dawson, gdzie niegdyś istniały obozy koncentracyjne. Pierwszy założyli pod koniec XIX w. salezjanie – był przeznaczony dla Indian Selk’nam. Na Ziemi Ognistej, gdzie mieszkali od tysiącleci, groziło im ostateczne rozwiązanie. Traktowali owce podobnie jak guanako – jako własność wspólną, obiekt łowów. Hodowcy wypowiedzieli im wojnę. Skoro oni zabijają nasze zwierzęta, my zabijemy ich. Zaczęło się polowanie na ludzi. Za zabójstwo płacono funta, a jako dowód służyły odcięte uszy albo dłonie. Wystrzelano niemal wszystkich.
Salezjanie próbowali ocalić niedobitków. Przesiedlili ich na Wyspę Dawson, zbudowali baraki, przywieźli ubrania i głosili słowo Boże. Uczyli ich prostych rzemiosł i próbowali uczynić ludźmi, bo nie dowierzali, że już nimi są. Ale Selk’namowie umierali. Marnieli w barakach, kurczyli się w kapeluszach i sukniach z falbanami. Zarażali się nieznanymi dotąd chorobami i umierali. Salezjanie nic z tego nie rozumieli. Nie pojmowali, że słowo Boże może być trucizną, a cywilizacja więzieniem. Po 20 latach obóz zamknięto. Z blisko 900 dusz przetrwało 25.
Później utworzono tu obóz dla wrogów dyktatury Pinocheta. Przetrzymywano bliskich współpracowników Salvadora Allende. Na wyspie znaleźli się ministrowie, senatorowie, prezydenci miast, rektor uniwersytetu i prezes banku narodowego. Były baraki, nary, wieże wartownicze, drut kolczasty, śnieg, praca przymusowa przy wyrębie lasów magellańskich i niewystarczające racje żywnościowe – wszystko jak należy. Chilijska Kołyma.
Po drugiej stronie Cieśniny znajdowały się miejsca nie mniej mroczne. Leżało tam Puerto del Hambre, Port Głodu – pierwsza osada na tych ziemiach, założona przez Hiszpanów w 1584 r. Wylądowało tam ok. 300 ludzi, aby wkrótce wymrzeć z głodu, zimna i bezsilności. Trzy lata później dotarł do nich angielski żeglarz Thomas Cavendish – na miejscu zastał garstkę snujących się w poszukiwaniu jedzenia dochodiagów.
Kawałek dalej kontynent rozpadał się na labirynt wysp. Ameryka znikała. Ląd urywał się na Przylądku Froward. Krajobraz kostniał. Przestrzeń była rozdarta. Coś w niej krzyczało, szarpało się, rwało, na przemian wynurzało z wody i tonęło. W ciemności majaczyli utopieni marynarze, samobójcy o przerażonych twarzach, szkielety zagłodzonych, pozbawione uszu głowy ludu Selk’nam oraz oprawcy reżimu i ich ofiary poddawane wymyślnym torturom.
W oddali zobaczyłem płynący cień statku. Rozpoznałem go. Było to widmo karaweli Trinidad dowodzonej przez Magellana. Przegniły drewniany kadłub był pełen dziur, a postrzępione żagle łopotały na wietrze. Spowita mrokiem jednostka płynęła w tym samym kierunku co my. Trup kapitana jeszcze żył.
Zdrętwiały Portugalczyk szukał drogi na Pacyfik, krążył w ciemności, zaglądał do ślepych zatok, patrzył w nieznane gwiazdy i naciągał na zżółkłe i wychudzone przez wieki ciało wciąż spadające spodnie. Widział na niebie Wielki Obłok Magellana, ale nie mógł sobie przypomnieć jego nazwy. Gapił się na mdłą galaktyczną mgłę i śnił o słońcu, lecz słońce zamarzło. Na krańcach ziemi dostrzegał tylko pojedyncze płomyki. To Jaganie palili ogniska w swoich łódkach. Byli nadzy, chronili się przed zimnem smarując ciała tłuszczem fok. Nikt nie dotarł dalej na południe niż oni.
Mapa rozczarowań
Rano na świat opadł cień. Opuchnięte chmury wisiały nad szarą wodą. Z morza wyrastały gołe góry. Na szczytach leżał śnieg – lato było zbyt krótkie i zimne, żeby stopniał. Wszystko zostało z tyłu. Jedynym śladem ludzkiej obecności były małe latarnie morskie i znaki nawigacyjne. Na horyzoncie widać było Cieśninę Drake’a. Wiatr hulał. Od czasu do czasu powietrze przecinał deszcz.
Kres Ameryki Południowej był postrzępiony, pocięty przez fiordy, zatoki, kanały. Wyglądało na to, że ziemia nie wytrzymuje naporu wody i wiatru, jest za słaba, rwie się na kawałki, znika, jest jej coraz mniej. Świat się wyczerpywał, a krajobraz zakleszczał. Tkwiły w nim chłód i opuszczenie. Życie stygło. Prom rozpruwał ciemne wody Bahía Desolada – Zatoki Spustoszenia. Potem wpłynęliśmy do Kanału Ballenero – Wielorybników. Topografia tworzyła mapę rozczarowań, zbłądzeń i walki o przetrwanie. Seno Última Esperanza – Zatoka Ostatniej Nadziei. Isla Desolación – Wyspa Zgryzoty. Bahía Desengaño – Zatoka Rozczarowania. Bahía Inútil – Zatoka Bezużyteczna. Seno Obstrucción – Zatoka Obstrukcji. Isla Furia – Wyspa Furii. Isla Deceit – Wyspa Podstępu. Bahía Escape – Zatoka Ucieczki. Żeglarze, którzy nadali te nazwy, słusznie przeczuwali, że zbliżają się do kresu.
Do Kanału Beagle’a spływały lodowce. Tkwił w nich bezbrzeżny smutek i trupi chłód. Antarktyda była blisko. Za blisko. Nie dało się uniknąć jej przemożnej obecności, lodowatego ogromu. Świat kurczył się, kulił z zimna, zamierał w oczekiwaniu na cios.

Na końcu drogi leżało Puerto Williams. Minęło 31 godzin rejsu, była pierwsza w nocy. Ulice stolicy Antarktyki Chilijskiej były puste. W kawiarni grał melancholijny koncert fortepianowy. „Cześć” mówili tu wszyscy do wszystkich. Ale ludzi nie było widać. Samochody często stały na flaku. Asfalt kończył się zaraz za rogatkami. Wyspa. Konie chodziły luzem. Wszędzie wisiały flagi. Rzędy identycznych domów pokrytych białym sajdingiem. Rzędy flag. Rzędy skrzynek na śmieci. Rzędy samochodów. Trochę jak koszary.
Czasami ktoś rąbał siekierą drewno na opał, bo tam pali się w piecu nawet latem. Prąd od czasu do czasu wysiadał. Białe chmury spełzały z gór i wisiały nad miastem jak wata. Kierowcy zatrzymywali się przed znakiem stop, nawet jeśli nic nie jechało. Stali i patrzyli krowim wzrokiem na puste ulice. Pieszych przepuszczali najgrzeczniej na świecie i czasami pozdrawiali zza szyby. Tylko bezpańskie psy i konie chodziły jak chciały.
Psy gromadziły się pod dwoma spożywczymi. Kasjer miał zakręcony do góry wąsik, jak Salvador Dalí. Papryka zepsuła się, banany nie dotarły. Po ósmej na ulicach nie było już absolutnie nikogo, chociaż wciąż było widno. Wiało. Ręce kostniały z zimna. Czułem się bezradny, bo nie umiałem ułożyć sobie tego w głowie.
Jaganie żyli tam od dziesięciu tysięcy lat. Mieszkali w osadzie za miastem – zepchnięci na margines. Prowadziła tam droga Fin del Mundo. Z kominów unosił się dym. Na podwórkach widać było sieci, zużyty sprzęt, wraki samochodów. Wokół kałuże. Z kurnika dobiegał głos piskląt. Na placu zabaw leżały kości wieloryba.
Ostatnia kobieta znająca język już umarła. Nie przeżyli spotkania z cywilizacją z północy. Oduczyli się żyć.
Dno planety
Za miastem rosły lasy magellańskie. Zajmowały dolinę osłoniętą od wiatru. Bukany nothofagus pumilio były wytrzymałe na mrozy, zaskakująco wysokie i gęste. Liście jarzyły się w słońcu, a szarą korę pokrywały porosty. Umarłe gałęzie przypominały kości rąk. Szedłem do góry błotnistą ścieżką. Zza drzew prześwitywała leżąca naprzeciwko Ziemia Ognista. Nad Kanałem Beagle’a od czasu do czasu pojawiały się srebrne smugi deszczu. Był to ostatni las na świecie. Po deszczu wyglądał jak dżungla, jego bujność była niepokojąca. Nie pasował do położenia na mapie. Ostatni wykwit witalnych mocy przed wielkim lodem. Jednak 500 metrów wyżej drzewa skarlały, a następnie zniknęły. Rozciągała się tam wietrzna tundra. Pod nogami były tylko mchy i rzadkie kępki anemicznych traw. Zimny wiatr znowu się rozpędził, a niskie chmury ocierały o pustą ziemię.
Na końcu było urwisko. Poniżej otwierała się dolina z płytkimi, polodowcowymi stawami. Resztki śniegu zalegały na kamienistych osypiskach – udało im się przetrwać lato. Horyzont zamykały szczyty szczerzące się jak psie kły. Za nimi Wyspa Navarino urywała się. 110 kilometrów dalej, na Archipelagu Wollaston, znajdował się Przylądek Horn. Wszystko się skończyło. Cały świat został na północy. Fin del mundo.
Dalej leżała Antarktyda. Zaświaty. Antypoda. Białe dno planety. Prosta rzeczywistość, składająca się z kilku podstawowych elementów. Powietrze, woda i lód. Fizyka i przestrzeń – kierunki geograficzne, odległości i współrzędne. Światło i ciemność. Byt, bycie, nicość – pojęcia graniczne. Biały kontynent filozofii. 14 milionów kilometrów kwadratowych, prawie jak Rosja. Oślepiająca biel, w której wszystko znika. Niebo i piekło jednocześnie. Kosmos na ziemi. W samym sercu biegun, który jest jak śmierć. Punkt bez żadnych wymiarów, czysta abstrakcja we wnętrzu lodu. Miejsce, w którym ty i nic to jedno.
To koniec, pomyślałem, dalej nie pójdę. 54 stopnie, 58 minut. Czułem, jakbym opadał. Spojrzałem w przepaść, przed oczami przelecieli mi umarli. Zobaczyłem ojca. Rysiek pokiwał głową. Babcia jak zawsze siedziała w okularach do czytania na swoim fotelu pod kominem, żeby grzać plecy. Obrała jabłko i pokroiła je na kawałki, bo nie lubiła jeść ze skórką. Wiedziałem, że jestem blisko. Bliżej niż kiedykolwiek. Na chwilę przestało wiać. Wyszło słońce. Babcia wyciągnęła dłoń z kawałkiem jabłka. Poczęstuj się. Musnąłem ręką powietrze i schowałem ją do kieszeni. Powiedziałem, że jeszcze nie. Przyjdę później.
Odwróciłem się i poszedłem z powrotem na północ.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.



















