Trzask żywiołów

Granice światów są tu najmniej szczelne. Bajkał jest kotłem, w którym ścierają się siły nieba i podziemi. Zimą te moce kondensują się najsilniej – dlatego o niej piszę, choć teraz jest lato.

03.08.2023

Czyta się kilka minut

Pęka lód w pobliżu wyspy Ogoj na Bajkale / ALAMY STOCK PHOTO / BEW
Pęka lód w pobliżu wyspy Ogoj na Bajkale / ALAMY STOCK PHOTO / BEW

Wciąż to dudnienie. Łomot. Trzask. Kołatanie. Jakby ktoś tam żył. Jakby chciał przebić lód Bajkału od spodu i wydostać się na powierzchnię. Szamotał się, rzucał wte i wewte, walił pięścią. Potężny, niespokojny, zdeterminowany.

Stałem na szczycie urwiska na wyspie Olchon i bałem się. Naprawdę się bałem. Nie tego, że lód się załamie, bo wtedy był marzec i trzymał mróz, ale tego, że wszystko wokół było żywe. Woda, lód, ziemia, góry, powietrze, niebo. Wszystko. I słyszy, i widzi, i wie.

Wylałem trochę czaju z termosu. Posłodzonego, choć zwykle nie słodzę. Rzuciłem kawałek mandarynki, parę kostek czekolady, ciastko. No i monety.

Monety należy rzucać z głową. Duchy biorą ponoć tylko te złote. Gustują w dziesięciokopiejówkach lub dziesięciorublówkach. Kopiejek nie miałem, bo są nic niewarte, naszych złotogroszy też nie, a eurocentów było mi szkoda, więc musiałem rzucać złote dziesięciorublówki. Srebrnymi natomiast gardzą. Tak twierdzą ludzie, którzy mieli z nimi kontakt. Widziałem co prawda srebrne monety z Chin, bo chińscy turyści nie znają zaświatowych reguł. Profani. Ale oni mają prawo. Są od rzeczy tego świata, a nie tamtego. Duchy nie chcą też piątek czy pięćdziesiątek, bo to połówki. Wolą dziesięć kopiejek niż pięć rubli. Widocznie mają swój transcendentny przelicznik. Nie pajmiosz. Ale rzucasz, bo nie masz wyboru. Inaczej przegryzą ci linkę hamulcową, wrzucą gwóźdź do zupy, gałąź wsadzą w oko.

Można jeszcze dla pewności pobryzgać mlekiem. W sklepie we wsi Chużyr sprzedają zagęszczone 7,1 proc. UHT w półlitrowych kartonikach. Idealne rozwiązanie, bo spokojnie zmieścisz do plecaka, a duchy są na nie łase.

Lubią też wódkę, ale trzeba się umieć z nią obchodzić. Wódka to dualizm wody i ognia – żywiołów podstawowych. Coś jak mieszanka Talesa z Heraklitem. Dlatego wódkę powinni polewać tylko wtajemniczeni szamani. I robią to, bo w XX wieku wśród duchów zaczął się szerzyć alkoholizm. W Związku Radzieckim wiara przodków była niszczona, tradycje szły w niepamięć, wierni bali się składać ofiary. O duchach zapomniano. Dlatego poczuły się zbędne, wykluczone z proletariackiej rodziny narodów i podupadły na duchu. Zawsze były istotami trudno uchwytnymi, a teraz groził im pełny niebyt. Popadały w depresję, a lekarstwem miał być alkohol. No i się uzależniły. Sojuz runął, a pociąg do mocniejszych trunków pozostał.

Ale nie jest to słabość właściwa tylko syberyjskim duchom. W Boliwii, na przykład, istoty nadprzyrodzone też lubią używki. Słynnej Cerro Rico pod Potosí, z której Hiszpanie wydobyli w czasach kolonialnych tysiące ton srebra, strzeże bóg podziemi Tio. Ma wiele glinianych posągów w wąskich tunelach kopalni. Jest przystrojony we wstążki, nosi kalosze. Boliwijscy górnicy leją mu czysty spirytus, sypią liście koki i wkładają w usta zapalone papierosy. Jeśli dopalą się do końca, to dobry znak. Jeśli nie – zły. Sami też piją i żują kokę, ale z Tio dzielą się sprawiedliwie. Bo właśnie od niego zależy, czy znajdą srebro albo chociaż cynę. I czy nie zawali się strop.

Dlatego najpierw podzieliłem się z duchami Bajkału wszystkim i dopiero potem zszedłem na lód. Był marzec, jak już wspomniałem, więc miał 80 centymetrów grubości i jeździły po nim samochody. Nawet małe ciężarówki i autobusy mogły wjeżdżać. Zaczynają już przy 20 centymetrach. Ruch trwa ze dwa miesiące, przypada na luty i marzec. Są wytyczone drogi, nawet znaki stoją. A potem drogi topnieją. Ostatni ryzykanci próbują się przedrzeć i niekiedy toną. Dlatego lepiej jeździć z odpiętymi pasami, będziesz miał tę sekundę czy dwie więcej.

BAJKALSKI LÓD ZASŁUGUJE NA OSOBNĄ OPOWIEŚĆ. Był goły lub pokryty cienką warstwą zmrożonego śniegu, gładki lub chropowaty. W jednych miejscach składał się z zamrożonych kawałków kry, w innych był przeźroczysty jak szkło. Przenikały go pęknięcia wyglądające jak wstęgi z kryształu, tkwiły w nim pęcherzyki powietrza. Wszystko to było pełne niepokoju, mocy i znaczeń. Trochę jak labirynt albo zaszyfrowana mapa.

Niekiedy wydawało mi się, że stoję nad otchłanią. Stoję i nie opadam w dół, choć pod nogami była tylko ciemna toń. Przypominała bezgwiezdną noc. Ale nie była ślepa. Czułem na sobie czyjeś spojrzenie. Ktoś patrzył na mnie stamtąd.

Niebo też było ogromne, dzikie i nieokiełznane. Bezładnie płynęły po nim poszarpane przez wiatr chmury. Niektóre były ciemne jak podwodne głębiny, inne jasne niczym śnieg. Generalnie spektakl. Można gapić się godzinami.

I jeszcze ta niemota – milczenie świata, które udzielało się również mnie. Jakby słowa wywietrzały, jakby wiatr wymiótł z nich wszelkie znaczenie. Stawały się puste i przestawały mieć sens, bo nie ogarniały świata. Świat się w nich nie mieścił. Znaczenie miały już tylko kierunki wiatru, lot ptaków, kształt chmur, rysunek lodu. Reszta zwietrzała.

Kiedy stanąłem na lodzie naprzeciwko świętej skały, w której mieszkają bogowie, prószył lekki śnieg. Ale po chwili wszystko się odmieniło. Ołowiana chmura odeszła, wyjrzało słońce, a nad skałą zajaśniała tęcza. Mieniła się czerwienią i błękitem. Trwało to minutę. A lód dudnił i trzeszczał przez cały czas.

Ta skała na Olchonie to chyba najświętsza rzecz na całej Syberii. Tabliczki proszą, żeby się do niej nie zbliżać, bo to profanacja. W jej wnętrzu znajduje się pieczara. To już najświętsze z świętych. Grób Pański, Kaaba, Ściana Płaczu. Archeolodzy odkryli w niej przedmioty kultowe pochodzące sprzed pięciu czy siedmiu tysięcy lat. A więc jeszcze sprzed historii. Już wtedy promieniowała świętością.

Na Olchonie zresztą wszystko jest święte, właściwie nie ma miejsc nieświętych, gdzie nie wdepniesz, tam ziemia święta. A Bajkał to nie jezioro, tylko morze. Święte Morze Syberii, jak mówią Buriaci. Za jezioro może się obrazić i będzie źle.

RDZENNI SYBIRACY WIERZĄ, ŻE ŚWIAT SKŁADA SIĘ Z TRZECH POZIOMÓW. Na górze znajduje się niebo, które jest świetliste, kwieciste, piękne i ciepłe. Jest tam dużo złota, a w rzekach zamiast wody płynie zagęszczone mleko. Mrozów tam nie ­zaznasz. Po stepie wędrują wielkie stada zwierząt. Są ufne, tłuste i mają piękne futra. Tamtejsi bogowie też mieszkają w jurtach, ale lepszych niż nasze. Chciałoby się pobyć tam dłużej, ale trudno się tam dostać. Da się tylko przez Gwiazdę Polarną. Prawdziwe niebo jest ponad naszym niebem.

Jego przeciwieństwem są podziemia. Tam też istnieją światy, tyle że mniej przyjazne. Panuje w nich mrok, słońce i księżyc są przymglone i „szczerbate”. Trawa na stepie jest żelazna, a bydło zwyrodniałe. Na niższych piętrach krajobraz robi się jeszcze bardziej makabryczny. Są tam ponoć jeziora wypełnione krwią lub łzami oraz rzeki pełne trupów. Na samym dnie mieszka władca podziemi chan Erlik – w pałacu z żelaza albo szlamu, pośród cuchnącego bagna. Bogowie i duchy podziemi są szkaradne i pożytku raczej z nich nie ma. Zsyłają choroby, pomór, utonięcia, wypadki samochodowe. No i zimę.

Właśnie tam pójdziemy po śmierci. Na szczęście nie na samo dno, lecz na piętra położone trochę wyżej, gdzie cherlawe słońce jeszcze świeci. Świat martwych jest negatywem świata żywych. Wszystko jest tam na odwrót. Prawe jest lewym, góra dołem, wschód zachodem, twarz dupą, a dupa twarzą. Gdy u nas jest dzień, u nich noc. Zupełnie jak na Kamczatce albo Alasce. Dlatego przedmioty, które dajemy zmarłym na drogę, należy najpierw zniszczyć, połamać. Uczynić je opacznymi, odwrotnością naszych. Podziurawić garnki, ­połamać noże, porwać ubrania, oderwać podeszwy od butów. Dzięki temu będą się nadawały do użytku w tym odwrotnym świecie. Poza tym umarlaki żyją podobnie jak my. Też mieszkają w jurtach z wojłoku, wypasają konie i bydło – tyle że chudsze, bardziej mizerne.

Ludzie mówią, że można do nich wejść przez szczelinę w horyzoncie na dalekiej północy. A w naszych szerokościach przez dziurę w ziemi. Zdarzało się, że myśliwi błądzili w tajdze i natykali się na wejście do świata dolnego. Zaciekawieni wchodzili i lądowali w podziemiu. Przez jakiś czas zapewne męczył ich jet lag związany z różnicą czasów. Potem trafiali do osady umarłych. Niestety kontakt z nimi okazywał się niemożliwy. Umarli nie widzieli ich i nie słyszeli. Mówili jakimś swoim językiem, zapewne odwrotnością naszego. Niewykluczone, że słowa wymawiali od końca. Tylko ogień wyczuwał ich obecność i trzeszczał, budząc niepokój umarlaków. Bo trzeszczący ogień to na Syberii zły znak. Dotknięcie umarłego sprowadzało na niego chorobę, a dotknięty trup zwierzęcia umierał po raz drugi. Dlatego póki żyjemy, nic tam po nas.

Między niebem a podziemiami leży nasz świat. Jest polem zmagań obu sił. Wydarzenia w nim są wypadkową układu mocy niebieskich i podziemnych. Przyroda nie jest więc po prostu przyrodą, lecz oknem transcendencji. Ma wymiar sakralny. Zaświaty nie są „gdzieś indziej”, ale leżą w pobliżu. Nad gwiazdami i pod ziemią. Są niejako dopełnieniem widzialnego wszechświata. Ściskają go jak w imadle.

Właśnie nad Bajkałem czuć to najsilniej. Zwłaszcza zimą – dlatego o niej piszę, choć teraz jest lato. Zimą te moce kondensują się najsilniej. I nawet nie tyle je czuć, ile widać. Tutaj i może jeszcze na dalekiej północy granice światów są najmniej szczelne. To jakby kocioł, w którym ścierają się siły nieba i podziemi.

Dlatego stałem na lodzie i bałem się. Słabłem. Kurczyłem się. Malałem. Czułem, że przestaję być sobą, że moje życie przestaje należeć do mnie. A władzę nad nim przejmują żywioły mające korzeń w transcendencji. Woda, lód, ziemia, góry, tajga, powietrze. Jakbym stawał się częścią tego wszystkiego. Jakby te żywioły wnikały we mnie.

To było zbyt silne, zbyt potężne. I bardzo pierwotne. Bardzo stare. Coś jak pozostałość po początku kosmosu. Jak świat, w którym nie zdążyły się jeszcze wykształcić formy, a żywioły walczą ze sobą o pierwszeństwo. Rzeczywistość w stanie narodzin, niezakończona kosmogonia. Czas, w którym istnienie wciąż jeszcze wyznacza swoje granice. Czas sprzed czasu.

BURIAT, Z KTÓRYM JECHAŁEM AUTOSTOPEM Z IRKUCKA, MIAŁ RACJĘ. Mówił, że na Olchon nie wolno przyjeżdżać zbyt często. Najwyżej raz do roku. Nawet jeśli mieszka się sto kilometrów dalej. Bo to niebezpieczne.

– Możesz nie wytrzymać tej energii. Możesz też niechcący obrazić bogów. Niejeden przypłacił to życiem albo postradał rozum. Mój brat na przykład. Pojechał na Olchon, a potem zwariował. Widocznie coś zrobił źle i bogowie się zemścili. Tak mówił i co kilka kilometrów wysypywał szczyptę tytoniu przez okno. Też się bał.

– A jeśli cię dopadną, sam się nie wyleczysz, musisz iść do szamana.

Eliade nazywał ich „wielkimi mistrzami ekstazy”. Greckie ekstasis oznacza wychodzenie poza siebie, bycie-poza-sobą. Tego samego terminu używał grecko-rzymski filozof Plotyn, mając na myśli pełne zjednoczenie z absolutem.

W Związku Radzieckim szamanów uznano za „element klasowo wrogi”. Trans stał się „działalnością kontrrewolucyjną”. Mistrzów ekstazy rozstrzeliwano, zsyłano do łagrów lub uznawano za chorych psychicznie i zamykano w psychiatrykach. Szamanizm miał być wynikiem tak zwanej arktycznej histerii, wywołanej niesprzyjającymi warunkami klimatycznymi, brakiem słońca i witamin. Okazało się jednak, że zjawisko jest uniwersalne i występuje także na innych kontynentach.

Dziś na Syberii szamanizm się odradza. Zwłaszcza w republikach z liczną ludnością rdzenną: w Tuwie, Jakucji, Buriacji i na Ałtaju. Wiele tradycji zostało jednak zapomnianych i trzeba je rekonstruować. Dzisiejsi szamani chętnie czytają na przykład relacje etnografów sprzed stu lat i wzorują się na nich. Ale na trans jest popyt, ponieważ ludzie wciąż boją się duchów. Choroba, wypadek czy złamana ręka nie są dziełem przypadku, lecz właśnie duchów. A przed duchami trzeba się bronić. To nie są żadne fanaberie, ale konieczność.

W WIOSKACH SZAMANI BIORĄ CO ŁASKA. A w miastach dokonała się komercjalizacja, szamani założyli organizacje religijne. Są oficjalnie zarejestrowani, płacą podatki, składki zdrowotne i mają cenniki usług. Oferują leczenie rozmaitych dolegliwości, pomoc w wyborze kierunku studiów, nawiązanie kontaktu z przodkami (znają ponoć ich język), oczyszczenie samochodu lub mieszkania od negatywnej energii. Coś pośredniego między parafią a przychodnią.

Najwięcej ich chyba w Ułan Ude, stolicy Buriacji. Na głównym placu stoi czterdziestodwutonowy łeb Lenina. Oczywiście największy na świecie. Chyba udzieliła mu się religijna aura otoczenia, bo ma minę jak naćpany bodhisattwa. Poza tym drewniane domy, bloki i trochę industrii. Wokół step. Dlatego miasto przypomina obóz koczowników. Do Moskwy jest stamtąd 5,5 tysiąca kilometrów, a do Pekinu 2 tysiące. Ułan Ude leży w pół drogi i rodzi to melancholię.

Na jedną z buriackich organizacji szamanistycznych natknąłem się na ulicy Kommunisticzeskiej w centrum. Faceci lali z ulicznych pomp wodę do wiader, bo wodociągu nie ma. Po obu stronach rzędy drewnianych domów w stanie przedagonalnym. Garbiły się i zapadały, jak gdyby chciały powrócić do ziemi i zmieszać z pierwiastkami, aby krąg istnienia się zatoczył. W jednym z nich mieściła się siedziba szamanów „Darchan Tengeri”. Furtka była otwarta, więc wszedłem na podwórko. Niczego szczególnego tam nie było. Piasek, piec i szopa pobryzgana mlekiem – scena transu, ołtarz bogów świata górnego i dolnego, parafia mleczarzy, w sumie trochę Jackson Pollock. Zapukałem do drzwi, ale nikt nie otworzył. Może to i dobrze, bo pewnie nie oparłbym się pokusie, a potem trzeba by się prać. Ale za to spokojniej siadałbym za kierownicę.

Część Buriatów to szamaniści, część buddyści. Zdarzają się wśród nich także chrześcijanie. Ale tak naprawdę wszystko miesza się tu ze wszystkim. Jezus albo Budda mogą być obrońcami przed atakami wrednych duchów, które zamieszkują mniej prestiżowe piętra zaświatów, dlatego warto zapewnić sobie ich przychylność. Republika aż kipi od energii religijnej. Co kawałek święte gaje, skały, źródła, przełęcze, szczyty.

W Ułan Ude kupiłem sobie nawet mapę „Święte miejsca Republiki Buriacja”. Podzielono je na kilka kategorii: botaniczne, wodne, geologiczne, krajobrazowe, przyrodniczo-historyczne i architektoniczne. Do tych ostatnich zaliczono buddyjskie dacany, cerkwie oraz oboo. Stosy kamieni usypywane dla duchów autorzy mapy uznali za przejaw architektury. Ale i tak miejsc o charakterze przyrodniczym jest o wiele więcej. Zwłaszcza świętych źródeł. W sumie zaznaczono 455 obiektów. Można pielgrzymować w nieskończoność.

W PEWNYM MOMENCIE ROZLEGŁ SIĘ GRZMOT. WSZYSTKO SIĘ ZATRZĘSŁO. Można było pomyśleć, że to piorun. Ale nie, to był lód. Raczej to, co żyło pod nim. I teraz z całej siły walnęło od spodu pięścią, chcąc dać upust swojej przedwiecznej wściekłości. Na powierzchni Bajkału pojawiło się kolejne pęknięcie. W powstałej szczelinie zamigotała żywa woda. Czysta jak pierwotna substancja albo jak nicość.

Bałem się, że nie wytrzymam. Że serce po prostu przestanie mi bić, bo nie jest na miarę świata wokół. Że zejdę na zawał, a ciało rozpadnie się na elementy. Na wodę, ziemię, powietrze. Zupełnie jak u jońskich filozofów przyrody. Powrócę do początku i stanę się częścią meteorologii albo geologii. Nie mogłem uciec, bo przecież nie można uciec z kosmosu. Bałem się, że mnie zabije ten Bajkał. ©


CZYTAJ TAKŻE

CZAS NA NEGATYW: Nie ma nic piękniejszego niż apokalipsa w Arktyce. Wiatr, rozpad, pustka – wszystko rozgrzewa wyobraźnię do poziomu wrzenia. Oto jest terytorium czystego bycia albo czystej nicości.

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Wybrane teksty dostępne przed wydaniem w kiosku
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Wybrane teksty dostępne przed wydaniem w kiosku
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]

Artykuł pochodzi z numeru Nr 32/2019