Pochwała parówek

Znów trzeba będzie kabanosy w walizce wozić. Ciemne chmury zawisły nad Polish Deli w królestwie Windsorów.
Czyta się kilka minut
 / Fot. Andre J. Jackson / DETROIT FREE PRESS / GETTY IMAGE
/ Fot. Andre J. Jackson / DETROIT FREE PRESS / GETTY IMAGE

Choć owe „delikatesy” w nazwie to komplement na wyrost, zważywszy, co większość z tych poczciwych spożywczaków sprzedaje – trochę wędlin, owszem, ale przede wszystkim paczkowane jedzenie, wafelki i piwo w puszkach. Przeważnie są to małe biznesiki, wożące towar własnym sumptem i po taniości. Jeśli niebawem, w wyniku brexitowych perturbacji, w Dover zjawią się na nowo celnicy, sklepikowe maluchy tego nie przetrwają.

Takimi obawami dzieliła się w programie angielskiej telewizji pewna branżowa potentatka – właścicielka aż trzech sklepów w hrabstwie Cambridge. Autor programu jako zabawny szczegół odnotował fakt, że jest ona Ukrainką, ale to i tak jeszcze nic, bo, jak zaraz dodał, niemało polskich delikatesów prowadzą kupcy tureccy.

Wszędzie ostatnio zrobiło się modne dzielenie i odróżnianie. Podczas ostatniego zjazdu partii też dużo było mowy o „od wieków suwerennych” narodach, które dopiero ułożone obok siebie jak znaczki w osobnych klaserach tworzą Europę – tzn. tę Europę, którą partia łaskawie uznaje za możliwą. Zaiste, rządzą nami filateliści. W świecie pocztowym nie ma miejsca na znaczki, które są raz polskie, raz ukraińskie. Tymczasem z punktu widzenia klienta, w brytyjskim miasteczku nie robi różnicy, jakim słowiańskim narzeczem posługuje się dziewczę pakujące ruskie pierogi. I, doprawdy, niczym się w tych pierogach nie różnimy poza proporcją sera... Pamiętam, jak w latach 90. dopiero zaczynały w domach mych zamożnych kolegów pracować ukraińskie gosposie. Słuchałem narzekań, że szykowane przez nie pierogi są zbyt kartoflane. A to był tylko refleks tradycji biedniejszego regionu, gdzie ser się oszczędzało.

Ilość, a zwłaszcza różnorodność sera jest jedną z prostszych miar pokazujących stopień dostatku i sytości danego ludu. Ser to w istocie sposób na zachowanie na później nadmiaru mleka – o ile taki nadmiar w ogóle występuje, co jest z kolei prostą funkcją liczby krowich ogonów per capita. Zanim się poczujemy dumni i bogaci wobec wschodnich sąsiadów, spójrzmy uczciwie – na serowej skali zdecydowanie bliżej nam do nich niż do Niemców, o spleśniałych Francuzach nie wspominając. Jesteśmy sąsiadami z tej samej wsi i do miski kładziemy prawie to samo, tyle że jeden zje na sucho, drugi z omastą i posypką.

Ale są w Europie prawdziwe kuchenne przepaście, które pomagają artykułować głębsze antagonizmy polityczne i kulturowe. Podobnie jak walka dwóch jedenastoosobowych oddziałów o panowanie na boisku pozwala odegrać wojenny spektakl, zastępczy i bezkrwawy, ale wcale przez to nie mniej prawdziwy. Taką podwójną, piłkarsko-kucharską wojnę toczą regularnie Włosi z Niemcami. Aż do zeszłej soboty górą byli ci pierwsi, toteż przed kolejnymi mistrzostwami niemiecka prasa przodowała w złośliwościach. Trener Loew miał upiec „Pizzę arrivederci” – z główkami włoskich piłkarzy zamiast oliwek, grzybów i karczochów. W 2006 r. z kolei „Bild” podawał 50 powodów, dla których Niemcy są lepsi – z tej długiej listy utkwił mi w pamięci punkt: „piwo jest lepsze od prosecco”. Akurat prawda: świeże piwo z miejscowego browaru musi wygrać z przemysłową cieczą sprzedawaną masowo pod nazwą prosecco. 10 lat później i do nas dotarła rzeka gazowanej masówki udającej wino musujące. Unikajcie zwłaszcza „prosecco z kija”, to chemiczna, kacogenna ohyda, już lepiej pić colę.

Włosi odpowiadali na to nonszalancką kpiną z barbarzyńców. Naczelnym symbolem nędzy szwabskiego stołu, jakże przydatnym do niewybrednych dowcipów, były i są parówki. Na całym prawie świecie zwane zresztą „wiedeńskimi”, tylko w Wiedniu są „frankfurckie” (nasze „frankfurterki” to zupełnie inna rzecz). Już za to choćby muszę je lubić, zawsze skory do dowodzenia, że świat się składa z materii i poezji zarazem. Poręczne w każdych okolicznościach. Jeśli zrobione dobrze – czytaj: w małej, uczciwej masarni – potrafią być nie mniej apetyczne niż „prawdziwa” kiełbasa. Ale tym, co najbardziej podnieca, i to w parówkach z wielkiej fabryki zwłaszcza, jest smak zakazany czegoś oficjalnie pogardzanego, śmiecia, „psiny mielonej razem z budą”. Smakują jak wakacje, jak karnawałowy dzień zawieszenia praw.

Nikt się nie przyzna, że podkrada je własnym dzieciom z lodówki (i że śmie dawać je dzieciom!). Mam nadzieję, że i wy zapomnicie zaraz, że się przyznałem do tego bezguścia. Podrzyjcie czym prędzej ten felieton, a do niemieckiej kuchni wrócimy innym razem. ©℗

W niemieckim jedzeniu lubię drobne niuanse, które uszlachetniają pozornie toporne dania. Ot, taka sałatka ziemniaczana z bulionem (czytelnicy z Wielkopolski niech mi wybaczą, że piszę banały). Gotujemy 2 kg ziemniaków w mundurkach, studzimy, po czym kroimy w niezbyt cienkie plastry. Dużą cebulę kroimy w cienkie piórka i wrzucamy do 200 ml wrzącego, bardzo mocnego bulionu warzywnego, gotujemy kilka minut, zdejmujemy z gazu i dodajemy 2-3 łyżki białego octu winnego i 2 łyżki musztardy, mieszamy. Po wystudzeniu zalewamy tą masą ziemniaki, odstawiamy na trochę, po czym dodajemy kilka drobno pokrojonych ogórków konserwowych i porządną porcję majonezu (można do niego dodać łyżkę zalewy z ogórków). Mieszamy, chłodzimy i czekamy, aż się przegryzie, ze dwie godziny. Zjadamy oczywiście z parówkami, które ogrzewamy w gorącej wodzie, nigdy we wrzątku.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru TP 28/2016