Piechur

Czyta się kilka minut

Był człowiekiem delikatnym, nieco wycofanym, nienarzucającym się. Obserwatorem, „aniołem obserwacji”, jak go nazwał jeden z przyjaciół. Tuż przed śmiercią oświadczył żonie, że robił w życiu dokładnie to, co chciał – pisał wiersze i chodził.

Bohaterem najnowszego numeru „Literatury na Świecie” jest Charles Reznikoff, zmarły niespełna pół wieku temu żydowsko-amerykański poeta, który większość swoich tomów sam złożył i wydrukował na ręcznej maszynie drukarskiej zainstalowanej w piwnicy. Znany u nas dotąd głównie z krótkich, migawkowych wierszy – w których opowiadał o tym, co zobaczył, skojarzył, usłyszał lub co przyszło mu do głowy podczas spacerów – we wspomnianym numerze prezentuje się przede wszystkim jako autor wstrząsającego cyklu „Świadectwa”, na który złożyły się utwory będące wynikiem wieloletniego studiowania akt procesowych (Reznikoff z wykształcenia był prawnikiem). Czytając te wiersze, słyszymy głosy przesłuchiwanych, na ogół świadków jakiegoś zdarzenia, czasem – z rzadka – opinię sądu w rozpatrywanej sprawie. To ciemna i trudna lektura, dla „delikatnych literackich żołądków” zapewne zbyt mocna, jak pisze w poświęconym „Świadectwom” szkicu Milton Hindus. Ukazując świat naznaczony przemocą, często wybuchającą nagle, z przerażającą gwałtownością, poeta buduje swoistą alternatywną historię Ameryki, a może po prostu alternatywną – wobec nadmiernie optymistycznych (bywały w przeszłości takie) – wizję natury ludzkiej.

„Świadectwa”, ale też inne wiersze Reznikoffa w numerze, dostajemy w przekładach Piotra Sommera, który od lat przenosi do polszczyzny jego utwory, dłubiąc przy każdym z nie mniejszą starannością niż sam autor. „Jeśli chodzi o te krótkie wiersze – powiem panu, jak je piszę”, mówi Reznikoff w opublikowanej przez „Literaturę…” rozmowie z niemieckim amerykanistą. „Nie deliberuję nad tym zbytnio, zapisuję coś surowego, coś – jeśli mnie uderzyło – a kiedy potem czytam i przerabiam, to wykreślam linijkę za linijką, jeśli nie wydają mi się udane, i w końcu zostaje mi haiku! A jak dobrze pójdzie, to dwuwiersz. Czasem nawet pojedynczy wers”. Poeta pilnował przy tym, żeby zapis miał swoją melodię, a jeśli się da – także akcent humorystyczny. „Amerykański język potoczny nie przekonuje mnie muzycznie”, mówi w tym samym wywiadzie. „Ale staram się w nim tę muzykę wytwarzać”.

Numer jest obszerny, po raz pierwszy dostajemy w języku polskim tak dużo materiału komentującego dzieło Reznikoffa. Ba, mamy nawet fragment jego powieści. Wiele cennych autokomentarzy i informacji biograficznych przynosi wspomniany wywiad. Reznikoff opowiada w nim m.in. o podejmowanych próbach nauki hebrajskiego, najpierw w chederze, gdzie nie mógł się odnaleźć („metoda była taka, że każdy uczył się innego fragmentu i głośno go wykrzykiwał”, więc „panował straszny harmider”), a potem samodzielnie, kiedy to z nadmierną pieczołowitością wymawiając samogłoski, wywoływał popłoch wśród krewnych (ojciec, słysząc go, zawołał przerażony: „Toż to arabski!”). Wspomina też, że imię wybrał dlań lekarz, który był przy jego narodzinach, „Żyd, tyle że anarchista”. Reznikoff był dzieckiem imigrantów przybyłych z Rosji, matka chciała, żeby nosił imię jej ojca – Ezechiel. „Wie pani co?”, powiedział lekarz. „Niech mu pani da na imię Charlie. Kiedyś pani podziękuje”.

Jednak to, co najciekawsze, jest w wierszach. Reznikoff świadomie ustawia się w nich nieco anachronicznie – obraz poety, jaki kreuje, był niemodny już wówczas, w latach 40. i 50. ubiegłego wieku. A jednak jest w tej jego anachronicznej powściągliwości coś ujmującego, a efekt, jaki osiąga prostymi z pozoru środkami, szalenie trudno podrobić. Nawet najskromniejsza, najbardziej potoczna obserwacja czy refleksja uzyskują tu kształt w jakiś sposób ostateczny; można odnieść wrażenie, że wystarczyłby jeden nieuważny ruch – podmiana jednego słowa albo inny podział na wersy – i wiersz przechyliłby się w coś nieznośnego. Nie da się zwyczajnego życia i pospolitych doświadczeń opisać lepiej niż tak jak w tym wierszu:

Krzak pod moim oknem tak urósł

że gałązka

wyciąga się teraz do mnie nad parapetem

jakby chciała pokazać

pęk delikatnych liści.

Jesteście piękne, liście, i milczące

nie prosicie o nic –

ani o żywność, ani o honorarium,

a nawet żebym na was patrzył. ©

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

TP Online: Dostęp roczny online

Grafika na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 32/2021