5 czerwca 2024 r. w TVP odbywa się debata kandydatów wszystkich komitetów do Parlamentu Europejskiego. Na zakończenie prowadzące zaskakują zebranych, prosząc po angielsku, by pożegnali się z widzami – swoimi wyborcami. Tylko kandydat KO Borys Budka odpowiada w języku Szekspira. Przedstawiciel komitetu Polexit Stanisław Żółtek mówi, że jesteśmy w Polsce, więc powinniśmy mówić po polsku. Kandydatka PiS i była premier Beata Szydło przekonuje zaś, że w Parlamencie Europejskim języki wszystkich krajów członkowskich są równoprawne i apeluje, by nie wstydzić się języka polskiego. Problem w tym, że załatwianie wielu spraw i budowanie sojuszy nie odbywa się na sali obrad w Brukseli i Strasburgu, podczas tłumaczonych obrad, ale w kuluarach.
W tym roku mija 20 lat, odkąd Polacy mogą wybierać europosłów. W tym czasie przez PE przewinęło się około dwustu, spora część była tam przez kilka kadencji. Tyle że tych naprawdę wartościowych, których praca w europarlamencie znaczyła coś konkretnego, mieliśmy niewielu.
Jeden z byłych europosłów przyznaje, że już docierają do niego sygnały o słabości obecnej polskiej delegacji. Na jakość naszej grupy w Europejskiej Partii Ludowej (EPL) miał narzekać osobiście Andrzej Halicki; niezbyt zadowoleni ze swojej reprezentacji są też liderzy grupy PiS, należącej do frakcji Europejscy Konserwatyści i Reformatorzy (EKR). Z 27 europosłów tej partii odpadło aż 18, i to tacy doświadczeni ludzie jak Jacek Saryusz-Wolski czy Anna Fotyga. Z 20 obecnych 11 to tzw. pierwszaki. W tym Mariusz Kamiński i Maciej Wąsik, którzy znaleźli się w Brukseli tylko dlatego, by PiS mógł wyjść z twarzą po wygaszeniu ich mandatów w Sejmie.
Przerwana edukacja
– Trudno się dziwić krytyce, jakości szkodzi ciągła rotacja i przypadkowy dobór za jakieś krajowe zasługi. Z wyjątkiem ludzi wybitnych, nie stanie się dobrym europosłem ktoś, kto jest jedną kadencję. A jak poseł jest inteligentny, pracowity, to w kolejnej kadencji może już coś znaczyć – mówi wieloletni europarlamentarzysta. Obecny poseł PSL Andrzej Grzyb (spędził trzy kadencje w PE) przyznaje, że każdy nowy europarlamentarzysta co najmniej pierwszą połowę kadencji, czyli dwa i pół roku, musi poświęcić na naukę.
– Praca w PE różni się tym od pracy w parlamentach krajowych, że od momentu zaangażowania się w jakąś sprawę do finału często mijają nawet lata. Jest więc tak, że ktoś rozpoczyna jakąś robotę, ale nie dane mu jest dotrwać do jej końca. Długi i skomplikowany proces podejmowania decyzji trochę też osłabia motywację – przyznaje Zbigniew Kuźmiuk, obecnie poseł PiS, a przez trzy kadencje europoseł, najpierw PSL, potem PiS.
– To jest jak prowadzenie samochodu osobowego i autobusu. To jednak nie jest to samo – mówi inny doświadczony europarlamentarzysta PiS. – Jest szereg nowych elementów, których trzeba się nauczyć, a to trwa.
Debiutant Dariusz Joński z KO, który niespodziewanie porzucił Sejm i komisję, w której rozliczał poprzednią władzę, uważa, że PE różni się od polskiego Sejmu na korzyść pod trzema względami. Ma bardzo doświadczoną, pomocną i profesjonalną obsługę, nie ma problemu z miejscem do pracy, a działalność legislacyjna jest doskonale zorganizowana. – Nie do pomyślenia są sytuacje, codzienne w polskim Sejmie, że dzień przed debatą nad jakąś ustawą dzwoni kolega poseł z pytaniem, czy by się nie wzięło jakiejś ustawy do analizy. A o czym ona jest? Przeczytasz sobie w uzasadnieniu – opowiada Joński. W PE, jak dodaje, żeby zająć się jakąś ustawą, przechodzi się niemal wysłuchanie publiczne w jej tematyce.
53 europosłów z Polski zostało wybranych do PE 9 czerwca 2024 r. Jednak w pierwszych miesiącach po wyborze były kłopoty z obsadą wszystkich 21 komisji, nawet tak ważnych jak komisja rolnictwa, która decyduje o jednej trzeciej unijnego budżetu. W końcu zgodzili się do niej wejść Krzysztof Hetman z PSL (EPL) i Waldemar Buda z PiS (EKR). Nadal nie ma żadnych polskich europosłów w komisji monetarnej, komisji rybołówstwa i podkomisji ds. podatków. Natomiast bardzo wielu europosłów zapisało się do komisji spraw zagranicznych. Są też tacy europosłowie, jak Marcin Kierwiński z KO, którzy zasiadają tylko w jednej podkomisji. Jak można usłyszeć, jest on nadal sekretarzem generalnym PO i ma liczne obowiązki partyjne w kraju. Trochę to jednak niepoważne wobec wyborców.
– W składzie polskiej delegacji mamy niewielu polityków, którzy posiadają dłuższe doświadczenie niż jednej kadencji. Bywa, że ci nowi upierają się np. przy członkostwie w jakichś komisjach, choć nie bardzo nawet wiedzą, na czym polega ta praca – mówi doświadczony europoseł z KO.
To jest o tyle paradoks, że Polska po wyborach w 2024 r. zyskała. Ma drugą po Niemczech frakcję narodową w ramach EPL. Dzięki temu udało się zapewnić dla Borysa Budki stanowisko szefa bardzo ważnej komisji przemysłu, badań naukowych i energii. Tyle że Budka też jest debiutantem i nie wiadomo, jak sobie poradzi.
Większy potencjał niż siła
Polska ma obecnie trzy stanowiska wiceprzewodniczących komisji, a także dwie bardzo ważne funkcje koordynatorów – to ludzie, którzy reprezentują poszczególne frakcje polityczne w komisjach i mają często więcej do powiedzenia niż przewodniczący komisji, bo np. decydują, czym komisje będą się zajmować.
Zdaniem doświadczonych europosłów, z racji siły naszej delegacji moglibyśmy mieć więcej stanowisk koordynatorów. Wszystkie stanowiska w PE (od przewodniczącego, jego zastępców, szefów komisji, ich zastępców, koordynatorów, szefów frakcji) rozdzielane są proporcjonalnie, na podstawie liczby posłów poszczególnych frakcji, a w ramach frakcji – liczby posłów z każdego kraju. Jednak, jak przyznaje anonimowo doświadczony europoseł, nowi nie do końca wiedzą, czym zajmują się koordynatorzy, więc nie walczą o te stanowiska.
Częste zmiany składu polskiej delegacji wynikają z silnej presji w partiach. Ci, którzy są dłużej w PE, nawet najlepsi, wywołują zawiść u kolegów partyjnych – i trudno się dziwić. Każdy z eurodeputowanych otrzymuje obecnie wynagrodzenie w wysokości 10 075 euro brutto, co po odjęciu unijnego podatku i składki ubezpieczeniowej daje ok. 7850 euro, tj. ok. 34 tys. zł miesięcznie. Są jeszcze diety – blisko 5 tys. euro każdy europoseł ma na prowadzenie biura, a dodatkowo 350 euro można dostać, podpisując listę obecności na posiedzeniach gremiów PE.
Strategia typowania kandydatów w różnych krajach jest odmienna. Niemcy stawiają na specjalizację w PE, ich europosłowie są nimi przez wiele kadencji (choć w ich przypadku nie ma presji materialnej, bo pensje europosłów i deputowanych do Bundestagu są takie same). Nic dziwnego więc, że niemieccy europarlamentarzyści są najwyżej oceniani i stanowią silne lobby swego kraju. Na drugim biegunie są Włosi, którzy mają osobliwą ordynację – u nich wyborcy sami wpisują nazwiska kandydatów na listach, więc do PE dostaje się wiele przypadkowych osób.
W Polsce o tym, kto znajdzie się na tzw. miejscach biorących list, decydują wewnątrzpartyjne rozgrywki. W tym roku wyeliminowały one w PiS tak doświadczonych europosłów jak Jacek Saryusz-Wolski, Anna Fotyga, Zdzisław Krasnodębski czy Ryszard Legutko. Pod partyjną presją ze startu zrezygnowali też Danuta Hübner, Jan Olbrycht czy Jerzy Buzek, bardzo aktywni i cenieni. Na listach lewicy nie znaleziono miejsca dla Leszka Millera, znalazło się za to zarówno dla mało aktywnego Roberta Biedronia, jak i jego partnera życiowego Krzysztofa Śmiszka.
Doświadczeni europarlamentarzyści przekonują, że choć prace nad aktami prawnymi trwają bardzo długo, to w procesie stanowienia prawa PE jest jedną z najbardziej transparentnych instytucji. W przeciwieństwie do Komisji Europejskiej czy Rady Europejskiej, gdzie prawo stanowione jest w sposób znacznie mniej jasny, choć bywa, że wprowadzenie drobnego zapisu skutkuje miliardowymi korzyściami (lub stratami) dla branż i krajów.
Angielski na lotnisku
By w PE móc skutecznie działać, trzeba mieć określony zestaw cech: przede wszystkim posiadać dobre rozeznanie polityczne, co od kogo zależy, a także mieć zdolności dyplomatyczne. Bardzo dobrą okazją do nawiązywania nowych kontaktów jest choćby zwykła podróż samochodem z lotniska, bo europosłowie są wożeni stamtąd po kilku. Jeśli ma się dar zjednywania ludzi, w czasie trwającej pół godziny podróży można nawiązać ciekawe znajomości. Właśnie tu przydaje się dobra znajomość angielskiego, który mimo wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii jest podstawowym językiem porozumiewania się.
Europoseł może też zaistnieć, gdy stanie się ekspertem w jakiejś wąskiej dziedzinie, w czym może mu pomóc możliwość poszerzania wiedzy i zatrudniania asystentów. Ci ostatni to często klucz do sukcesu. Dariusz Joński przyznaje, że w komisji transportu, gdzie jest zastępcą koordynatora EPL i zdążył już przeforsować dwie poprawki, zatrudnił bardzo doświadczoną asystentkę, znającą od podszewki Parlament Europejski.
Ważnym elementem pracy w PE są skomplikowane lojalności – po pierwsze wobec własnej frakcji parlamentarnej, a po drugie – wobec własnego kraju. Można jednak powiedzieć, że w europarlamencie nie ma klasycznej opozycji i koalicji rządzącej. Czasem w grę wchodzą też sprawy personalne. To np. przypadek Beaty Szydło ze sceptycznego wobec UE PiS, która w 2019 r. nie została wybrana na przewodniczącą komisji ds. zatrudnienia, choć stanowisko to z klucza przypadało przedstawicielowi EKR.
Według doświadczonych europarlamentarzystów mniej więcej 70 proc. głosowań odbywa się według lojalności frakcyjnej, a w 30 proc. przypadków w grupach dochodzi do spięć po linii narodowościowej. – Walczyliśmy o dyrektywy w sprawie emisji metanu, by nie zarżnąć polskich kopalni, i wtedy wszyscy Polacy we wszystkich frakcjach lobbowali u siebie i głosowali przeciw. Wszyscy Holendrzy zaś, wrażliwi na punkcie czystego powietrza, byli za – opowiada doświadczony europarlamentarzysta.
Z tych powodów aktywność europosłów można mierzyć w różny sposób. Jeśli oceniać ją częstotliwością zabierania głosu, to w ubiegłej kadencji do czołówki należeli Ewa Kopacz, Joachim Brudziński, Łukasz Kohut, Anna Fotyga, Bogdan Rzońca, Ryszard Czarnecki i Jadwiga Wiśniewska. W dużej mierze były to jednak wystąpienia na potrzeby polityki krajowej. I dlatego doświadczeni europosłowie wymieniają nazwiska kolegów, którzy nie byli widoczni, choć działali w kluczowych miejscach. Najczęściej – i to niezależnie od afiliacji partyjnej – jako pozytywny przykład podawany jest Jan Olbrycht z PO, mało aktywny w Polsce.
– Skuteczny europoseł to często człowiek nieznany szerzej w swoim kraju. Może tak właśnie powinno być – mówi wieloletni europoseł.
Zdzisław Krasnodębski z PiS, dzięki bardzo dobrym kontaktom wśród europosłów niemieckich różnych frakcji, miał szansę wiele wynegocjować w ramach swojej pracy w komisji energii. Dzięki temu doprowadził do szeregu kompromisów, chroniących polskie interesy. Dziś już nie ma go w Brukseli.
Bezcenni doświadczeni
Na wysoką pozycję mogą liczyć też ci, którzy pełnili w strukturach unijnych jakieś ważne funkcje. Europarlamentarzyści niezależnie od przynależności wymieniają w tym kontekście byłych komisarzy – Janusza Lewandowskiego czy Danutę Hübner, a nawet Janusza Wojciechowskiego, który ostatecznie skłócił się z Jarosławem Kaczyńskim o Zielony Ład i protesty rolników. Najpierw był on europosłem, potem zasiadał w Europejskim Trybunale Obrachunkowym, by w końcu zostać komisarzem ds. rolnictwa, gdzie udawało mu się przez długi czas działać w zgodzie z polskimi interesami, co przyznaje Zbigniew Kuźmiuk.
Bardzo dobrą pozycję miał też Jerzy Buzek, który przez 20 lat był europosłem, a w latach 2009-12 przewodniczącym Parlamentu Europejskiego (to jednak funkcja dająca mniej uprawnień niż rola marszałka w polskim Sejmie). Jako pracowici i skuteczni wymieniani są również Andrzej Halicki, obecnie wiceszef frakcji EPL, czy Bartosz Arłukowicz, zajmujący się sprawami zdrowia, choć ten ostatni nie był najlepszy w kwestiach językowych. Przedstawiciele różnych ugrupowań zgodnie jako wyróżniającego się przez lata wymieniają Bogusława Liberadzkiego z lewicy, działającego w komisji transportu.
Jeśli chodzi o negatywne przykłady, do dziś podawane są nazwiska Zbigniewa Ziobry czy Jacka Kurskiego, którzy nawet nie starali się wgryźć w pracę PE. – To byli typowi podpisywacze list. Brali fortunę, a prowadzili politykę w kraju, nie w UE. Niestety do dziś jest sporo takich europosłów, którzy ani nie nauczyli się języka, ani procedur, nie wiedzieliby nawet, jak złożyć poprawkę na komisji – mówi wieloletni europoseł.
Do tych mniej aktywnych zaliczana była też Beata Szydło. Natomiast znany ze spektakularnych wystąpień na sali plenarnej Patryk Jaki starał się również pracować merytorycznie. Początkowo miał też problem z językiem, ale z czasem stosunkowo dobrze nauczył się angielskiego. To rzadkość. Europosłowie niejednokrotnie starają się zaistnieć w sposób zauważalny głównie dla krajowych wyborców, decydując się na sali plenarnej na przemówienia pod publiczkę, po polsku. – To są tak zwane jednominutówki. Wygłasza się tyradę w języku narodowym, ale mało kto to rozumie, bo tłumaczenia nie są bezpośrednie, tylko na angielski, a potem z angielskiego np. na grecki. Taki poseł jest zwykle na sali trzy minuty, poszczeka przez minutę i wychodzi z sali, często nie zostaje nawet na debacie, w której zabiera głos. Nic z tego nie wynika poza tym, że może trochę przybliża Parlament Europejski do polskich wyborców, bo to dobrze się sprzedaje w naszej telewizji – opowiada doświadczony europarlamentarzysta.
W takich wystąpieniach bryluje np. Dominik Tarczyński z PiS, który w podobny sposób działał w polskim Sejmie. Zapamiętane zostało zwłaszcza jego wystąpienie ze stycznia 2023 r., gdy po wybuchu afery korupcyjnej w PE grzmiał, że należy oczekiwać wycofania wszystkich krytycznych rezolucji pod adresem Polski, przyjętych przez łapówkarzy.
Krótsza droga do zaistnienia
Europosłowie PiS przekonują jednak, że nie zawsze przemówienia podczas posiedzeń plenarnych są bez znaczenia. Takie wystąpienia były np. jedną z głównych form aktywności byłego szefa grupy PiS, prof. Ryszarda Legutki. Zwłaszcza dwa jego wystąpienia zostały zapamiętane. To, gdy w 2015 r., w obecności kanclerz Niemiec Angeli Merkel i prezydenta Francji François Hollande’a pouczał, że nie może być tak, że w liczącej 28 państw UE dwa państwa decydują o wszystkim (delegaci z wielu krajów czuli to samo, co Legutko). A także to z 2022 r., gdy na uroczystym posiedzeniu z okazji 70-lecia przekonywał, że Parlament Europejski „stał się narzędziem lewicy do narzucania przez nią swojego monopolu z jej zaciekłą nietolerancją wobec wszelkich odmiennych poglądów”.
Niektórzy europosłowie wybierali jeszcze krótszą drogę do zaistnienia. W każdej kadencji PE miał swoich enfants terribles, którymi na ogół byli przedstawiciele najmniejszych i najmniej wpływowych frakcji. Na pierwszym posiedzeniu w obecnej kadencji europosłanka Ewa Zajączkowska-Hernik z Konfederacji ostro zaatakowała szefową KE Ursulę von der Leyen i podarła kartki z napisem „Zielony Ład”.
W przeszłości kimś takim był Janusz Korwin-Mikke, który swoje europosłowanie w 2014 r. zaczął od spoliczkowania innego europosła Michała Boniego (za ukrycie faktu współpracy z SB), a w czasie trwania kadencji miał kilka bardzo kontrowersyjnych wystąpień, np. w 2017 r. stwierdził, że kobiety muszą zarabiać mniej, bo są mniej inteligentne. Wreszcie w 2018 r. zrzekł się mandatu przed upływem kadencji, twierdząc, że zasiadanie w PE to strata czasu.
Niektórzy europosłowie dawali znać o swoim istnieniu w jeszcze bardziej ekstrawagancki sposób – uczestnicząc w różnego rodzaju aferach. Często były to zresztą jedyne ślady ich aktywności, które docierały do opinii publicznej w kraju.
Jacek Protasiewicz z PO, wówczas wiceprzewodniczący PE, wdał się na początku 2014 r. w przepychankę z niemieckimi celnikami, do których miał wykrzykiwać „Heil Hitler”. Kilku europosłów za wszelką cenę usiłowało dorobić do i tak dobrych wynagrodzeń w PE – w przypadku Jacka Kurskiego czy Ryszarda Czarneckiego kwestionowano ich rozliczenia samochodowe, zaś wielu przychodziło na posiedzenia komisji sejmowych w polskim Sejmie (czasem na krótko), by pobierać dodatkowe diety. Tak robili Joachim Brudziński, Marek Migalski czy Paweł Kowal.
Powroty do polskiego Sejmu nie mają jednak najczęściej związku z pieniędzmi, bo tu są one mniejsze. – Praca w polskim Sejmie stwarza znacznie większe możliwości wpływu na legislację i życie polityczne. Dlatego tu wróciłem – przyznaje Zbigniew Kuźmiuk. Z nieoficjalnych informacji wynika, że nie można wykluczyć powrotu do kraju także kilku obecnych europosłów, i to już po przyszłorocznych wyborach prezydenckich. Mieliby oni wejść do zrekonstruowanego rządu. W tym kontekście wymieniane są nazwiska Marcina Kierwińskiego, Bogdana Zdrojewskiego, a także Dariusza Jońskiego i Michała Szczerby, choć oni sami temu zaprzeczają.
– Jeśli debiutanci, tacy jak Joński, Szczerba czy Kamila Gasiuk-Pihowicz postanowią zostać w PE, to dobrze, czegoś się nauczą. Jeśli jednak to ma być tylko jedna kadencja albo nawet nie, to chybiona inwestycja – komentuje doświadczony europarlamentarzysta KO.
Można dodać, że nie tylko chybiona inwestycja, ale też robienie sobie żartów z wyborców.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















