Posiedzenie Sejmu, 24 kwietnia. Podczas głosowań posłanka Paulina Matysiak z Razem wychodzi na mównicę i pyta, jaka jest strategia rządu wobec znajdującej się w kłopotach Poczty Polskiej. Chwilę potem do mównicy podchodzi wiceminister aktywów państwowych Robert Kropiwnicki z KO, jednak marszałek Szymon Hołownia nie dopuszcza go do głosu, podkreślając, że prawo do zabierania go w dowolnym momencie mają tylko konstytucyjni ministrowie, a nie wiceministrowie. To wyraźne upokorzenie Kropiwnickiego, który w tym momencie jest najwyższym przedstawicielem resortu na sali.
To spięcie Hołowni z Kropiwnickim nie dziwi. Marszałek Sejmu i jego ugrupowanie mają od wielu miesięcy „na pieńku” z wiceszefem ministerstwa aktywów, którego uważają za głównego hamulcowego procesu odpolitycznienia władz spółek Skarbu Państwa i zarazem „głównego kadrowego” Platformy w tych spółkach. Sprawa ta stała się jednym z gorących tematów kampanijnych, a na najbliższym posiedzeniu Sejmu planowana jest debata nad kolejnym projektem Polski 2050 w sprawie uregulowania sytuacji.
– Sposób, w jaki Koalicja Obywatelska zarządza dziś spółkami Skarbu Państwa, to jest PiS bis – ocenia wiceminister cyfryzacji z Polski 2050 Michał Gramatyka.
Co naprawdę kryje się za hasłem repolonizacji
Polskie partie od wielu lat wykorzystują spółki z dominującym udziałem państwa do budowania swoich wpływów. Dzięki spółkom wielu działaczy może dostawać intratne posady, co jest wynagrodzeniem m.in. za zaangażowanie w kampanie wyborcze. Umiejętność załatwiania atrakcyjnych posad to także klucz do budowania pozycji przez poszczególnych polityków, a nawet własnych, lojalnych frakcji.
– Niemal we wszystkich partiach istnieje przekonanie, że spółki są taką przestrzenią, na którą powinno się mieć bezpośredni wpływ – przyznaje Krzysztof Izdebski z Fundacji Batorego. – To jest też metoda ściągania kompetentnych ludzi do urzędów. W ramach oferty dostają wtedy obietnicę, że dodatkowo znajdą się w składach rad nadzorczych, dzięki czemu zarobią więcej – zwraca uwagę ekspert.
Temat spółek Skarbu Państwa wrócił z przytupem w kontekście niedawnej wypowiedzi Donalda Tuska o repolonizacji gospodarki. Minister aktywów państwowych Jakub Jaworowski tłumaczył, że premierowi chodzi m.in. o wzmocnienie takich spółek poprzez zwiększenie ich udziału w łańcuchach dostaw.
Czy jednak można je realnie wzmocnić, nie zmieniając nic w sposobie zarządzania? Nasi rozmówcy twierdzą, że nie.
– W roku 2023 dywidenda ze wszystkich spółek Skarbu Państwa przyniosła do budżetu państwa 3 mld 600 milionów złotych. Tymczasem sama Polska Grupa Górnicza dostaje co roku między 8 a 9 mld dotacji. W 2024 roku było podobnie. Czyli my do tego biznesu dopłacamy, a nie zarabiamy – mówi doradzający Polsce 2050 przedsiębiorca Ryszard Wojtkowski, dawny dyrektor gabinetów pięciu premierów.
Jego zdaniem to właśnie upolitycznienie spółek powoduje, że „przepuszczają” one pieniądze jak durszlak, na skandaliczne inicjatywy polityczne w rodzaju Funduszu Sprawiedliwości z epoki Zjednoczonej Prawicy, ale też na mniej głośne przedsięwzięcia organizowane w kolejnych kadencjach przez posłów aktualnie rządzących ugrupowań.
Wojtkowski zwraca uwagę, że ostatnio spółki dostały polecenie przeznaczenia pieniędzy na uroczystości związane z tysiącleciem koronacji Bolesława Chrobrego. – Pieniądze spółek wciąż idą na widzimisię władzy, w tej kwestii nic się nie zmieniło – mówi.
Mit odpolitycznienia spółek
Sprawa jest trudna także z tego powodu, że ustalenie skali politycznego zawłaszczenia spółek jest trudne. – Nie mamy dostępu do skumulowanej wiedzy, więc ustalenie stanu faktycznego wymaga długiego klikania, kto jest w zarządach i radach nadzorczych, a potem szukania powiązań z partiami. Do tego dochodzą spółki córki; sam Orlen to przecież kilkadziesiąt spółek plus fundacja – mówi ekspert. – Z kolei PZU posiada ok. 100 spółek zależnych, z których każda ma zarząd i radę nadzorczą. W ich władzach można zatrudnić między 300 a 500 osób.
Znaczenie ma też to, dodaje Wojtkowski, że w przypadku spółek Skarbu Państwa obowiązek publikowania informacji jest znacznie bardziej ograniczony niż w przypadku spółek giełdowych. Trudno więc czasem ustalić, na co idą pieniądze i kto dostaje np. intratne zlecenia na działania promocyjne.
Niemniej jednak co jakiś czas za sprawą mediów wychodzą na jaw najbardziej spektakularne wpadki, np. fakt powołania do władz radomskiego Łucznika męża szefowej radomskich struktur Platformy. Albo włączenie do zarządu PZU byłego lidera SLD Wojciecha Olejniczaka, który w ten sposób uzyskał nadzór nad Alior Bankiem, gdzie wcześniej był dyrektorem i dopuścił się nieprawidłowości (ma dziś za to zarzuty).
Polska 2050 jest w obecnym Sejmie jedynym ugrupowaniem, które deklaruje wolę odpartyjnienia spółek. Już wiosną 2024 r. złożyła pierwszy projekt nowego prawa, które zakładało, że 30 proc. członków rad nadzorczych spółek Skarbu Państwa byłoby wskazywanych przez Komitet Dobrego Zarządzania. Jego skład tworzono by na wniosek organizacji pracodawców, wyższych uczelni i związków zawodowych. Zmian tych nie udało się jednak przeforsować.
Poseł Rafał Komarewicz, który stał na czele zajmującej się projektem podkomisji, przyznaje, że prace nad nim były praktycznie bojkotowane przez resort aktywów państwowych, gdy zaś w styczniu odbyło się poświęcone projektowi posiedzenie połączonych sejmowych komisji, wszystkie ugrupowania poza Polską 2050 zagłosowały przeciw.
– Nie na to umawialiśmy się z wyborcami. W umowie koalicyjnej jest zapis o odpartyjnieniu spółek – mówi Komarewicz. Pytany, skąd się bierze szczególna wrażliwość jego formacji na ten problem, wyjaśnia, że wielu działaczy wywodzi się NGO-sów oraz ruchów społecznych. – To są ludzie, którzy nie korzystali nigdy z „fruktów” władzy i nie chcą ich.
KO, czyli koalicja obsadzających spółki
Politycy innych ugrupowań sprawę oceniają inaczej. Szef sejmowej komisji energii, klimatu i aktywów państwowych Marek Suski z PiS uważa, że Polska 2050 zaproponowała odpolitycznienie spółek tylko dlatego, że „zobaczyła gest Kozakiewicza” od PO w sprawie dostępu do ich władz.
Jeden z posłów KO przypomina, że cała sprawa to reakcja partii Szymona Hołowni na aferę, jaka wybuchła już na początku 2024 r., gdy okazało się, że jednym z nowo powołanych członków rady nadzorczej Orlenu został prof. Tomasz Sójka, który wcześniej pomagał tworzyć struktury Polski 2050. Dopiero po tym zdarzeniu, przypomina poseł KO, Hołownia ogłosił, że jego partia będzie twardo forsowała zakaz powoływania pracowników partii, parlamentarzystów i samorządowców do zarządów i rad spółek. A także że żadna osoba zatrudniona czy należąca do Polski 2050 nie otrzyma nominacji do władz takich spółek. Na co PiS natychmiast ujawnił nazwiska nominatów Polski 2050 we władzach m.in. NFOŚiGW, Enei, PGE, Krajowej Grupy Spożywczej czy Krajowego Zasobu Nieruchomości.
W podobnej tonacji wypowiada się wiceminister funduszy i polityki regionalnej oraz poseł KO Jacek Karnowski. – W Koalicji Obywatelskiej jest takie założenie, że ani ludzie funkcyjni, ani radni z PO nie mogą być delegowani do władz spółek Skarbu Państwa, i jest to przestrzegane. Dobrze by było w kontekście propozycji Polski 2050, żeby każdy zaczął od siebie – dodaje.
Nieoficjalnie zarówno politycy KO, jak i PiS przekonują, że władze państwowe nie mogą sobie pozwolić na rezygnację z obsadzania zarządów kluczowych spółek. Należy jedynie dbać o to, by trafiali tam ludzie maksymalnie fachowi.
Hamulcowy Kropiwnicki
Polska 2050 po fiasku pierwszego projektu przygotowała drugi. To właśnie on ma być czytany na najbliższym posiedzeniu Sejmu. – Wzięliśmy najmniej kontrowersyjne elementy starego projektu i zrobiliśmy nowy. Chcemy, żeby wszystkie zarobki w radach i zarządach były jawne, wprowadzamy też kryteria niezależności. Posłowie czy senatorowie będą mieli dwa lata karencji, zanim zasiądą we władzach spółek. Podtrzymujemy też zakaz wpłat przez spółki na partie polityczne i komitety wyborcze – mówi Michał Gramatyka.
Według polityków Polski 2050 w sprawie spółek największym problemem jest postawa resortu aktywów państwowych. – Jeżeli pan wiceminister Kropiwnicki zostanie po rekonstrukcji rządu, z odpartyjnienia spółek nic nie będzie – ocenia poseł Komarewicz.
Tak duża pozycja Kropiwnickiego może dziwić, bo to polityk, o którym media kilkakrotnie publikowały bardzo krytyczne materiały. Ostatnio ujawniono np., że mimo iż ma do dyspozycji ministerialną limuzynę, pobiera kilometrówki w ogromnych kwotach.
O Kropiwnickim, który jest sejmowym rekordzistą w liczbie posiadanych mieszkań (ma ich aż dwanaście), zrobiło się głośno pod koniec poprzednich rządów PO w 2015 r. To on forsował rozwiązania, które Sejmowi tamtej kadencji dawały prawo do wyboru sędziów Trybunału Konstytucyjnego „na zapas”, co było prapoczątkiem kryzysu wokół TK. Od polityków PO można jednak usłyszeć, że był wtedy tylko wykonawcą decyzji podejmowanych przez szefa klubu PO Rafała Grupińskiego.
Politycy Platformy przyznają też, że największe wpływy w partii Kropiwnicki miał w przeszłości, gdy kierował nią Borys Budka. Podobnie jest w resorcie aktywów – odkąd kieruje nim kojarzony z Janem Krzysztofem Bieleckim Jakub Jaworowski, Kropiwnicki ma mieć słabszą pozycję. – Kiedyś można było z nim załatwić wszystko w sprawie spółek, teraz dużo mniej – przyznaje polityk PO.
Niemniej jednak utrzymuje się na stanowisku, mimo różnych kompromitujących doniesień. Najbardziej miała mu zaszkodzić ujawniona jesienią 2024 r. afera wokół Totalizatora Sportowego. Jak napisał wtedy Onet, gdy tylko Kropiwnicki objął stanowisko wiceministra aktywów państwowych, do Totalizatora rozpoczął się „desant” ludzi z nim związanych. Jednym z nich był wiceprezes Szymon Gawryszczak, zarazem udziałowiec firmy odpowiadającej za hejterski profil „Sok z Buraka”.
Politycy PO przyznają, że Kropiwnicki po tej aferze miał mieć już podpisaną dymisję, ale pozostał – podobno dlatego, że jest kompetentnym i pomysłowym prawnikiem. To on wymyślił, by wpisać TVN na listę strategicznych spółek, utrudniając w ten sposób sprzedaż stacji komuś politycznie niepożądanemu.
Kto i jak wybiera prezesów
Właśnie na Kropiwnickiego jako na jednego ze sprawców swojej dymisji wskazuje były wiceminister aktywów z rekomendacji Polski 2050 Jacek Bartmiński. Został on zmuszony do odejścia ze stanowiska w listopadzie ubiegłego roku po tym, jak nie obronił przed odwołaniem prezesa Lotu Michała Fijoła. – Poprosiłem radę nadzorczą Lotu, by poczekali ze zmianami personalnymi. Ale rada dostarczyła ministrowi Jaworowskiemu raport, który wskazywał na błędy w zarządzaniu, i podjęła swą decyzję – tłumaczy dziś tamtą sprawę Bartmiński.
Wcześniej był w ostrym sporze z Kropiwnickim. Ten ostatni, jak można się nieoficjalnie dowiedzieć, zmieniał Bartmińskiemu ustalone już z ministrem Budką nominacje do rad nadzorczych spółek Skarbu Państwa, a nawet sam miał podpisywać się pod rekomendacjami będącymi w kompetencjach Bartmińskiego.
Od czasu odejścia tego ostatniego z Ministerstwa Aktywów Państwowych partia Hołowni nie ma w nim żadnego przedstawiciela. „Polska 2050 nie deleguje przedstawiciela do kierownictwa MAP, dopóki w Sejmie nie znajdzie się większość dla ustawy profesjonalizującej nadzór nad spółkami Skarbu Państwa” – czytamy w serwisie X. Z samym Robertem Kropiwnickim nie udało nam się skontaktować, mimo zasygnalizowanej przez niego wcześniej w Sejmie woli spotkania.
Jak przyznają nasi rozmówcy, sprawa dymisji Bartmińskiego dobrze pokazuje mechanizmy rządzące spółkami Skarbu Państwa, gdzie o personaliach decyduje się na najwyższym szczeblu. Czy da się to zmienić i wprowadzić transparentne zasady doboru kadr do zarządów? Wielu ekspertów jest zdania, że najlepszym rozwiązaniem byłaby prywatyzacja części spółek. W opinii Krzysztofa Izdebskiego po pierwsze trzeba jednak zrobić przegląd przedsiębiorstw, które można by sprywatyzować, a po drugie zwiększyć poziom ich transparentności.
Innym rozwiązaniem, według Ryszarda Wojtkowskiego, mogłoby stać się doprowadzenie do sytuacji, w której spółki staną się nieatrakcyjne dla partii. – Jeśli firma jest własnością Skarbu Państwa, nie trzeba dziesięciu ludzi w radzie nadzorczej. Wystarczy dwóch czy trzech urzędników z MAP. Jak nie będzie konfitur, nie będzie chętnych – przekonuje przedsiębiorca.
W portfelu państwa
Wśród 397 spółek Skarbu Państwa mamy podmioty o znaczeniu strategicznym, jak Polska Grupa Zbrojeniowa, Wytwórnia Papierów Wartościowych, Poczta Polska albo Polskie Sieci Elektroenergetyczne. Nie brakuje też branżowych liderów pokroju KGHM, jednego z największych producentów miedzi i srebra na świecie, oraz grupy PZU, PGE czy Tauron. Na liście są podmioty w stu procentach zależne od państwa, jak PLL Lot, i takie jak Orlen, w którym Skarb Państwa ma decydujący głos dzięki rozdrobnieniu pozostałego akcjonariatu.
Na liście stu największych polskich firm, którą w 2023 r. otwierał PKN Orlen z przychodami na poziomie 372,7 mld zł, a zamykała Grupa Kapitałowa Wipasz (5,5 mld zł) – tylko 27 było własnością lub współwłasnością Skarbu Państwa. Jednak w pierwszej dziesiątce jest aż siedem takich podmiotów, w których decydujący głos ma dziś Ministerstwo Aktywów Państwowych.
Nie brak w aktywach państwa rodzynków o trudnej do zdefiniowania użyteczności, jak spółka Beskidzki Hurt Towarowy (operator targu rolnego) albo firma GymExpert (dostarcza automaty z napojami do klubów fitness). W wielu z tych podmiotów państwo ma udział symboliczny lub mniejszościowy, objęty najczęściej wskutek udzielonej dotacji. Inne należą do niego w całości – jak spółka Stado Ogierów z Łącka, jedno z najstarszych gospodarstw zajmujących się hodowlą koni, lub Sklejka Orzechowo, producent płyt stolarskich.
Ten biznesowy plankton nie ma znaczenia; z punktu widzenia państwa, które może wykorzystywać kontrolowane spółki do oddziaływania na rynek, kluczowe są tylko te największe. Wielokrotnie już miało to miejsce w sektorze bankowym, gdzie państwo – po przejęciach z czasów PiS – kontroluje ponad połowę podmiotów, na czele z największym polskim bankiem PKO. Na życzenie polityków zdarzało się mu np. nie podnosić opłat za prowadzenie kont i w ten sposób wyhamować na jakiś czas podwyżki u konkurencji. Przed wyborami w 2023 r. obserwowaliśmy z kolei nagłe zahamowanie cen paliw na stacjach Orlenu. Ten cud nad dystrybutorami miał ograniczyć inflację, czym z kolei walczący o reelekcję obóz PiS chciał się pochwalić w kampanii.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















