Kłębek

IWONA CHMIELEWSKA, ilustratorka i pisarka: Przed czterdziestką, kiedy pozbyłam się włosów, otworzył się w mojej głowie jakiś kanał, do którego ważne rzeczy spływają, a niepotrzebne z niego wylatują.

06.04.2020

Czyta się kilka minut

Ilustracja z książki Justyny Bargielskiej „Obie”, Wydawnictwo Wolno, 2016 r. / IWONA CHMIELEWSKA / IWONA CHMIELEWSKA
Ilustracja z książki Justyny Bargielskiej „Obie”, Wydawnictwo Wolno, 2016 r. / IWONA CHMIELEWSKA / IWONA CHMIELEWSKA

KATARZYNA KUBISIOWSKA: Są króciutkie.

IWONA CHMIELEWSKA: Jeszcze niedawno nie było ich wcale.

I jak to jest?

Kiedyś ich już nie miałam. Przed skończeniem 40. roku życia poczułam nieodpartą chęć, by ogolić głowę. Zadzwoniłam po przyjaciółkę, by natychmiast przyszła z maszynką.

Zdziwiła się?

Trochę. Bo to było zupełnie nieracjonalne, nie miało uzasadnienia. Ale pomyślałam, że jak to teraz zrobię, otworzą się nowe możliwości. Chodziło o te zawodowe. Bo w życiu osobistym zamieszało się, lecz miłość była: byłam już z drugim mężem, miałam małego synka, moje czwarte dziecko.

A to radykalne cięcie włosów?

Kiedy po latach poleciałam do Korei Południowej, dowiedziałam się, że postąpiłam jak mnich buddyjski. Ogolenie głowy jest jak otwarcie się na siły płynące z góry i skupienie się na wnętrzu. Tej świadomości trzymałam się przez kolejne lata.

A rok temu, w maju, miałam mieć spotkanie autorskie. Byłam już po pierwszej chemioterapii. Myślałam: „Włosy na pewno mi nie wyjdą, nie, nie, to nie może mnie dotyczyć. Teraz wklepię sobie taką super odżywkę”. Wklepałam, po czym wyjęłam całą garść razem z tą odżywką. To było godzinę przed spotkaniem – nie mogłam go odwołać.

I?

Po spotkaniu zadzwoniłam do córki, przyjechała i ogoliła mnie. Został półcentymetrowy meszek, ale i on zaczął się sypać – po tygodniu moja głowa stała się lśniącym kolanem. Nie było to przyjemne.

Potem, na Dzień Matki, dzieci kupiły mi piękną perukę: włosy, o jakich zawsze marzyłam, fryzura Meg Ryan z filmu „Masz wiadomość”. Tylko że przyszły upały i Meg zaczęła spływać potem. A po chemioterapii byłam do tego stopnia osłabiona, że dosłownie czułam, jak peruka ściska mi łeb. Nie dałam rady jej nosić. Więc zaczęłam szyć czapki – bawełniane, fikuśne, patchworkowe. To pomogło – gdy zakładałam czapkę na głowę, czułam się chroniona przed wzrokiem ciekawych. Choć myślę, że to od razu widać.

Pytali?

Czasem mieli pytanie w oczach. Najpierw było mi z tym źle, a potem normalnie.

A co z peruką?

Przedwczoraj obiecałam ją koleżance, która jest po drugiej chemioterapii. Bardzo się ucieszyła i powiedziała: „Od dziecka marzyłam, by być blondi” (jest brunetką).

Peruka idzie dalej w świat!

Służyć innej kobiecie. A wtedy jeszcze, w maju, po mojej drugiej chemioterapii, nagle zmarł mąż córki. Kochany młody człowiek…

Trudno mi o tym mówić, ale wtedy wszyscy – moje dzieci, moi bliscy, przyjaciele moi i mojej córki – poczuliśmy, że jesteśmy istotami społecznymi. Bo sądzimy, że jesteśmy wolnymi, niezależnymi istotami, prawda? A tak nie jest. Kiedy zupełnie opadłam z sił i po chemii nie dawałam rady samodzielnie wsiąść do samochodu i wrócić do domu, zobaczyłam, jak bardzo jestem bezradna i zależna…

I ta cała trudna sytuacja – żałoby po zięciu i mojego leczenia – uświadomiła mojej rodzinie, jak bardzo potrzebujemy sobie pomagać, być blisko i na nowo o te relacje zadbać. By się o siebie troszczyć. Bo gdy dzieci są dorosłe, te relacje jakoś kostnieją.

Wpadają w koleiny?

Coś w tym rodzaju. A moja córka po mężu odziedziczyła domek w Borach Tucholskich – to takie szczęście w nieszczęściu. Zaproponowała: „Mamuś, a może byście tam pojechali?”. I pusty domek w środku lasu, nad jeziorami, okazał się dla mnie cudownym sanatorium. Bo moje leczenie zaczęło się, kiedy było piękne upalne lato, a odporność ­wariowała – musiałam na siebie szczególnie uważać. Po każdej chemii jechałam do domku w Borach i czułam się tam szczęśliwa.

To było prawdziwe schronienie?

Bardzo to doceniam… I to nie tylko od momentu, kiedy zaczęłam się leczyć. Ciągle się otaczałam i otaczam książkami o Zagładzie, o obozach, o wojnie, o tym, że ludziom było i jest trudno. Czuję wdzięczność, kiedy otwieram kran, z którego leci woda, w piekarni mogę kupić chleb, a gdy patrzę na talerz zupy… Ach nie, nie powinnam tego mówić.

Proszę…

Gdy patrzę na pełny talerz, to myślę sobie, ilu ludzi tą zupą mogłoby się najeść. Albo ilu ludzi mogłoby się położyć na podłodze mojego pokoju. Tak naprawdę wewnętrznie jestem przygotowana do przetrwania.

To znaczy?

Mam w sobie mentalny umiar: potrafię się ograniczyć, cenić to, co mam. Dzisiaj, kiedy ogłoszono pandemię, przypomniałam sobie stan wojenny i kartki na żywność. Przeszliśmy przez to wszyscy w moim pokoleniu.

I wcale nie było tak źle.

Nawet było bliżej: ludzie częściej ze sobą rozmawiali, choć nie mieli tych cudownych komunikatorów, spotykali się, przychodzili w odwiedziny bez zapowiedzi. Teraz, niestety, tego najbardziej brakuje. Ale mamy za to internet i telefony.

A co książkami o Holokauście? Bo nie tylko je Pani czyta, ale i tworzy: „Pamiętnik Blumki”, „Dopóki niebo nie płacze” czy „Mama zawsze wraca” z Pani ilustracjami do tekstu Agaty Tuszyńskiej.

Ja jestem wielką życiową szczęściarą. A ponieważ jesteśmy jak naczynia połączone, powinnam troszeczkę tego szczęścia upuszczać i dzielić się nim w ten sposób, że biorę na siebie cudze nieszczęścia.

Oj, nie…

Nie wiem, czy to mądre i właściwe podejście, ale tak mam. Mam czworo zdrowych dzieci, mam kochającego męża, którego też bardzo kocham, mam gdzie mieszkać, mam pracę, która jest moją pasją… Mam dobra, a są ludzie, którzy tego albo nie mieli, albo nie mają. Nie umiem organizować akcji charytatywnych, nie jestem wolontariuszką, nikogo nie ratuję – co mogę zrobić, to podzielić się swoim spokojem. Mam sporą odporność w przeżywaniu trudnych historii. Niektórzy znajomi mówią: „Ja bym tego w ogóle nie mógł czytać, nie opowiadaj o tym, nie chcę tego nawet słyszeć...”. I nie wiem, na czym to polega – jestem dosyć delikatna, a jednocześnie mam grubą skórę. To może głupie, co powiem, ale czasem czuję, jakby był nade mną palec wskazujący: „Ty masz to zrobić, bo jesteś do tego zdolna, ty będziesz wiedziała, jak innych przeprowadzić przez tę historię”.

Pełna zgoda, swoimi książkami przeprowadza nas Pani przez okrutny świat.

No, niektórzy mówią, że dlatego dostałam raka, właśnie z powodu stresu. Ale ja tak nie uważam: on jest z innych, niewiadomych powodów. Jest darem, który poszerzył mi świadomość. Chociaż… Ten stres jest duży, przyznaję. Pracując nad książką „Mama zawsze wraca” prawie w ogóle nie spałam.

Od napięcia?

I od odpowiedzialności. Cały czas fabryka pracuje w głowie: „Jak to zrobić? Jak to pokazać? Jak nikogo nie urazić?”. Niepewność połączona z odpowiedzialnością właśnie.

Zaczęło się od „Pamiętnika Blumki”, potem było „Dopóki niebo nie płacze”, teraz „Mama zawsze wraca”. Czy mam prawo tego dotykać jako szczęśliwa osoba w XXI wieku, co ja o tym wiem, czy umiem to pojąć i pokazać?

Holokaustu nie da się zrozumieć.

I też nie da się opowieści o Holokauście ukończyć. Ona jest bezkresna. Obok piwnicy, w której ktoś się ukrywał, była inna piwnica, albo szafa, albo ziemianka… I poza tymi piwnicami działo się tyle strasznych rzeczy. Opowieść o Holokauście rozchodzi się na zasadzie fraktalowej. I ja, żeby być uczciwą i szczerą, muszę się chwycić czegoś niepewnego i swojej bezradności.

Określam to jako „poezję”. Bo poezji nie musimy rozumieć: czujemy ją i pod wpływem doznania zaczynają nam płynąć łzy. Dotknięte jest w nas to coś, pierwotne i szczere. Tworząc książkę, zamknięty, niezmienialny twór, który wypuszczam w świat, mam doprowadzić do tego, by ludzie mogli nałożyć na tę historię o mamie, która zawsze wraca, swoje prywatne doświadczenia, wzruszenia. Dlatego muszę być zdyscyplinowana i granice, które sobie stawiam na początku pracy, ratują moją opowieść przed chaosem.

W Pani biblioteczce widzę „Wystarczy” Szymborskiej, ostatni jej tomik. To są wiersze, które pomagają w pracy?

W czasie leczenia czytałam głównie poezję. Nie tylko Szymborskiej, ale też Zagajewskiego, młodych poetów. Na długie narracje nie miałam siły. Może to wynikało z osłabienia, a może właśnie z potrzeby umiaru, zwięzłego widzenia świata. W pewnym momencie poczułam, że nie mogę już nic czytać, że wolę patrzeć na chmury, na gałęzie, na cienie. Jeszcze wtedy nie miałam psa, niestety.

Kiedy pojawił się pies?

Po operacji, to był koniec listopada. Ale w Borach Tucholskich miałam ptaki.

Budziły Panią o czwartej rano?

To było lato i wtedy ptaki trochę już milkną. Ale rano i wieczorem krzyczą żurawie. Z zachwytem obserwowałam też ciche ptaki. Wie pani, że kowalik z pnia drzewa zbiega głową w dół? Mistrz świata ten kowalik!

A pies?

Najpierw muszę powiedzieć o naszej Pumie, która wiele lat była chora na padaczkę i odeszła jako 16-letnia staruszka. Wszyscy bardzo przeżywaliśmy jej chorobę, a mąż wziął na siebie zaniesienie Pumy do uśpienia. Potem przez dwa lata nie miałam psa. Nie mieliśmy siły przeżywać po raz kolejny tego, że zwierzęta odchodzą szybciej niż my. I teraz, kiedy nagle pojawiła się możliwość, że możemy jeździć do domku w Borach Tucholskich, oboje poczuliśmy, choć o tym nie mówiliśmy, że tutaj brakuje psa.

W listopadzie, dzień po operacji, siedziałam na szpitalnym korytarzu, podłączona jeszcze do tych rurek, butelek, i próbowałam złapać zasięg. Zaczęłam na portalu z ogłoszeniami oglądać pieski. I zobaczyłam Lukę ze schroniska pod Włocławkiem, a w jej oczach całe cierpienie świata i jednocześnie jego wielkie piękno. Wszyscy, którzy mają zwierzęta, wiedzą, o czym mówię. W najgłębszej tajemnicy zadzwoniłam do Jagi, mojej młodszej córki. Mówię: „Jaguś, zobacz, jest taki piesek, co o nim myślisz?”. Gdy Jaga zobaczyła Lukę, natychmiast odpisała: „Jedziemy po nią!”. I zadzwoniła do… Głos mi się łamie, przepraszam.

Zadzwoniła do męża i reszty moich dzieci, i już wieczorem byli pod Włocławkiem. Okazało się, że Luka ma swoją historię.

Proszę opowiedzieć.

Gdy zabraliśmy ją ze schroniska, miała około ośmiu, może dziewięciu miesięcy. Była już matką, choć była jeszcze dzieckiem – zaszła w ciążę podczas pierwszej cieczki i urodziła w krzakach sześcioro szczeniąt. Dzielnie je wykarmiła, pieski zostały adoptowane, a Lusi nikt nie chciał.

A myśmy się w niej zakochali od pierwszego wejrzenia. Trzeba było jednak zaczekać, bo Luka musiała zostać wysterylizowana w schronisku. Bardzo odpowiedzialne podejście. I tak się złożyło, że nasze współrzędne przecięły się: Luka przyjechała do nas po swojej operacji, a ja byłam dzień po wypisie ze szpitala. Razem lizałyśmy swoje rany.

Luka była zapchlona, zakleszczona, chuda, smutna i zmęczona karmieniem, chociaż ogonkiem ciągle leciutko kręciła. Gdy weszła z wolontariuszami ze schroniska do naszego domu, już na wycieraczce położyła się i zasnęła.

Ojej.

Potem tylko spała, wykończona karmieniem i operacją. Przez dwa tygodnie nie wydała z siebie żadnego głosu. Gdy zaprowadziliśmy ją do weterynarza, była przeszczęśliwa, dawała sobie zrobić USG i zastrzyki. Nigdy nie spotkałam takiego psa. Pumcia była nadpobudliwą histeryczką, a Lusia to ufność i spokój na czterech łapach. Moja terapeutka.

Pani naprawdę jest szczęściarą.

Trochę się boję tej miłości, ona jest szalona. Żadnego zwierzęcia do tej pory tak bardzo nie kochałam. Co będzie, jak Luka będzie żyła krócej niż ja? Jak jej się stanie jakaś krzywda?

Proszę przepędzać złe myśli.

Staram się, choć z natury jestem katastrofistką, taka Filifionka.

Chyba nie do końca. Pani nie mówi: chorowałam, Pani mówi: byłam leczona.

Guz został wykryty w czasie rutynowego badania. Kobiety z nowotworem piersi najczęściej o nim nie wiedzą, bo to nie boli, nie daje żadnych oznak. Moją zmianę nawet trudno było wyczuć, guz umiejscowił się w węźle chłonnym. Tak że czułam się bardzo dobrze i w momencie, jak dostałam pierwszą chemię, to poczułam się właśnie leczona.

Chemia jest życiodajną trucizną, to cudowny pomarańczowy eliksir zwalający człowieka z nóg. A ja jestem prymitywną pacjentką: o nic nie pytam, niczego nie czytam, nie dowiaduję się, nie chcę o niczym słyszeć. Na początku leczenia, jeszcze przed pierwszą chemią, różni ludzie niosący pomoc zarzucili mnie alternatywnymi metodami. I źle to na mnie działało, rozbijało od wewnątrz. A w momencie, kiedy oddałam się w ręce onkologów, pomyślałam: „Ja jestem fachowcem w swojej dziedzinie, a państwo jesteście w swojej”. Na głos tego nie powiedziałam, bo ja tylko słucham i robię, co mi każą. I czuję wielką wdzięczność. Uwierzyłam, że to leczenie mi pomoże: w pół roku odbyłam 16 chemioterapii, potem operacja, dalej 20 naświetlań. Teraz jeszcze raz na trzy tygodnie biorę jakiś cud w zastrzyku. Jestem już silna, jest dobrze.

Nawet bardzo dobrze, bo w lutym otrzymała Pani w Bolonii nagrodę w kategorii New Horizons za tekst i ilustracje do książki „Kołysanka dla babci”.

„Kołysanki” nie udało się wydać w Polsce, nie było ku temu sprzyjających warunków. To dosyć droga w produkcji książka o nietypowym wielkim formacie. Dlatego moja koreańska przyjaciółka i agentka, Jiwone Lee, pokazała ją ogromnemu wydawnictwu BIR mieszczącemu się na Gangnam, w najbogatszej dzielnicy Seulu. I w BIR powiedzieli, że to od razu biorą i mają zamiar za „Kołysankę” dostać Bologna Ragazzi. Dla mnie to było obciążenie: „Boże, przecież to niemożliwe, po co ta presja, od razu się denerwuję”. A gdy już dowiedziałam się o nagrodzie, to nie powiem, że się nie zdziwiłam, ale pomyślałam: „Aha, dzieje się to, co miało się zdarzyć”.

Babciu, dziękuję ci, bo to dzięki tobie.

Bo książka jest o Pani babci Huldzie – łódzkiej włókniarce, pracującej przy krosnach na trzy zmiany.

I jeszcze o Łodzi, i o Pabianicach – moim rodzinnym mieście. O łódzkich włókniarkach nigdy nie docenianych, o ich prostym życiu.

Babcia Hulda to sama czułość, dobro i oddanie innym. Moja mama, jako sierota wojenna, urodziła mnie młodo, nie miała jeszcze 20 lat. I nie miała wzorów w byciu matką. I ją, i mnie przygarnęła właśnie babcia Hulda, mama taty. Słyszała pani o tym, że podobno my, kobiety, dziedziczymy cechy z linii po mieczu – jesteśmy alter ego naszych babć ze strony męskiej? I w naszym przypadku to się zgadza, mamy podobną osobowość.

Czyli?

Obie jesteśmy trochę nieobliczalne. Babcia Hulda miała w sobie coś z anarchistki. Przykład? Piłkę, toczącą się po drodze, potrafiła kopnąć wysoko do nieba. Albo nauczyła się nowego przepisu i ku zdumieniu wszystkich serwowała wymyślne danie.

Jednocześnie była wychowana tradycyjnie, jej rodzice przyjechali z Austrii do Łodzi, do tej ziemi obiecanej. W domu mieli warsztat tkacki, przy krosnach pracowało ich ośmioro dzieci, w tym babcia Hulda.

„Kołysanką” chciałam pokazać małą i skromną historię na tle tej wielkiej, i opowiedzieć ją poprzez tkaniny. Proszę się rozejrzeć wokół siebie, wszędzie one są – to obicia krzeseł, zasłony, chodniki, ubrania, poduszki, ścierki kuchenne, ręczniki, pościel… „Kołysanką” chciałam opowiedzieć o losie łódzkich kobiet, otulić je tak, jak one nas otulały. Po babci mam miłość do tkanin.

Stąd mnóstwo tkanin w Pani szafie?

Sklepy z używaną odzieżą to mój żywioł, dzięki nim mam kolekcję tkanin znoszonych i z historią, których używam do tworzenia książek. Do ilustracji w „Kołysance...” nie miałam aż tylu tkanin po babci. Pomogli mi znajomi, którzy wiedzieli, że robię taką książkę. Od Danusi z Pabianic dostałam rodzinne pamiątki po jej babci i ciociach, od Halinki stare wzorniki kordonków. A od Ady Augustyniak, filozofki, twórczyni książek, dostałam węzełek skarbów z przedwojennej pasmanterii w Głownie, należącej do jej prababci.

No a Pani babcia?

Śpiewała „O Tannenbaum”, uczyła mnie nie tylko niemieckich piosenek, ale też gotować, szyć, dziergać… Jak to babcie uczą tego swoje wnuczki. Byłam jej jedyną dziewczynką wnusią – lustereczkiem przyszłości, a ona była moim lustrem przeszłości. Mnóstwo czasu spędzałyśmy razem. Poza tymi wszystkimi pracami, które babcie robią na emeryturze, by dzieci wracające ze szkół i dorośli z pracy mieli gotowy obiad na stole, bardzo dużo czytała, szyła, robiła na drutach. Nic wielkiego, a wszystko.

A Pani anarchia?

To jest raczej anarchinka, nie jakaś wielka anarchia.

Lubię stawiać ludzi w nieoczekiwanych sytuacjach. Łamać schematy, przeciwstawiać się systemom. Moje dzieci były narażane na tego typu zachowania swojej matki, których się może wstydziły, ale miałam ideę, by trochę im mieszać.

Po co?

Wydawało mi się, że stawianie ich w paradoksalnych, nietypowych sytuacjach, takich, że nagle zmienia się cały kontekst, umocni je, że będą przygotowane na to, że świat nie jest oczywisty. To były raczej zabawy, a moja przekora, kwestionowanie zastanych schematów może pomogły im w ten sposób, że nie są podatne na manipulację, myślą niezależnie. Chyba zastanie po powrocie ze szkoły ogolonej na zero matki musiało być dla nich nieprzyjemne. Teraz też czasami robię coś bardzo dziwnego, czym mój mąż bywa zaskoczony. Na przykład potrafię go znienacka boleśnie ugryźć. Ale proszę tego nie pisać…

Napiszę, dobrze?

Ech.

Jeszcze chciałam zapytać, czy wtedy, jak ogoliła Pani włosy przed czterdziestką, w Pani życiu nastąpiła zmiana?

Nastąpiła. Zaczęłam robić ludziom portrety. I tu wiadomość dla Urzędu Skarbowego: oczywiście na czarno. Zrobiłam ich ponad 50, brałam za nie grosze, ale wtedy to był dla mnie finansowy ratunek. Nie chcę, by odbierano mnie jako nawiedzoną, ale opowiem… Wystarczyło mi przysłać imię, zdjęcia i datę urodzenia. Bo ja nie robiłam tradycyjnych portretów, tylko metaforyczne – z oknem pokazującym drogę życiową. Okazywało się, że trafiałam. Kiedyś zrobiłam portret góralce, o której wiedziałam tylko, jak ma na imię i że pomaga ludziom. Nic więcej. I w jej oknie zrobiłam świerk – jakby naginała jego czubek i wieszała na nim gwiazdę. I co się okazało? Że góralka ma na nazwisko Świerk.

Ludzie mnie zaczęli pytać: a skąd to wiedziałaś? Ja odpowiadałam szczerze, że nie mam pojęcia. Albo taka historia: do „Na wysokiej górze” Krystyny Miłobędzkiej zrobiłam ilustracje. Z panią Krystyną spotkałyśmy się na Targach Książki w Poznaniu, na premierze książki. Pani Krystyna ogląda ilustracje i pyta: „A skąd pani wiedziała, że ja miałam takiego właśnie psa? Skąd pani wiedziała, że ten pies, kiedy wchodził po schodach, bardzo cierpiał, bo miał chorą łapę?”.

Bo ja namalowałam w tym tomiku żółtego psa wchodzącego po schodach.

No skąd to Pani wiedziała?

Ale ja naprawdę nie wiem. Może stąd, że gdy skupiam się maksymalnie na swojej pracy, to robię głęboki research i pewne wątki przychodzą same. Dzieje się to poza mną – cały świat mi pomaga i przynosi rozwiązania.

I wtedy, przed czterdziestką, kiedy pozbyłam się włosów, myślę, że otworzył się w mojej głowie jakiś kanał, do którego ważne rzeczy spływają, a niepotrzebne z niego wylatują. To właśnie wtedy zaczęłam robić te metaforyczne portrety. Potem odważyłam się na książki autorskie. Ponieważ nikt ich nie chciał w Polsce wydawać, trafiłam do Korei Południowej, gdzie dowiedziałam się, że w moje urodziny, które przypadają 5 lutego, jest tam pierwszy dzień wiosny. Dawniej dziewczynki urodzone 5 lutego, zanim jeszcze wyszły z pieluszek, miały już kolejkę kandydatów na męża.

A czy będzie książka o włosach?

Mąż mnie namawia, by powstało „Królestwo dziewczynki 2”.

„Królestwo dziewczynki” to książka o pierwszej miesiączce.

Już wymyśliłam pierwsze zdanie: „W życiu kobiety przyszedł ten dzień, gdy poczuła zmianę...”.

Aż mnie ciarki przeszły.

Na razie ta opowieść jest zwinięta w kłębek, którego nie chcę i boję się rozwijać. ©

IWONA CHMIELEWSKA (ur. 1960) jest autorką i ilustratorką wydawanych w wielu krajach książek dla dzieci i dorosłych, twórczynią autorskich picturebooków (m.in. „Pamiętnik Blumki”, „Dwoje ludzi”, „Oczy”). Nagrodzona m.in. Złotym Jabłkiem na Biennale Ilustracji w Bratysławie (2007) oraz trzykrotnie prestiżową Bologna Ragazzi Award (2011, 2013 i 2020). W 2020 r. została nominowana do Nagrody im. Andersena, przyznawanej przez IBBY. Współautorka warstwy wizualnej wystawy „W Polsce króla Maciusia” w Muzeum POLIN. W marcu nakładem Dwóch Sióstr ukazała się książka „Mama zawsze wraca” z jej ilustracjami do tekstu Agaty Tuszyńskiej.


CZYTAJ TAKŻE

ROZMOWA Z IWONĄ CHMIELEWSKĄ O MIESIĄCZCE: Ludzie wciąż boją się kobiecej płodności jako nieokiełznanej, nieznanej siły. Przeraża ich biologiczna strona kobiety. Stąd chyba cały problem >>>

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Wybrane teksty dostępne przed wydaniem w kiosku
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Wybrane teksty dostępne przed wydaniem w kiosku
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]
Dziennikarka działów Kultura i Reportaż. Biografka Jerzego Pilcha, Danuty Szaflarskiej, Jerzego Vetulaniego. Autorka m.in. rozmowy rzeki z Wojciechem Mannem „Głos” i wyboru rozmów z ludźmi kultury „Blisko, bliżej”. W maju 2023 r. ukazała się jej książka „Kora… więcej

Artykuł pochodzi z numeru Nr 15/2020