Pod koniec lipca Reuters ujawnił list, który katarskie ministerstwo energii przesłało w maju do belgijskiego rządu. Podpisany pod nim minister Saad al-Kaabi stwierdzał, że jeśli Unia Europejska zamierza utrzymać w mocy dyrektywę w sprawie należytej staranności przedsiębiorstw w zakresie zrównoważonego rozwoju (CSDDD) – która jest częścią Zielonego Ładu – Katar zrezygnuje z zaopatrywania Europy w gaz. A dokładniej – ale i enigmatyczniej – rzecz ujmując, „poważnie weźmie pod uwagę inne rynki, poza Unią Europejską”.
Przypomnijmy: w dyrektywie, obejmującej szereg zagadnień, mowa m.in. o przeciwdziałaniu ociepleniu klimatu większemu niż 1,5 stopnia Celsjusza – wedle założeń porozumień paryskich z 2015 r. – i dążeniu do osiągnięcia neutralności klimatycznej w 2050 r. Minister Al-Kaabi, skądinąd zasiadający jednocześnie w fotelu prezesa koncernu QuatarEnergy, który dostarcza krajom unijnym gaz, podkreślił, że ani jego państwo, ani jego koncern nie planują żadnej neutralności. Krótko mówiąc: nie mamy pańskiego płaszcza i co pan nam zrobi?
Nie chodzi tu oczywiście wcale o Katar (dostawy skroplonego gazu z tego kraju to 14 proc. całego europejskiego rynku), lecz w ogóle o fatalną sytuację, w jakiej się jako ludzkość znajdujemy. List od ministra Al-Kaabiego jest tylko wymowną tego ilustracją. A można na niej dostrzec jeszcze m.in. Rosję, Chiny, Indie i, o ironio, Stany Zjednoczone (przynajmniej dopóty, dopóki prezydentem jest Donald Trump). Słowem, kraje, które ujmują kwestię ludzkiego wpływu na klimat w modelu postmodernistycznym. Jako narrację, jedną z wielu. A skoro jest to wyłącznie narracja, wówczas można i należy traktować ją w kategoriach jak najściślej narracyjnych. To znaczy – przeciwstawiać jej inne narracje, być może znacznie bardziej, z perspektywy określonych interesów, pożyteczne. To właśnie zrobił minister Al-Kaabi, choć niewykluczone, że nie wiedział, iż mówi prozą.
Co się liczy w dzisiejszym świecie
Nasz – ludzkości – kłopot polega oczywiście na tym, że stawka jest tutaj dalece nienarracyjna. Kiedy bowiem temperatura rośnie, to krew gęstnieje, oddech przychodzi z trudem, rosną ryzyka udarów, zdarzeń sercowych, a także, nie oszukujmy się, zgonu. O katastrofach żywiołowych, pożarach i innych drastycznościach nie wspominając. W takich okolicznościach nie mamy już do czynienia z narracją – a w każdym razie nie tylko z nią – lecz, jak mawia Bohdan Chwedeńczuk, z rzeczywistą rzeczywistością.
Cóż jednak zrobić, jeśli co do tego, gdzie rzeczywista rzeczywistość jest, czy w ogóle jest i jaka jest, nie potrafimy już się prawie w ogóle porozumieć? W dzisiejszym świecie liczy się w pierwszej kolejności nie to, jak jest, lecz jak ludzie myślą, że jest. To zaś, co ludzie myślą, daje się – w epoce postępującego odrealnienia – bardzo sprawnie modelować.
W przeciwieństwie jednak do naszych umysłów, nasze ciała tym procesom odrealnienia skutecznie się opierają. Żadne perswazje i interpretacje, żadne hermeneutyki i heurystyki, żadne najbardziej nawet wysublimowane środki propagandowe nie sprawią, że poddawane wysokiej temperaturze ciało zacznie się zachowywać, jak gdyby nigdy nic. No, chyba że mówimy o ciele tybetańskiego mnicha wyspecjalizowanego w praktyce tummo. Choć, z drugiej strony, praktyka ta polega na rozgrzewaniu się w zimnie, nie zaś na schładzaniu w upale. Ale nawet jeśli ów mnich potrafiłby się równie skutecznie schładzać, co nagrzewać, proces ten i tak natrafiałby ostatecznie na jakieś granice. Nie ma rady: rzeczywistość się liczy, rzeczywistość prędzej czy później upomina się o swoje. Realne zawsze powraca. Z tym większym skądinąd impetem, z im większą intensywnością staraliśmy się wcześniej nie przyjmować go do wiadomości.
Efektywne działanie w rzeczywistości wymaga zatem uznawania rzeczywistości. Efektywne zapobieganie albo już tylko minimalizowanie skutków wpływu człowieka na klimat wymaga podstawowego epistemologicznego i ontologicznego – jak to się w filozoficznym żargonie mawia – konsensusu. Czyli po prostu zgody co do tego, jakimi metodami najskuteczniej poznajemy rzeczywistość oraz jaka ta rzeczywistość jest. W przypadku zaś, o którym rozmawiamy, wymaga to również opartej na tym konsensusie globalnej kooperacji pomiędzy państwami. Kooperacji, w ramach której wszystkie podmioty występują w najszerzej pojętym, wspólnym interesie całej ludzkości. A w każdym razie jej wcale pokaźnej części zamieszkującej tereny, których parametry, nazwijmy to, surwiwalowe będą się pod wpływem zmian klimatycznych pogarszać.
Osobliwa to sytuacja. Pod względem politycznym i kulturowym (powtórzę: dictum katarskiego ministra jest wyłącznie hologramem odbijającym całość) jesteśmy dziś jak najdalej od potencjalnego globalnego porozumienia ponad podziałami. Jak najdalej od możliwości powołania nie tyle nawet światowego rządu, ile choćby federacji państw na rzecz pokoju i pomyślnego współistnienia. Takiej, jaką 230 lat temu wyobrażał sobie Kant w eseju „O wiecznym pokoju”. Jednocześnie zagęszczenie teorii spiskowych przestrzegających przed takim scenariuszem jest również bezprecedensowo duże.
Co z tym więc zrobimy? Obawiam się, że widoki są marne. List z Kataru nie napawa optymizmem, zwłaszcza jeśli faktycznie jest symptomem – w tym przypadku niestety – wspólnej i globalnej mentalności.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.
















