Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

O zaufaniu i nieufności

O zaufaniu i nieufności

17.12.2012
Czyta się kilka minut
Miałem przyjemność i zaszczyt spolszczać książki czterech autorów, których nazwiska znane są jak świat długi i szeroki: Rolanda Barthes’a, Emila Ciorana, Claude’a Lanzmanna, Milana Kundery. W trzech przypadkach poddany zostałem wstępnej kontroli.
Joanna Bator Fot. Cato Lein
M

Milan Kundera – jego nieufność wobec tłumaczy jest niemal przysłowiowa – czytal sam dokładnie mój pierwszy przekład jego książki, „Sztuki powieści”; jakoś dawał sobie radę z lekturą po polsku. Egzamin zdałem, choć do dziś nie mogę zapomnieć karygodnego błędu, jaki popełniłem: raz napisałem „oberża”, a raz „gospoda” (w oryginale było taverne). A przecież doskonale wiedziałem, że nie wolno, tłumacząc Kunderę, używać wymiennie wyrazów bliskoznacznych. Albo „oberża”, albo „gospoda”, napisał autor grubym ołówkiem, proszę wybrać. Przekładów kolejnych książek już nie sprawdzał; zaufał mi.

Claude Lanzmann długo wypytywał mnie, dlaczego chcę przełożyć jego „Shoah”, a pierwszą wersję przekładu dał do sprawdzenia swoim polskojęzycznym przyjaciołom w Paryżu. Przekład się obronił, nie było dalej żadnych problemów.

Przed powierzeniem mi przekładu „Historii i utopii” Ciorana przez oficynę Gallimarda, towarzyszka życia Ciorana, Simone Boué, poprosiła francuskiego wydawcę, by sprawdził u swoich polskich źródeł, czy moje translatorskie doświadczenie predestynuje mnie do tłumaczenia tekstu. Źródła wydały pozytywną opinię, mogłem przystąpić do pracy.

Roland Barthes zmarł dwadzieścia lat przed moim przekładem jego „Fragmentów dyskursu miłosnego”, a że nie zostawił żadnej rodziny, w tym jednym przypadku nikt nie legitymował mnie ani z samego przekładu, ani z moich do niego ciągotek.

Nie mogę z ręką na sercu powiedzieć, że byłem jakoś szczególnie poruszony tą trzykrotną kontrolą. Zauważyłem ją, to wszystko. Co więcej, nawet ją rozumiałem. Dobrze widziałem, co tłumacze angielscy i inni zrobili z przekładami Kundery, zanim autor nie wziął się do ich dokładnego sprawdzania. Pojmowałem obawy Lanzmanna, że polski tłumacz może mu coś skrócić, coś przekręcić, coś ominąć, by osłabić wymowę niektórych scen. I sam wiedziałem najlepiej, jak trudnym, fantastycznie wymagającym wyzwaniem jest przekład Ciorana.

Jednak prawdziwe, głębokie zrozumienie tej sytuacji przyszło dopiero w chwili, gdy to ja miałem przyjemność i zaszczyt bycia przekładanym na inne języki. Pomny doświadczenia innych, zastrzegałem w umowie moje prawo do wglądu w przekład i ochoczo ruszałem do kontroli. Nie sprawdzałem co prawda kwalifikacji tłumaczy, którzy gotowi byli pracować nad moimi tekstami, znałem swoje miejsce w szeregu, lecz – wiedząc o przygodach Kundery – literalnie rzucałem się na nie z ołówkiem w ręku. Niestety, szybko zapał mi minął, gdyż zbyt słaba znajomość języków konferencyjnych uniemożliwiła mi pogoń za niuansami, z których, jak miałem czelność wierzyć, tkane były moje książki. Mogłem sprawdzać pedantycznie tylko przekłady na francuski, i tak czyniłem, zdanie po zdaniu, i nie raz jeden. I nie tylko dwa razy.

Miałem szczęście do tłumaczy, bardzo dużo szczęścia, uważam ich pracę za nadzwyczajną. Chwalili ich nawet lokalni krytycy, pisząc recenzje – zaszczyt, który tłumaczom zdarza się rzadko. Ale nie znaczy to, że gdyby zechcieli łaskawie podjąć się kolejnych przekładów moich tekstów, nie siadłbym nad nimi z ołówkiem i nie czytał zdania po zdaniu. Nie walczył ewentualnie o średniki i kropki, o każdy właściwie wyraz. Albowiem w przekładzie pojęcie „zaufania” jest proweniencji roussowskiej. Rousseau mówi, „człowiek jest dobry z natury”, teoretycznie można mu zaufać. Autor naiwny myśli: „mój tłumacz jest dobry z natury”, właściwie mogę mu zaufać. Różnica w tym, że owszem, człowiekowi można od biedy zaufać, ale tłumaczowi tak całkowicie – nigdy.

Albo inaczej. Kiedy napisaliśmy własną książkę i później myślimy o niej, odczytując niekiedy jej fragmenty, zawsze znajdziemy w niej – zwłaszcza po dłuższym czasie – zdania czy słowa, które są nie tak. Nasz własny tekst (tak mniemam) nigdy w naszych oczach nie jest dość dobry, idealny. Kiedy jednak widzimy jego istnienie w przekładzie, śledzimy jego nowe losy, staje się on nagle domkniętą, nienaruszalną całością, rodzajem idei platońskiej, którą przekłady mniej lub bardziej rozmazują, mniej lub bardziej zamieniają w cień. Nasz tekst – gdy jest przekładany – staje się nagle „dobry z natury”. Ale to jest tylko nasze zdanie; nasz tłumacz, nawet jeśli lubi nasze teksty, widzi doskonale, jakie są w nim niedoskonałości, mielizny, i wie, że dobry z natury jest co najwyżej czek, który dostanie. Lub nie – ale kwestią zaufania tłumacza do wydawcy nie będę się tu zajmował.

Kiedy tłumaczę, pamiętam więc o tłumaczeniach moich książek. W jednym mniej więcej można mi zaufać: wyłażę ze skóry w tych warstwach tekstu, które w przekładach mojego pisania były najbardziej narażone. Chodzi mi o interpunkcję i o akapity. Czyli o oddech. Szlag mnie trafia, gdy ktoś mi rozbija akapity (bo jest za gęsto i niby źle się czyta). Czuję się wówczas tak, jakby chwycono mnie za nos i przez chwilę zaburzono oddychanie. Kiedyś dla żartu powiedziałem Kunderze: ufaj mi umiarkowanie, lecz co do liczby akapitów możesz być pewien.  

MAREK BIEŃCZYK jest powieściopisarzem, historykiem literatury, eseistą i tłumaczem. Przekładał m.in. książki Milana Kundery, Emila Ciorana i Rolanda Barthes’a. Ostatnio wydał „Książkę twarzy”, uhonorowaną Nagrodą Literacką Nike 2012.

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Pisarz, historyk literatury, eseista, tłumacz, znawca wina. Stale współpracuje z „Tygodnikiem Powszechnym”. W 2012 r. otrzymał Nagrodę Literacką NIKE za zbiór „Książka twarzy”. Opublikował...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]