Jest to idealnie wprost łatwa, wręcz dziecinnie prosta w obsłudze możność weryfikacji wszystkiego, co zeznają nasi bliźni. W mowie i piśmie. Ta sytuacja szalenie poprawia humory ludziom bez nadmiernej fantazji, których to Ziemia nosi więcej, warzy humory zaś tym nielicznym geniuszom lubiącym popuszczać wodze imaginacji.
Możność sprawdzenia wszystkiego o każdej porze dnia i nocy, w dowolnym miejscu, jest wygodna, ale i krępująca. Zauważyć trzeba, że cokolwiek byśmy mówili, wiodąc pełną swady i erudycji opowieść, ludzie prości i szarzy patroszą to na bieżąco. Dawnymi czasy bliźni mniej oczytani siedzieli ponuro i w milczeniu, sarkając nad nierówno rozdanymi darami bożymi, do których bezwzględnie należy boski dar narracji. Dziś, gdy roztaczamy widoki widziane przez nielicznych, przytaczając definicje rozpoznawane przez garstkę, gatunki zwierząt nieznane masom czy analizując wydarzenia nieobjęte przez almanachy – w słuchaczach prymitywnych zapala się żar sprawdzania i ziszcza się ich niszczące klimat marzenie o natychmiastowej korekcie. Gdy, dajmy na to, perorujemy, że Kraków nasz piękny jest miastem tysiąca kościołów, świadkowie tej skrzydlatej frazy chłodno, ze smartfonem w ręku, oświadczają, że nie tysiąca, a stu trzydziestu. Przy okazji wydziobują nam z frazy terminy, którymi niebacznie się posłużyliśmy, i fakty, które zgrabnie nagięliśmy do tezy. Po to wydziobują, by wszystko, na naszych oczach, wrzucić do Wikipedii.
Człowiek gibki jest dziś osaczany i często emigruje w rejony pozbawione Wi-Fi, by tam, na bezludnych, a kolorowych wyspach nieokiełznanego zmyślenia, snuć na bogato i zaskakiwać bliźnich oderwanych od narzędzi weryfikujących. Bezbronnych wobec cudu fantazji. Tym pełnym dobrej woli zostaje słuchać, tym pełnym goryczy pozostaje zaciskanie w bezsile piąstek. Rzec trzeba, że tak oświetlona dzisiejszość jest pustynią bez przenośni, fantazji czy koloru z nielicznymi plamami wolności. Jest ścierniskiem zasłanym zweryfikowanymi definicjami. Z drugiej strony nie da się ukryć, że spełnił się wreszcie ponury sen setek autorytetów moralnych, śniony przez wieki, abyśmy żyli w prawdzie. Żyjemy zatem w prawdzie wszędy tam, gdzie sięga tłusty włos połączenia z internetem, tam zaś, gdzie nie sięga, mamy do czynienia z rezerwatami. Praktyka jest taka, że ludzie przyzwyczajeni do gimnastyki z wyobraźnią do rezerwatów tych winni migrować, zanosząc tam toboły swej inwencji.
Dawniej bliźni składali się z tego, jak wyglądają, co mają w głowie, oraz z tego, co i jak udatnie zmyślili na swój własny temat. Weryfikacja wyglądu i zawartości głowy nigdy nie była nadmiernie trudna, robiło się to in vivo. Sprawdzenie, czy ktoś jest w istocie profesorem, lekarzem, kosmonautą, osobą karaną czy biskupem, napotykało jednak na grube przeszkody. Trzeba było gdzieś pójść bądź pojechać. Stać w kolejkach do archiwów, bibliotek, czytelni, prokuratur, telefonować do świadków i rozmawiać z rodzinami. Trzeba było wertować piramidy papierów. Dziś na to wszystko wystarczy kwadrans. Wygodne, ale popatrzmy: jak bardzo pozbawiające nas soków radosnej dywagacji. Ileż oto straciliśmy na weryfikacji, czy arcybiskup Michalik nosi tytuł człowieka roku uniwersytetu w Cambridge i cóż to jest za tytuł. Z przyjemności domniemywania i fantazjowania pozostała nam jedna – rozważanie, czy ten tytuł doń pasuje, czy nie.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.
















