Reklama

Nie bój się wątpić

Nie bój się wątpić

09.04.2017
Czyta się kilka minut
Kiedy miałem dziesięć lat, ojca aresztowało gestapo. Zaczęliśmy odmawiać nowennę w intencji jego uwolnienia: dziewięć razy dziennie przez dziewięć dni. Ostatniego dnia dostaliśmy wiadomość, że został rozstrzelany.
Fot. Grażyna Makara
A

ANNA GOC: Ksiądz wątpi? 

KS. ADAM BONIECKI: Tak, choć się pilnuję, by o tym nie mówić.

Dlaczego?

Ludzie chyba nie tego oczekują od księdza. Bywa jednak, że ci wielcy potrafią mądrze mówić o swoich wątpliwościach. Czytałem tekst o. Joachima Badeniego, który wyznał, że zdarzały mu się podczas mszy chwile zwątpienia w rzeczywistą obecność Jezusa w Eucharystii. Napisał to jakoś tak, że wątpiący nie czuł się osamotniony.

Czym dla księdza jest wątpienie przy ołtarzu?

Nie wiem, mnie to zostało oszczędzone. Ale weźmy np. słowa Jezusa: „Proście, a będzie wam dane” – obietnica, wręcz niebezpieczne zapewnienie o skuteczności naszych modlitw. Przecież prosimy i nie zawsze otrzymujemy. Wyjaśnienie któregoś ze świętych, nie pamiętam którego, „źli źle o złe rzeczy proszą, albo dobrzy źle proszą” (mali petunt: vel quia mala petunt; vel quia bona malè petunt) chyba nie wyczerpuje problemu.

Znam małżeństwo, które przez lata modliło się o dziecko, a potem straciło je po kilku dniach życia. Tuż po pogrzebie zaczął padać deszcz. Matka chciała wrócić na cmentarz, by okryć trumnę przed zimnem. Co można powiedzieć rodzicom, którzy znaleźli się w takiej sytuacji?

Że nie wiemy, dlaczego tak się dzieje. I że Bóg z pewnością wie. Tylko tyle.

Kiedy umiera ktoś bliski, ludzie mówią raczej: „Bóg nam go zabrał”.

„Dał Pan i zabrał Pan. Niech będzie imię Pańskie błogosławione!” – to Księga Hioba. Wracamy do niej, gdy dzieje się coś złego w naszym życiu i nie potrafimy tego przyjąć. Mój przyjaciel – amerykański dziennikarz – stracił córkę w zamachu na rzymskim lotnisku. Do poczekalni pełnej ludzi wpadł terrorysta, zaczął strzelać, kilka osób zabił, wiele ranił. Przyjaciel opowiadał mi, że chcąc znaleźć sens tego, co się stało, całą noc czytał Księgę Hioba. Nie znalazł.

A tam jest odpowiedź?

Nie. Hiob, domagający się wyjaśnienia sensu doświadczeń, które Bóg nań zesłał, otrzymuje nie odpowiedź, lecz pytanie. Streszczając: kim ty jesteś, żebym ja, Bóg, się przed tobą tłumaczył? Hiob zrozumiał, położył rękę na ustach. Zamilkł.

Co mógł zrozumieć?

Że człowiek nie może pojąć Boga. Że pozostaje ufność mimo wszystko.

Bóg Hioba i Abrahama. Zna Ksiądz takiego Boga? 

Kiedy miałem dziesięć lat, mojego ojca aresztowało gestapo. Gdy się ze mną żegnał, po prostu wiedziałem, że więcej go nie zobaczę. Nie potrafię wyjaśnić, skąd miałem taką pewność, ale to było bardzo silne. Tamtego wieczoru my, dzieci i domownicy, zaczęliśmy odmawiać nowennę w intencji jego uwolnienia. Dziewięć razy dziennie przez dziewięć dni. Ostatniego dnia dostaliśmy wiadomość, że został rozstrzelany.

O co mały Adam pytał wtedy Boga? 

Nie zadawałem mu pytań. Nie obwiniałem Go. Nie On zabił mego ojca, tylko Niemcy. Jeśli gestapo kogoś aresztowało, rzadko się zdarzało, by wracał. Wiedzieliśmy o tym. Zostaliśmy – nas pięcioro – z mamą, a ona właściwie do końca życia czuła jego obecność, była absolutnie pewna, że się nami opiekuje. Dziś, wspominając tamte czasy, myślę, że się opiekował rzeczywiście. Ale wtedy, w 1944 r., cierpienie mamy było ogromne. Pamiętam, że mój młodszy brat oświadczył, iż nigdy się nie ożeni, żeby kiedyś jego żona nie cierpiała tak jak mama.

Hanna Krall w jednym z wywiadów przyznała, że już jako młoda reporterka czuła, iż czyjaś śmierć jej tak bardzo nie dziwi. Tę umiejętność straciła w czasie wojny, kiedy co jakiś czas ktoś znajomy nie wracał do domu.

Wojna zmieniła porządek świata. Ludzie, którzy mają w pamięci jej okropności, albo zwątpili w Boga kochającego, albo odkryli lub pogłębili swoją wiarę.

Wielu zwątpiło, że Bóg istnieje.

Rozumiem te wątpliwości. Spotykałem ludzi, którzy przeszli przez obozy koncentracyjne, wrócili z łagrów, stracili najbliższych. Niektórzy całe życie niosą w sobie egzystencjalną rozpacz lub głęboki pesymizm. Taka osoba przychodzi do księdza i pyta, gdzie był wtedy Bóg? A ja wiem, że był.

Skąd ta pewność?

Nie wiem. Na tym chyba polega wiara, że nie zawsze się wie, skąd się wie.

I co Ksiądz odpowiada takim ludziom?

Nie mam gotowej odpowiedzi. Czasem, że ze zła popełnianego przez ludzi Bóg może wyprowadzić dobro. Częściej nie odpowiadam, niż odpowiadam. Milczę. Słucham. Jestem blisko. Proszę Boga, żeby On sam odpowiedział. Pytanie o interweniującego Boga wraca także dziś. Ludzie pytają, dlaczego tym, którzy są dobrzy, przytrafia się coś złego? Dlaczego na biednych spadają kolejne nieszczęścia? Pytam ich, czego spodziewali się od Boga.

Może czegoś dobrego?

Tak, oczywiście. W sedno problemu trafia Zofia Nałkowska, umieszczając jako motto „Medalionów” słynne zdanie: „Ludzie ludziom zgotowali ten los”. Jesteśmy bezradni wobec tajemnicy pogodzenia wolności człowieka i wszechmocy Boga. Karl Rahner pisał, że to są dwie nierównoległe, które przecinają się poza zasięgiem naszego rozumienia.

Opracowując kalendarium życia Karola Wojtyły, przeglądałem m.in. kazania wygłaszane przez niego na mszach dla przyjaciół, którzy – w po ludzku absurdalny sposób – stracili najbliższych. Na mszy za drugiego syna Antoniego Gołubiewa – podobnie jak nieco wcześniej jego pierwszy syn, także utonął – kardynał nie udzielał żadnych rad, nie próbował pocieszać, nie tłumaczył Boga. Dzielił z ludźmi ich ból. Z cmentarza zawsze wychodził ostatni. Po odmówieniu liturgicznych modlitw zostawał i czekał. Wiedział, że cierpiącym potrzebna jest jego obecność. Chciał, by mieli pewność, że z pytaniami, na które teraz próbują sobie odpowiedzieć, nie są sami.

Ksiądz czuje się w takich chwilach bezsilny?

Być może. Ale są sytuacje, w których jedyne, co może zrobić, to oddać cierpiących w opiekę Bogu. Towarzyszyć im, być obok. Potem może im poradzić, by się rozejrzeli po swoim życiu, by spróbowali odnaleźć na swej drodze ślady dobrego Boga. Podejmowanie takiego wysiłku ma sens. Tomasz Apostoł, który wątpił, nie spieszył się z odejściem. To go uratowało.

Niewierny Tomasz. Słuszne jest połączenie zwątpienia i niewierności? 

Tak. Wątpiącym można radzić, by przynajmniej byli wierni.

Tylko czemu albo komu, jeśli nie wierzą?

Między wiarą w coś a udawaną wiernością i hipokryzją jest wiara, którą możemy nazwać wiarą wbrew zwątpieniu. Także w całkiem ludzkich, ziemskich sprawach. Coś takiego się stało, że „nie wierzę już w żonę”, nie wierzę, że mnie kocha. Ale nie odchodzę, przetrzymuję kryzys. Bywa, że kiedy się taki kryzys przetrwa, można się odnaleźć. A odnaleziona miłość może być znacznie głębsza niż ta sprzed kryzysu.

W „Dekalogu I” Krzysztofa Kieślowskiego jedna z bohaterek mówi: „Bóg jest, to bardzo proste, jeśli się wierzy”.

Genialne zdanie. Ono pokazuje dramat tych, którzy wątpią.

Albo dramat tych, którzy nie mają żadnych wątpliwości. 

Zawsze miałem wrażenie, że Karol Wojtyła – Jan Paweł II był takim człowiekiem i nie było to dla niego dramatem. Zwłaszcza, kiedy chodziło o sprawy wiary. Kryterium była dla niego Ewangelia. On po prostu wiedział, że to jedyna właściwa droga. Dlatego mógł czasem podejmować decyzje wbrew ważnym ludziom z Kurii Rzymskiej. Tak było, gdy w grę wchodziły sprawy związane z planowaniem rodziny, aborcją. Ale też z międzyreligijnym spotkaniem w Asyżu, wyznaniem win ludzi Kościoła.

Zawracałby Ksiądz z drogi tych, którzy wątpiąc, odchodzą od Kościoła? 

Uczciwy człowiek, który się nie zatrzymuje w stadium wątpliwości, tylko się z nimi mierzy, szuka prawdy, a mierząc się nawet odchodzi od Kościoła czy od niektórych praktyk religijnych – to wciąż człowiek, który szuka prawdy. Jeśli Prawdą jest Chrystus, to ufam, że Prawdę odnajdzie. Albo Prawda jego odnajdzie, tu lub po tamtej stronie.
Nie, nie zawracałbym.

Kościół jest otwarty na wątpiących?

Na wątpliwości zawsze była w katolicyzmie przestrzeń. Biblia jest książką, której czytanie rodzi wątpliwości. Symbolem tego, że są dopuszczalne i akceptowalne, jest właśnie historia apostoła Tomasza. Z jednej strony, pytanie: „Słabej wiary, czemuś zwątpił?”, które Jezus zadał idącemu do Niego po wodzie Piotrowi, można odczytać jako wyrzut.

Trudno jednak się dziwić temu człowiekowi – oto na wezwanie Jezusa idzie po wodach jeziora. No i „na widok silnego wiatru uląkł się i zaczął tonąć”. Czy to dziwne? Woda pod nogami, wicher, fale. Tonie, bo zwątpił, ale w tym zwątpieniu krzyczy do Jezusa: „Panie, ratuj mnie!”. No i Jezus natychmiast wyciąga rękę. Wyławia Piotra i dopiero potem, jakby z żalem, że tym razem nie całkiem się udało, mówi: „Czemu zwątpiłeś, małej wiary?”.

Taka jest nasza wiara, zawieszona między szaleństwem zawierzenia i zwątpieniem. Człowiek wierzy, na Jego słowo podejmuje wyzwanie niemożliwe, stawia kilka kroków i wystarczy silniejszy podmuch wiatru, by sobie uświadomił, że po tym chodzić się nie da. Utopi się, jeśli nie wezwie pomocy. Ale Jezus najpierw Piotrowi podał rękę, a dopiero potem upomniał: gdybyś nie zwątpił, mógłbyś dalej iść. Myślę, że obraz wyciągniętej ręki Jezusa to obraz wciąż od nowa oferowanego daru wiary.

Dar wiary – kto nim obdarowuje? 

Bóg. Ryzyko, którego wybór pozostawia On człowiekowi, polega na potraktowaniu wiary serio. Na przyjęciu jej za podstawę własnego życia, decyzji życiowych, wyrzeczeń i dążeń.

Stanisław Jerzy Lec mówił: „Czy jestem wierzący? Bóg jedyny raczy wiedzieć. A może Bóg mnie upatrzył na ateistę”.

Lubię Leca, ale wychodziłbym z założenia, że nie ma ludzi, którzy nie otrzymali daru wiary.

Co z nim zrobili ci, którzy mówią, że go nie mają? Stracili? 

Nie, utrata to za mocne słowo. Dar wiary nie jest wszczepioną raz na zawsze tytanową protezą endemiczną. To raczej – mówiąc słowami Ewangelii św. Jana – „światłość, która oświeca każdego człowieka na ten świat przychodzącego”. To zdolność wyjścia poza rzeczywistość materialną, poza – może raczej – biologię. To tęsknota za miłością. Łaska wiary to zdolność poznawcza istniejąca poza poznaniem spekulatywnym i doświadczalnym, którą Leszek Kołakowski określił jako „poznanie mityczne”. To coś wcześniejszego niż przyjęcie Credo jakiegokolwiek Kościoła czy religii w ogóle.

Dlatego wątpienie może być drogą wiary. Bywa też rewizją treści, które się przyjmuje z wiarą. Racjonalność wiary prowadzi przez zwątpienia, kryzysy, nawet odejścia. Ludzi nie trzeba pozbawiać wątpliwości, czasem nawet należy je prowokować.

Ksiądz to robi?

Kiedy byłem duszpasterzem akademickim i prowadziłem zajęcia dla młodych ludzi, którzy dopiero zaczynali studia, starałem się krytycznie im ukazać wyuczoną w domu wiarę opartą na tradycji przez małe „t”, niekiedy wymieszaną z myśleniem magicznym. Chrystus mówi: „jeśli ktoś chce iść za mną...”. Zależało mi, by ich wybór był wolny i świadomy. Własny. Chciałem, by nieprzemyślana, niewybrana świadomie wiara zaczęła trzeszczeć w szwach.

Jaki był świat, z którego przychodzili?

Zwykle tradycyjnego, katolickiego domu, w którym o wierze niespecjalnie się rozmawia, w którym obowiązują – czasem nie wiadomo czemu – pewne przyjęte i nienaruszalne zasady. Pości się w piątek, w niedzielę chodzi się na mszę, na Wielkanoc – spowiada. Te zasady nie zawsze są ewangeliczne, choć czasem mogą mieć taki pozór, np. że z rozwodnikami nie rozmawiam, za nieślubne dziecko wyrzuca się z domu córkę z tym dzieckiem, niewierzący i „innowiercy” to ludzie gorsi, niepełni, często wrogowie, a wszystko, co ma jakikolwiek związek z seksualnością, jest nieczyste.

Bywa, że ludzie wychowani w ten sposób są niewolnikami litery prawa. Jeśli coś robią, lub czegoś nie robią, to nie dlatego, że tak im każe sumienie, tylko dlatego, że tak zostali „wytresowani”. Wątpliwości budzą się, kiedy się otwiera inna perspektywa. Czasem bardzo laicka, czasem ewangeliczna.

Co to znaczy, że ktoś jest człowiekiem małej wiary? 

Do Piotra, który idąc po wodzie zwątpił, Jezus mówi: „Człowieku małej wiary! Dlaczego zwątpiłeś?”. Do przerażonych burzą Apostołów, którzy budzą Go błagając o ratunek, mówi: „Czemu bojaźliwi jesteście, małej wiary?”. Kobiecie kananejskiej, która mimo dość twardej odmowy nadal prosiła o uzdrowienie opętanej córki, Jezus mówi: „O niewiasto, wielka jest twoja wiara; niech ci się stanie, jak chcesz!”. W języku Ewangelii miarą wielkości wiary jest jej odporność na zagrożenia. Piotr wierzył, póki nie dmuchnął wicher. Apostołowie w łodzi wierzyli w moc Jezusa, ale nie w moc Jezusa śpiącego. A matka błagająca o uwolnienie córki wierzyła, że od zasady wykluczania pogan ze społeczności nabożnych Żydów – w Jezusie silniejsze się okażą współczucie i dobroć. W ustach Jezusa wielka wiara znaczy wielka ufność.

Wątpienie oznacza samotność?

Wiara jest czymś osobistym. Jest tylko wiara konkretnego, tego oto człowieka. Ale można budować środowisko, które wierze sprzyja. Zwątpienie jest zaraźliwe, wiarą można się dzielić przez świadectwo. Ale nie można mówić o wierze społeczeństwa, jedynie o społeczeństwie wierzących, bo wiara wymaga egzystencjalnej decyzji, osobistego wyboru. Dlatego określenie „chrzest Polski”, czy jakiegokolwiek narodu, nie jest ścisłe. Mieszko mógł przyjąć jurysdykcję papieża, mógł przyjąć i narzucić poddanym prawa, zasady, obrzędy, ale chrzest dorosłego człowieka wymaga z jego strony świadomego aktu przyjęcia.

Co dzieje się z wiarą, której przypisuje się przymiotnik „narodowa”? 

Naród wybrany, Żydzi, przetrwał dzięki religii: dwa tysiące lat bez własnego państwa z własną wiarą. Można powiedzieć, zachowując proporcje, że podobnie było z nami w czasach rozbiorów, kiedy spoiwem narodu była wiara chrześcijańska, choć może nie tyle wiara, co – nieco szerzej – chrześcijańska kultura. W Polsce ta kultura od początku państwowości była, raz lepiej, raz gorzej, budowana na wartościach chrześcijańskich. Ale „wiara narodowa” nie istnieje. W odniesieniu do chrześcijaństwa, do Ewangelii, do Kościoła, takie określenie jest nie do przyjęcia, jako że „katolicki” znaczy „powszechny”. Wyznajemy „unam, sanctam, catholicam” – jeden, święty, katolicki Kościół ponad granicami.

Bez względu na to, czy Mieszko się ochrzcił z motywów religijnych, czy z politycznego wyrachowania, celem wiary nie jest umacnianie narodu, ale prowadzenie ludzi do Boga. Jesteśmy narodem w większości katolickim, ale nasza wiara nie jest i nie może być narodowa, bo jest właśnie katolicka, powszechna. Oczywiście relacje państwo–Kościół się zmieniają. Katolicyzm pełnił w naszej historii różne funkcje zastępcze. Jasna Góra była miejscem, które pomagało chronić polskość w czasie zaborów. Ale to była chwilowa funkcja. Mówienie „Polak-katolik” jest krzywdzące, choćby dla tych, którzy są np. ewangelikami i Polakami. Podczas intronizacji Chrystusa na króla Polski biskupi i przedstawiciele władz państwowych wspólnie podejmowali pewne zobowiązania, którymi Polacy mieliby się kierować także w ustawodawstwie. To ryzykowne i niebezpieczne, m.in. z tego powodu, że katolicyzm może być używany do spraw mało chrześcijańskich. W Rwandzie dwie strony się mordowały przy dźwiękach tych samych, katolickich pieśni kościelnych. Człowiek zaczyna wątpić wtedy i w Boga, i w człowieka.

Wojna nie jest potrzebna, by zwątpić w człowieka.

Rozmawiałem jakiś czas temu z ks. Józefem Krawcem, który pomaga bezdomnym. Spytałem go, co robi z „beznadziejnymi przypadkami”, czyli ludźmi, którzy niezależnie od tego, jak bardzo chcemy im pomóc, i tak nigdy nie będą samodzielni. Odpowiedział mi o biskupie, którego proces beatyfikacyjny został wstrzymany, bo znaleziono w jego papierach opinię o kimś, kogo określił „beznadziejnym przypadkiem”. Ks. Krawiec ma rację – nie ma przypadków beznadziejnych, nie można zwątpić w żadnego człowieka.

Kim są wątpiący, którzy do Księdza przychodzą? 

Są bardzo różni. Spotykam ludzi starszych, którzy przeżywają wątpliwości co do życia po śmierci, która realnie się do nich zbliża. Ale mam też np. znajomego, który przychodzi, by mnie przekonać, że „nie otrzymał łaski wiary”. Ma dużą wiedzę religijną, ale – powiada – tego nie czuje. To, że chce o tym rozmawiać, coś znaczy. Czego ode mnie oczekuje? Nie wiem.

Nie bez znaczenia jest, że przychodzi do księdza.

Właśnie. Wielu mówi, że zwątpienie jest silniejsze od nich. Że wszystko wydaje się im niemożliwe. Wątpią i koniec. Staram się nie mówić za dużo, raczej słuchać. Myślę, że wątpienie to już jest działanie łaski wiary.

Jeśli po jednej stronie jest zwątpienie, co jest po drugiej? Prawda? Nadzieja?

To zależy, czego wątpliwości dotyczą. Pewnie są takie wątpliwości, które można „dobrą radą” rozwiać. Ale są też takie, z którymi człowiek musi żyć. Myślę, że „po drugiej stronie” jest spokój. Duchowy rozwój to wewnętrzny pokój. Nie oznacza on, że wszystkie wątpliwości zniknęły. Tyle że człowiek może spokojnie z nimi żyć, że już się z nimi nie szarpie. Ufa.

Zna Ksiądz ten spokój?

Może trochę, czasem... Jak się do tego dochodzi? Kiedyś o. Jacques Loew przygotowywał cykl audycji dla rosyjskiej sekcji Radia Watykańskiego, adresowanej do obywateli ZSRR, i spytał mnie o pomysły. Wymieniłem kilka tematów, takich bardziej apologetycznych: historyczność Chrystusa, powstanie Ewangelii, coś z historii Kościoła. Tematy, które według mnie pomogłyby rozbić komunistyczne klisze związane z katolicyzmem. A on na to, że to zły pomysł, że słuchacze najpierw muszą się zachwycić Jezusem.

Teraz to rozumiem. To tak jak w życiu: najpierw trzeba się zakochać, żeby potem z entuzjazmem poznawać cechy ukochanej osoby. Nie na odwrót. Bez zachwytu poznawanie jest oczywiście możliwe, ale jest zimne, nie porywa. Utkwiło mi to w pamięci. Najpierw pokazać piękno Jezusa.

Witold Gombrowicz czytając Simone Weil pisał, że ona była zakochana w Bogu. I że on nie potrafi zrozumieć, jak to możliwe.

Wierzących, którzy opowiadają o swojej wierze, czasami trudniej zrozumieć niż niewierzących, którzy wyjaśniają, dlaczego nie wierzą. Leszek Kołakowski miał ogromną wiedzę o chrześcijaństwie i kiedyś był nieubłaganym krytykiem Kościoła. Józef Czapski opowiadał mi, jak w siedzibie „Kultury”, na promocji książki „Obecność mitu”, dopadł autora i spytał: „Panie profesorze, czy Bóg istnieje?”. Na co Kołakowski kładąc palec na ustach: „Tak, ale cii... nie można o tym głośno mówić”. ©℗


Więcej artykułów do czytania na Wielkanoc >>>

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Urodził się 25 lipca 1934 r. w Warszawie. Gdy miał osiemnaście lat, wstąpił do Zgromadzenia Księży Marianów. Po kilku latach otrzymał święcenia kapłańskie. Studiował filozofię na Katolickim...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

powiedział, że się nigdy nie ożeni. Tymczasem starym kawalerem został ten starszy brat. Jak to w życiu, różnie się układa........Nieskuteczna nowenna, dla wielu ludzi nawet na tym forum, byłoby podstawą do porzucenia wiary i Kościoła.I pewno, wielu pochyliłoby się nad tym faktem ze zrozumieniem.Głuchy na modlitwy Bóg a przecież w Piśmie napisano, o cokolwiek prosić będzie w Imię moje...........Jak to możliwe? Bracia Bonieccy nie porzucili Boga z zawiści, ponieważ ich nie wysłuchał w tak ważnej sprawie. A ty, jak postąpiłeś?

19 listopada 2016 nie intronizowano Chrystusa na króla Polski. To był Akt Przyjęcia Jezusa za Króla i Pana (to gwoli ścisłości i obrony biskupów, choć sama idea intronizacji budzi moje wątpliwości, a metafora królowania w odniesieniu do Chrystusa więcej przesłania, niż odsłania).

"Człowiek jest istotą skończoną a to znaczy, że jeśli dotknie spraw boskich, to je spartaczy","Fałszywy prorok tropi tylko zło, przykleja etykietki "wrogom" Kościoła", "Ktokolwiek "uprawia" religię po to, żeby poszerzyć władzę, nawet władzę Boga nad światem, popełnia błąd", "Boją się, że jeśli pochwalą dobro, które jest poza Kościołem, to tym samym poniżą Kościół". To cytaty wypowiedzi księdza Tischnera sprzed co najmniej 17 lat. Szanowny "pszemeg" nie ma ich co bronić, oj nie ma...

Jeśli chodzi o wiarę, to wszyscy jesteśmy pełni wątpliwości. W końcu jak człowiek bardziej interesuje się wiarą, to robi się coraz bardziej sceptyczny: https://www.youtube.com/watch?v=0XmC71Doq7Q

Pytanie nr 1. Zgodnie z tradycyjną teologią wykładaną powszechnie w naszych kościołach naszym prarodzicom zawdzięczamy to, że na świat wylał się ocean nieszczęścia. Zatem Adam i Ewa są złoczyńcami. Jak zatem tłumaczyć fakt popularności imienia Adam ( Ewa to zresztą też popularne imię ) w naszym kraju i innych chrześcijańskich krajach ?

Genialne zdanie. Cokolwiek jest, jeśli się wierzy.

Są oczywiście sprawy wielki i małe. Tu tylko o pewnych: Podpieranie się przypowieściami i opowieściami biblijnymi, najczęściej tymi typowymi, budzi niestety coraz więcej kontrowersji (Chrystus chodzący po powierzchni wody - może była płytka, może zamarznięta, może po falochronach - dzisiaj to niestety trochę już bawi). Kościół katolicki musi zmieniać formę przekazu, bo staje się niewiarygodny, tj. niegodny wiary. A cóż tu mówić o bezwarunkowej wierze w niepoznawalnego Boga.
Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]