Reklama

Narodziny za drutami

Narodziny za drutami

25.01.2021
Czyta się kilka minut
Żydowskiego chłopca, który przyszedł na świat w wigilię 1943 r., polskie więźniarki nazwały Mojżeszem. Ukrywały go, dokarmiały. „Musi żyć” – powtarzały.
Była więźniarka Auschwitz Krystyna Zambrzycka z córką Elżbietą, urodzoną już po wojnie. Łódź, 1947 r. / ZBIORY DOMU SPOTKAŃ Z HISTORIĄ
P

Poród zaczął się w baraku na Polu V. Więźniarka żydowska leżała na zawszonym kocu wśród innych kobiet. Nie miała siły przeć, krzyczała z bólu. Günther Konietzny, sanitariusz SS z załogi obozu, stał obok i raz pocieszał, a raz popędzał. Po wielu godzinach wyczerpana kobieta urodziła chłopca. Niemiec pozwolił jej wziąć dziecko na ręce: „Popatrz, jakiego pięknego synka urodziłaś”. Potem spakował noworodka do torby i odjechał rowerem do krematorium. Torbę zawiesił na ramie.

Ten opis wraca w wielu relacjach złożonych przez więźniów Majdanka. Nie należy do najbardziej drastycznych, są gorsze. Jak ten o porodzie innej żydowskiej więźniarki, gdy Konietzny wziął dziecko za nóżki i na oczach matki uderzył główką o ścianę budynku.

Obóz Majdanek (dziś dzielnica Lublina) powstał jesienią 1941 r., początkowo dla jeńców sowieckich. Gdy zaczęła się akcja Reinhardt – operacja mordowania Żydów na terenie Generalnego Gubernatorstwa – Niemcy kierowali tu żydowskie transporty z likwidowanych gett. Kobiety zdolne do pracy zostawiano przy życiu, ciężarne i dzieci kierowano do komór gazowych. Pole V, teren przeznaczony dla kobiet, powstało właśnie wtedy, w 1942 r. Prócz Żydówek kierowano tu Białorusinki z dziećmi, polskie więźniarki polityczne, potem także Polki z Zamojszczyzny.

Okupant chciał stworzyć na Zamojszczyźnie niemiecki obszar osadniczy – ludność polską wywożono na roboty do Rzeszy lub do obozów koncentracyjnych. Bywało, że ciężarne kobiety rodziły podczas transportu w bydlęcych wagonach – opisuje Marta Grudzińska, historyk z Państwowego Muzeum na Majdanku. Gdy przybywały do obozu, z noworodkiem na ręku musiały przejść kilka kilometrów, bo pociąg nie dojeżdżał do bram Majdanka.


Wysiedlona z Zamojszczyzny Aniela Kryń trafiła na Majdanek wraz z synem Januszem (zdjęcie sprzed deportacji). Oboje zostali wywiezieni potem na roboty do Niemiec, przeżyli wojnę / PAŃSTWOWE MUZEUM NA MAJDANKU

Cud bywał rzadko

Dzieci rzadko przeżywały w warunkach obozowych. Piotr Denisow, zatrudniony w niemieckiej firmie budowlanej, która prowadziła roboty kanalizacyjne na terenie Majdanka, zeznał w 1946 r.: „Dzieci do lat 14 nie nosiły numerów takich jak reszta więźniów, a tym samym nie były w ewidencji. Przez to sama ilość osób, która przeszła przez obóz, jeszcze się powiększa o ilość dzieci żydowskich, polskich i rosyjskich. Przebywały w obozie razem z kobietami. Dzieci żydowskie wkrótce po przybyciu do obozu były tracone – zabijane gazami lub pałkami, natomiast sowieckie po przeglądzie lekarskim były wysyłane w głąb Rzeszy. Dzieci polskie w warunkach obozowych w krótkim czasie dochodziły do stanu wycieńczenia i masowo umierały. Były wypadki, że dzieci ­urodzone w obozie zabijano, nie patrząc na rozpacz matki”.


CZYTAJ WIĘCEJ

DODATEK SPECJALNY: Oczami dzieci. Auschwitz, Majdanek, Łódz – koszmar nie mija >>>


Kobiety wiedziały o tym i nie chciały rozstać się z dziećmi. Gdy Fela Cukierman trzymała kurczowo rękę czteroletniego syna, a Dora Bromberg przytulała sześcioletnie dziecko, usunięto je na bok. Bito je na oczach dzieci, aż umarły.

Majdanek był dla Żydówek obozem zagłady. Kobiety innych narodowości mogły liczyć na to, że ich dzieci jakimś cudem przeżyją. Ten cud nie zdarzał się jednak często – śmiertelność wśród noworodków była niemal stuprocentowa.

Pole III

Nie zmieniło tych statystyk założenie przez doktor Stefanię Perzanowską na Majdanku żeńskiego rewiru, czyli szpitala. Brakowało podstawowych leków, środków czystości, gorącej wody. Nie było ubranek dla dzieci, smoczków, butelek, pieluch.

Zresztą nie wszystkie kobiety miały dostęp do rewiru. Wiele z nich trafiło na Pole III (męskie), gdyż Pole V było przepełnione i nie mogło pomieścić więcej kobiet. Na Polu III przebywały razem z mężczyznami – zdarzały się tam ciąże, które były skutkiem gwałtów. Kobiety rodziły na oczach wszystkich, bez szansy na pomoc położnej czy lekarza.

Nikt nie wydawał im też lepszego jedzenia, więc matki nowo narodzonych dzieci nie miały często czym ich karmić. W obozie brakowało wody, sanitariaty były tak prymitywne, że groziły wypadkiem. Kobiety osłabione pracą i wycieńczone porodem nieraz wpadały do dołów z fekaliami.

Poza tym na Majdanku szerzyły się choroby – odra, ospa, tyfus zbierały żniwo. W tych warunkach trudności z przeżyciem kilku miesięcy miała zdrowa młoda kobieta – szanse dziecka czy kobiety w ciąży z każdym dniem drastycznie spadały.

Bóg się rodzi

Był 24 grudnia 1943 r. Tego dnia więźniowie skończyli pracę wcześniej, w barakach ustawiono choinki przesłane przez Polski Czerwony Krzyż. Nie było apelu, więźniowie mogli zasiąść do swojej skromnej quasi-wigilii. Dzielili się, czym mogli, bo od kilku miesięcy do osadzonych przychodziły paczki. Te świąteczne były szczególnie obfite. Na stołach leżały chałki, kluski z makiem, pierniki, był opłatek. Na Polu III ksiądz Jan Przytocki przewodniczył modlitwie przed posiłkiem. Z baraków dochodziła kolęda „Bóg się rodzi”.

W obozie przebywali wtedy więźniowie wielu narodowości, w tym Polacy, obywatele Związku Sowieckiego, więźniowie z Europy Zachodniej i niewielka grupa Żydów. Do tego czasu na Majdanku zgładzono już ok. 60 tys. więźniów żydowskich. Największa egzekucja – największa jednorazowa w dziejach obozów koncentracyjnych – została przeprowadzona 3 listopada 1943 r.: podczas operacji Erntefest (Dożynki) Niemcy rozstrzelali 18 tys. Żydów, mężczyzn, kobiet i dzieci. Z masakry wyłączono 300 Żydówek, aby dokonały segregacji mienia zamordowanych.

Doktor Perzanowska też zasiadła do kolacji. Była internistką, na Majdanek trafiła z więzienia w Radomiu jako więźniarka polityczna. Tego wieczoru nie zdążyła podzielić się opłatkiem, gdy wezwano ją do rodzącej. Była to jedna z Żydówek segregujących odzież.

Po wielu godzinach na świat przyszedł chłopiec. Polskie więźniarki nazwały go Mojżeszem i postanowiły uratować. Ukrywały go w szpitalu, dokarmiały. Mojżesz był oczkiem w głowie rewirowego personelu, a jego narodziny uznano za cud. „To dziecko musi żyć” – powtarzały między sobą więźniarki.

Udało im się chronić Mojżesza aż do likwidacji żydowskiego obozu żeńskiego. W kwietniu 1944 r. wraz z matką wysłano go do Auschwitz, dostał numer. Potem wszystkie Żydówki z transportu lubelskiego trafiły do komory gazowej. Wraz z nimi Mojżesz.

Urodzona w Auschwitz

Leokadia Rowińska, bohaterka książki Sylwii Winnik „Dziewczęta z Auschwitz”, urodziła syna 21 stycznia 1945 r. – na sześć dni przed zajęciem obozu przez Armię Czerwoną. Nie mogła go karmić, wyczerpany organizm nie wytwarzał pokarmu. Dawała mu mleko od krowy, tuliła w używanym beciku, wkładała do buzi poszarpany smoczek. Irek nie płakał, a po dziewięciu dniach zmarł. Leokadia pochowała go w pudełku po makaronie.

Kiedy więc słucham relacji Stefanii Wernik (nagranie jest dostępne na kanale YouTube „Świadkowie epoki” – archiwum historii mówionej Instytutu Pileckiego), urodzonej w Auschwitz, nie mam wątpliwości, że jest szczęściarą. Wygrała życie. „Mama nie przyznawała się, że jest w ciąży. Chodziła do pracy, wywoziła gnojówkę z latryn. Jak zemdlała, dotąd leżała, aż się sama podniosła” – opowiadała Stefania.

Jej mama, Anna Piekarz, trafiła do Auschwitz, gdy była w drugim miesiącu ciąży. Zatrzymano ją na granicy między Generalną Gubernią a Rzeszą, kiedy szła do rodzinnego domu po żywność.

Rodziła długo, od poniedziałku do środy, a towarzyszyła jej Stanisława Leszczyńska – legendarna położna, którą nazywano w obozie aniołem. Ale nawet aniołowie nie mogli zdobyć leków czy lepszego jedzenia dla położnic. I choć od połowy 1943 r. Niemcy pozostawiali przy życiu dzieci urodzone przez więźniarki, które nie były Żydówkami (rejestrując je i nadając im numery), przeżycie było trudne.


Od lewej: położna z Auschwitz Stanisława Leszczyńska oraz lekarki Hanna Narkiewicz-Jodko i Stefania Perzanowska – więźniarki Majdanka. / PAŃSTWOWE MUZEUM NA MAJDANKU

Mija i inni

Jak było wcześniej? Sięgnijmy po wspomnianą książkę Sylwii Winnik. Występująca w niej Irena Wiśniewska opisuje Niemkę, nazywaną w obozie Czarna Mija, która obok doktora Mengele przerażała ją najbardziej: „Na rewirze od czasu do czasu pojawiały się kobiety w ciąży. Zawsze starałyśmy się ratować matkę i dziecko, ale niestety bardzo rzadko się to udawało. Mija miała zwyczaj brać na ręce żywego noworodka i wrzucać je do rozpalonego pieca”.

Gdy pod koniec 1942 r. przyjechał do Auschwitz transport z Zamojszczyzny, wśród przybyłych były trzy ciężarne kobiety. Umieszczono je w bloku 24, gdzie urodziły zdrowe dzieci. Julian Kiwała, skierowany w grupie więźniów do obozu kobiecego, do organizacji tam rewiru, wspominał: „Przez kilka dni ukrywaliśmy dzieci przed esesmanami, co było o tyle łatwe, że esesmani, bojąc się duru, nie wchodzili do bloków szpitalnych. Po kilku dniach dr SS Rohde dowiedział się jednak o niemowlętach i polecił mi umieścić je w stanie liczbowym bloku. Dzieci te były ulubieńcami całego bloku. Początkowo pokarm jak mleko, chleb biały dla matek »organizowaliśmy« w kuchni obozowej obozu męskiego”. Po dwóch tygodniach matki i dzieci przeniesiono na blok 25, zwany blokiem śmierci. Wszyscy zginęli, zabici zastrzykiem z fenolem.

Strach przed blokiem śmierci był powszechny i kobiety robiły wszystko, aby tam nie trafić. Do końca ukrywały ciążę. Joanna Stöcker w artykule „Zagłada żydowskiego macierzyństwa w KL ­Auschwitz-Birkenau” opisuje historię Belgijki, która bandażowała się, aby ktoś nie odkrył, że jest w ciąży. Urodziła córkę, ale natychmiast odebrano jej dziecko i zabito.

Liczba nieznana

Nie sposób ustalić, ile dzieci urodziło się w obozach koncentracyjnych. Na stronie Muzeum Auschwitz-Birkenau można znaleźć informację, że przyszło tam na świat ok. 800 dzieci. Ale Stanisława Leszczyńska, która w obozie przebywała w latach 1943-45, twierdziła, że przyjęła więcej porodów: „Chore, jak wspominałam, rodziły na piecu. Ilość przeprowadzonych tam przeze mnie porodów wynosiła ponad 3 tysiące. Pomimo przerażającej ilości brudu, robactwa wszelkiego rodzaju, szczurów i chorób zakaźnych, braku wody oraz niedających się wprost opisać okropności działo się tam coś niezwykłego”.

Niemożliwe nawet do oszacowania są dane na temat narodzin na Majdanku. W Auschwitz więźniów tatuowano, a na Majdanku numery wydawano na blaszkach, noszonych na szyi bądź nadgarstku. Jeśli więzień umarł, uciekł lub trafił do innego obozu, jego numer dostawał ktoś nowo przybyły. W kartotekach obozowych jeden numer przypisany jest do wielu więźniów.

W Auschwitz noworodek otrzymywał tatuaż z numerem na udzie, na Majdanku dzieci nie podlegały rejestracji, wpisywano je do kartoteki matki.

Strach dziedziczony

– Więźniowie, którzy jako dzieci przebywali w obozie, do tej pory przeżywają lęki. Trauma towarzyszy im przez całe życie. Józef Psiuk, który był więziony na Majdanku jako kilkuletni chłopiec, przez wiele lat śnił ten sam sen: jedzie w bydlęcym wagonie, jest ścisk, ludzie tłoczą się, nie ma czym oddychać. Budził się przerażony, długo nie mógł dojść do siebie – opisuje Marta Grudzińska w rozmowie z „Tygodnikiem”.


Marta Grudzińska, historyk z Państwowego Muzeum na Majdanku, z lalką znalezioną na terenie dawnego obozu. / IZABELA TOMASIEWICZ / ZBIORY PAŃSTWOWEGO MUZEUM NA MAJDANKU

Trauma poobozowa to zespół stresu pourazowego, który występuje w różnych formach jako skutek uwięzienia w kacecie. Badania sugerują dziś, że może być ona dziedziczona. Dotyczy to zarówno wychowania (rodzic obarczony lękiem kształtuje zalęknione dziecko), jak też tzw. czynników epigenetycznych. Kilka lat temu Rachel Yehuda z Mount Sinai School of Medicine i jej współpracownicy ustalili, że traumatyczne doświadczenia więźniów obozów zmieniają aktywność genów powiązanych z przeżywaniem stresu, ta zmiana zaś może zostać przekazana potomstwu; określa się to zjawisko jako dziedziczenie epigenetyczne.

O takim właśnie doświadczeniu – dziedziczonym strachu – pisała w książce „Mała Zagłada” (wydanej w 2015 r.) pisarka i poetka Anna Janko – córka Teresy Ferenc, również poetki, która jako dziewięcioletnie dziecko przeżyła pacyfikację wsi Sochy na Zamojszczyźnie (Niemcy zrównali wieś z ziemią).

Osoby dotknięte traumą poobozową miały problem z budowaniem więzi społecznych. Bywało, że doświadczenie upokorzenia niszczyło ich poczucie własnej wartości. Zmagały się z koszmarami sennymi. Niektórzy reagowali histerią na dźwięk języka niemieckiego, widok dużych psów czy mundurów.

– Moi rozmówcy, dzieci więźniarek z KL Ravensbrück, wspominali, że ich matki „robiły się zielone” na widok czerwonej szałwii, bo pamiętały, że taka właśnie rosła w okolicach obozu – mówi w rozmowie z „Tygodnikiem” Maria Buko, kierowniczka Archiwum Historii Mówionej Domu Spotkań z Historią.

Bezradne wobec pamięci

– Więźniowie po opuszczeniu obozu byli schorowani nie tylko psychicznie, niedostępni emocjonalnie, chłodni, nerwowi, lękowi, ale też fizycznie – mówi Maria Buko. – To wszystko, a także po prostu kilkuletnia wyrwa w życiorysie, utrudniało im adaptację do powojennego życia, miewali trudności w ukończeniu edukacji czy podjęciu pracy zawodowej. Bywało, że jeśli szukali pomocy psychologicznej, to traktowano ich z pobłażaniem, jakby w ich doświadczeniu nie było niczego wyjątkowego. Słyszeli wokół, że przecież „wszyscy w czasie wojny mieliśmy ciężko”.

O ile jednak osoba dorosła może nazwać i opisać swoje doświadczenia, dziecko pozostaje bezradne wobec pamięci, bo to, co przeżyło, nie podlegało jeszcze świadomym procesom myślowym, ale w destrukcyjny sposób wpływało na kształtowanie się mózgu. We wspomnieniach lekarki Hanny Narkiewicz-Jodko, która odbierała porody na Majdanku, powraca opis baraku dziecięcego. Niemowlaków nikt nie przewijał, nie karmił, nie przytulał. Wiele skonało daleko od matek, a te, które przeżyły, zostały emocjonalnie okaleczone.

Stefania Wernik, urodzona w listopadzie 1944 r. w Auschwitz, niewiele mogła zapamiętać. Ale to, co przeżyła, wpłynęło na jej psychikę: „Mengele przychodził i zabierał mnie na badania, po tych badaniach przynosili mnie do mamy. Zawsze tak wrzeszczałam, że nie mogli mnie uspokoić”.

Gdy Armia Czerwona zajęła obóz, jej matka wzięła taboret, przywiązała do niego sznurek, włożyła córkę w takie prowizoryczne niby-sanki i ciągnęła za sobą. Szła na wolność z trudem, sama ważyła ledwie 29 kilo. Trauma poobozowa towarzyszyła jej do końca życia. Jeszcze przed śmiercią krzyczała: „Idzie Mengele, zabierze mi moją Stenię”.

Genowefa Makara, dziecko Zamojszczyzny, trafiła wraz z matką na Majdanek. Już wolne, wróciły do domu, który był w ruinie. Jej matka przez całe lata przeklinała Niemców i każdej napotkanej osobie opowiadała swoje przeżycia. Genowefa nie mogła uciec od przeszłości, była zostawiona sama sobie, bo matka żyła wciąż w świecie obozu. Dziewczynka nie potrafiła się skupić, miała problemy z nauką. Nigdy nie przepracowała tej traumy.

Pielęgniarka

Pisarz Tadeusz Borowski, więzień Auschwitz, w opowiadaniu „Ludzie, którzy szli” przedstawia obóz kobiecy zwany FKL („F” od Frauen). Pisze, że kobiety nie miały nic, że prosiły mężczyzn, którzy pracowali na bloku, o miski, chusteczki, łyżki. Śmierdziały potem i krwią, bo nie wszystkie tak od razu przestawały miesiączkować. Także w relacjach wielu więźniarek pojawia się krew, którą próbują tamować brudnymi szmatami.

Ten brak wszystkiego jest kluczowy, gdy próbujemy wyobrazić sobie poród i opiekę nad noworodkiem. Gdy zatem słucham Krystyny Zambrzyckiej, która trafiła do Auschwitz w 1944 r. z pudełkiem na kapelusze, fotografią za szkłem i rudym lisem, uśmiecham się mimowolnie (jej relacja dostępna jest w Archiwum Historii Mówionej Domu Spotkań z Historią). Ona zresztą także trochę się dziwi i nie umie powiedzieć, czemu zabrała właśnie te rzeczy. „Człowiek zupełnie zgłupiał” – mówi w pewnym momencie.


Była więźniarka Auschwitz Krystyna Zambrzycka z córką Elżbietą, urodzoną już po wojnie. Łódź, 1947 r. / ZBIORY DOMU SPOTKAŃ Z HISTORIĄ

Była w ciąży, poród odbył się na rewirze, a odbierała go Stanisława Leszczyńska.

Więźniarki uważały, że Leszczyńska kiedyś zostanie świętą (w 1992 r. zaczął się jej proces beatyfikacyjny). Nie tylko pomagała rodzić, ale ratowała dzieci i mimo niemieckich rozkazów nigdy nie zabiła niemowlęcia. „Ona żydowskie dzieci chrzciła i podrzucała innym kobietom. I dzieci znaczyła, żeby rodzice mogli [je] odnaleźć” – tak Krystyna Zambrzycka przedstawia pielęgniarkę w swojej relacji.

We wspomnieniach Leszczyńskiej pojawia się opis dramatu, jaki się rozgrywał w obozie: dzieci były topione w kuble, umierały masowo z głodu, a te o cechach aryjskich Niemcy odbierali matkom i wysyłali do wynarodowienia: „Przejmujący skowyt matek żegnał odjeżdżające transporty niemowląt. Póki maleństwo przebywało przy matce, to już samo macierzyństwo stwarzało promień nadziei. Rozłąka z matką była straszna”.

Trzydzieści

Stanisława Leszczyńska zachowywała zimną krew, choć nie było środków czystości, leków, a w nocy nie można było iść po wodę. Gdy rodziła Krystyna Zam­brzycka, położna odmawiała różaniec – nic innego nie mogła zrobić. Była więźniarka wspomina: „A ja ją prosiłam, żeby mi dała narkozę. Taka byłam głupia, bo sobie wyobrażałam, że oni mi dadzą narkozę. Jak ja teraz patrzę na te wszystkie szkoły rodzenia i to wszystko, co się dzieje, to mnie się po prostu śmiać chce”.

Jednak opieka nad niemowlakiem okazywała się trudniejsza od samego porodu. Córka Krystyny Zambrzyckiej, Ewa, zmarła po trzech tygodniach.

Jeszcze na kilka dni przed wkroczeniem Armii Czerwonej Leszczyńska odbierała porody. Po latach w swoim „Raporcie położnej z Oświęcimia” napisała: „Wśród tych koszmarnych wspomnień snuje się w mej świadomości jedna myśl – mianowicie wszystkie te dzieci urodziły się żywe, ich celem było życie. Przeżyło obóz zaledwie trzydzieści”. ©

Oprócz źródeł, które przywołuję w tekście, korzystałam z zasobów Archiwum Historii Mówionej Domu Spotkań z Historią i kanału na YouTubie „Świadkowie epoki”, a także z książek: „Majdanek. Obóz koncentracyjny w relacjach więźniów i świadków” w oprac. Marty Grudzińskiej; Helena Kubica „Zagłada w KL Auschwitz Polaków wysiedlonych z Zamojszczyzny w latach 1942–1943”.

Galeria zdjęć

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Niesamowity, wstrząsający artykuł. Nie można zapominać o historii. Szczególnie że podobne rzeczy prawdopodobnie dzieją się w tej chwili w Korei Północnej.
Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]