Kupujecie produkty z medalami? Robi na was wrażenie, kiedy producent chwali się nagrodą w konkursie o szumnej nazwie? Właściwie nie da się już kupić jedzenia poza najprostszym targowiskiem, żeby nie wejść w strefę rażenia przebiegłej komunikacji marketingowej. Chociaż… w sumie to i takie targowisko czy bazar trochę operuje złudzeniami. Wydaje nam się, że mamy do czynienia z rolnikami i ogrodnikami sprzedającymi to, co im wyrosło za stodołą, podczas gdy spora część to zwykli kupcy (z całym szacunkiem dla tego potrzebnego zawodu), jadący o trzeciej nad ranem do lokalnego centrum hurtowego (np. w Warszawie to są Bronisze, w Krakowie tzw. Rybitwy) po towar przywieziony tirem nie wiadomo dobrze skąd.
Ale bywa, że „prawdziwi” rolnicy stosują lekką manipulację. Lubię sobie katalogować podstawowe skojarzenia zmysłowe, jakimi się kusi klienta na karteczkach przytwierdzonych do skrzynek. Fasolka i pomidory są zawsze „bez łyka”, węgierce „pestka odchodzi”, inne owoce są obowiązkowo „słodkie” oraz „z własnego sadu”.
Tyle że to wszystko fraszka w porównaniu z tym, czego doświadczamy w sklepach sprzedających pakowane warzywa czy przetworzoną żywność. Musimy z tym jakoś żyć, wcale nie tęsknię do czasów, kiedy za opakowanie służył szary papier z tzw. etykietą zastępczą ze skąpym opisem zawartości („ser twardy, 45 tł. w s.m., prod. Sp Mlecz Bździn, ul. 1 Maja 45”). Tak jak ze skórą wystawioną na przedłużone działanie bodźców, nasze umysły otaczają się warstwą ochronną, rodzajem naskórka nieprzepuszczającego większość tej kolorowej ściemy. Ale są pewne sygnały, które i tak przebijają bariery, mimowolnie zwracamy na nie uwagę: nagrody, wyróżnienia i medale to jedne z nich.
Wcale nie twierdzę, że większość konkursów jest po prostu „ustawiona” – część z nich może odbywać się z szacunkiem dla podstawowych zasad (sędziowie mający uznane kompetencje i doświadczenie oraz degustacja i ocena rygorystycznie w ciemno), ale na ogół nie mają większej wartości poznawczej, bo nie wiemy, czy ich zakres jest wystarczająco szeroki. Nie wiemy, czy oceniano wystarczająco duży zestaw podobnych produktów, w jaki sposób zostały dobrane. Przecież ocena jedzenia jest zawsze relatywna. Nie ma czegoś takiego jak „najlepsza krówka na świecie”, jest co najwyżej „najlepsza krówka z tych, które możesz w danej chwili dostać na określonym rynku”.
Nie inaczej jest z konkursami winiarskimi. Na pewno zdarza wam się widzieć na butelkach medale. Niektóre z nich pochodzą z faktycznie uznanych i organizowanych od dekad konkursów o randze międzynarodowej – takich jak niemiecki Mundus Vini czy brytyjski Decanter World Wine Awards. To są molochy, na których ponad setka jurorów z wielu krajów ocenia kilka tysięcy zgłoszonych próbek. Ale nawet jeśli te liczby robią wrażenie, zawsze będzie to tylko wycinek rynku. Generalnie więc medal wielkiego konkursu znaczy tylko tyle, że wino raczej nie jest okropne.
Trochę inaczej bywa z nalepkami punktowymi, gdy organizacja lub czasopismo je przyznające skupiają się na konkretnym kraju lub obszarze. Często takie oceny powstają w lepszych warunkach, wydają je ludzie naprawdę znający się na swoim regionie, a nie próbujący rzeczy od Sasa do Lasa (jak np. sławny i niewątpliwie zasłużony pionier idei punktowania win Robert Parker, którego wysoka nota może być tylko dla was obietnicą: oj, będzie ciężka beczkowa bomba w stylu „nalewka babuni”, jakiśmy kochali pić ćwierć wieku temu). Dlatego traktuję w miarę serio oceny austriackiego czasopisma „Falstaff” (kiedy zdarza mi się kupować wina z Austrii, Pd. Tyrolu i Niemiec) oraz – pomimo różnych skandali i konfliktów, jakie otaczają ten ranking – nalepkę z trzema kieliszkami (tre bicchieri) przyznawaną przez włoski ośrodek kultury enogastronomicznej Gambero Rosso. To znaczy – przyznają tam też jeden i dwa kieliszki, ale można sobie darować, ich wartość ocenna jest mierna, lepiej zapytać sprzedawcę.
Logika „im ściślejszy zakres, tym większa szansa na wiarygodność” prowadzi nas do najważniejszego pytania: czy istnieje godny zaufania ranking polskich win? Bo jest ich wszak na tyle niedużo (choć przyrost liczbowy i jakościowy zapiera dech i będzie na pewno o czym pisać w następnych miesiącach), że da się jakoś ogarnąć wzrokiem, zgromadzić na jednym stole poważną ich część. Tak, istnieje. Choć nawet w Polsce, kraju wciąż produkujacym wina liczone w setkach, a nie dziesiątkach tysięcy, wcale nie jest tak łatwo zorganizować rzetelny konkurs o zasięgu na tyle szerokim, żeby móc potraktować go jako w miarę rzetelną ocenę rynku. Nie pretendujący do statusu krynicy wiedzy objawionej, ale jednak przydatny jako wiarygodny przewodnik po zakupach.
Z moich doświadczeń w tym wciąż młodziutkim i migotliwym rynku (mija 12 lat, od kiedy po raz pierwszy w redakcji nieistniejącego już dziś „Magazynu Wino” próbowałem np. wina z winnicy Płochockich, wówczas prawie jedynych „niegarażowych” winiarzy nad Wisłą) wynika, że są różne konkursy, które mają czasem swoje zalety, ale jeden wystaje ponad wszystkie swoim zasięgiem i skalą: Polskie Korki, organizowane przez restaurację SPOT w Poznaniu. Restauracja i poważny konkurs branżowy? Ano tak, bywają takie zaskakujące sytuacje, w przypadku Korków to kwestia „zasiedzenia”. W Poznaniu konkurs w tym roku odbył się już po raz jedenasty, ludzie ze SPOT dobrze wyczuli wówczas, że warto z bliska towarzyszyć rozwojowi wówczas jeszcze bardzo pionierskiego i dość szalonego winiarstwa.
W tym miejscu powinny wyświetlić się multimedia. Nie jest to jednak możliwe ze względu na Pani/Pana wybór preferencji plików cookies. W przypadku chęci wyświetlenia całości materiału wraz z multimediami niezbędna jest zmiana wybranych wcześniej preferencji.
Konkurs oprócz swojego ugruntowania w czasie i ogólnej renomy, która skutkuje np. tym, że w tym roku zgłoszono ponad 300 próbek, ma też ciekawą formułę sędziowania. Po pierwsze, istotną część jury stanowią praktycy, mający kontakt z pijącą publicznością: sommelierzy, menedżerowie restauracji i barów. To ważne, bo kiedy sędziowanie pozostaje w rękach samych krytyków winiarskich i dziennikarzy, biegną oni za swoimi teoriami i gustami, które bywają fascynujące i wynikają z dużego rozeznania, ale odrywają się od podstawowego kontekstu: wino nie powstaje dla krytyka, tylko dla człowieka, który go potrzebuje, by wzbogacić swój posiłek, swoje siedzenie na tarasie, swoją wieczorną lekturę. Wiem, co mówię, bom wiele lat oceniał wina jako krytyk, zanim zacząłem mieć na co dzień do czynienia z żywymi ludźmi, którzy ich potrzebują dla przyjemności niekoniecznie zgodnej z teoriami powstałymi pod palcami na mojej klawiaturze. Po drugie, ocena win przebiega najpierw w kilku komisjach tematycznych (musujące, białe wytrawne, białe z wyższym cukrem, czerwone itd.), po czym kiedy każda komisja wyłoni finałową szóstkę, końcowa ocena, czyli trzy medale, jest wynikiem dyskusji już na forum wszystkich sędziów.
Część tegorocznych laureatów mogłem spróbować w Poznaniu podczas śniadania degustacyjnego, na które zaprosili mnie organizatorzy, albo późniejszych seminariów. Część znam skądinąd, części jestem ciekaw – zwłaszcza tych z winnic Saint Vincent i Amelie, które były dla mnie tegorocznym odkryciem (obok jeszcze winnicy Saganum, której wina próbowałem po krótkiej przerwie z wielką radością). Etykiety St. Vincent też zwracają na siebie uwagę, wygrały zresztą w niektórych kategoriach równoległego konkursu na identyfikację graficzną. Wiem, że nalepka jest absolutnie wtórna wobec zawartości butelki, ale jednak to jest dobry objaw, że winiarze sięgają nieraz po kreacje profesjonalnych agencji. Oczywiście obsługa fachowców, stanowiących wszak zwarte środowisko, oznacza powstawanie mód – jest sporo teraz na półkach butelek o „szalonych”, dynamicznych etykietach w jaskrawej kolorystyce, które na pewno się nam znudzą za dwa-trzy lata. Ale, tak czy owak, to dobre zjawisko.

Bierzcie te wyniki, jak to się mówiło kiedyś, cum grano salis, ale jednak z szacunkiem dla pracy jurorów. Może nie są to wszystkie „najlepsze” wina w swoich kategoriach, do konkursu nie zgłosili się z różnych powodów niektórzy producenci o uznanej pozycji i dorobku, ale jednak na pewno warte spróbowania w pierwszej kolejności. Zwróćcie uwagę na kategorię musujących robionych metodą klasyczną (czyli szampańską, ale w Unii nie wolno tak jej nazywać poza Szampanią). Aż cztery miejsca na sześć w finale zajęła winnica Aris i to nie może być przypadek. Srebrny medalista – Smolis Rose 2022 – to z kolei wyjątkowe wino, kupaż szampańskiego Pinot Meunier i bardzo aromatycznej odmiany hybrydoweh Seyval Blanc. Rok temu ten sam winiarz dostał ten sam medal za wino z rocznika 2020. Spoza finałowej szóstki bardzo mi się teraz podobała Zorza 2022 z winnicy Margaret.
Złoty medalista w białych – winnica Turnau – powraca po dwuletniej przerwie z kolejnym rocznikiem tego samego wina (wówczas chardonnay 2020, dziś 2022). Zważywszy że wcześniej złotym medalistą w białych był riesling z tej samej winnicy (w tym roku w finale), a z kolei ich różowe po raz drugi z rzędu jest pierwsze na podium, to jest potwierdzenie, że można być największym na rynku, o rząd wielkości większym od prawie całej reszty, a zarazem trzymać wybitną jakość. Podczas śniadania próbowałem jeszcze jednego wina, które znalazło się poza zestawem finałowym, ale wybitnie dobrze zagrało mi ze szparagami (cóż, sezon się kończy wcześniej niż zwykle, ale na pewno jeszcze można je kupić, w każdym razie widziałem je na targu na poznańskiej Wildzie) – był to Gruner Veltliner 2022 ze Skarpy Dobrskiej. Rzadko w Polsce piłem wino z tak miłą i zrównoważoną goryczką.
Miejscowość Dobre to okolice Kazimierza nad Wisłą, z winnicą Skarpa sąsiaduje ta należąca do Kamila Barczentewicza, niewątpliwej nowej (od zeszłego sezonu) gwiazdy na tym naszym niewielkim firmamencie winiarskim, który dostał zasłużone złoto za pinot noir z 2021, ale nie ma co pisać o nim wiele, bo jest praktycznie już niedostępny. Spróbujcie się za to zaczaić jesienią, kiedy wypuści na rynek nowe roczniki, zarówno pinota, jak i „Modrego”, czyli wina z odmiany blaufrankisch, najpoważniejszego środkowoeuropejskiego szczepu, dotąd typowego dla wschodniej Austrii, Węgier i południowych Moraw (zwą je tam frankovka modra), czyli ziem niegdyś zjednoczonych pod berłem Najjaśniejszego Pana. Czyżby teraz nad Wisłą powstawał nowy punkt ciężkości dla austro-węgierskich szczepów?
Jest co pić i jest czego szukać na półkach albo u winiarzy, jeśli podróżujecie po Polsce. W większości są to wina co najmniej nie tanie, jeśli nie wręcz po prostu drogie – trochę o tym, dlaczego tak się dzieje, opowiada szef jury Polskich Korków Maciej Nowicki w tej ciekawej rozmowie.
W tym miejscu powinny wyświetlić się multimedia. Nie jest to jednak możliwe ze względu na Pani/Pana wybór preferencji plików cookies. W przypadku chęci wyświetlenia całości materiału wraz z multimediami niezbędna jest zmiana wybranych wcześniej preferencji.
Cena zatem skłania do tego, by polskie wino traktować raczej odświętnie – a to znaczy, że lista laureatów z Poznania może wam wystarczyć na długie miesiące, aż do następnej wiosny. Skoro się zrobiło gorąco, zacznijcie od pet-natów, czyli „nieszampańskich” musiaków z pierwszej kategorii, pamiętając, żeby uchylać kapsel bardzo powoli, postawiwszy butelkę w zlewie, bo prawie zawsze wino tego typu (kończące fermentację w butelce), dostawszy odrobinę powietrza, natychmiast będzie próbowało wam wybuchnąć. No cóż, Grecy, od których nauczyliśmy się nie tylko filozofii, ale i mądrego picia wina – z umiarem!!! – zawsze wylewali parę kropel dla bogów.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.



















