Na fasadzie usteckiego oddziału Bałtyckiej Galerii Sztuki Współczesnej od dziesięciu lat świeci neon Pawła Korbusa: „Jest fajnie, ale trochę boimy się miłości/wojny” – w którym dwa ostatnie słowa pulsują na zmianę. Wraz z aneksją Krymu, eskalacją działań wojennych w Donbasie i narastającą debatą o bezpieczeństwie energetycznym regionu, Bałtyk coraz częściej zaczęto widzieć nie tylko jako wakacyjne tło, ale korytarz infrastruktury i potencjalny teatr napięć. Morze, kojarzone z wypoczynkiem, od dawna ma więc wiele wspólnego także z wojną.
Instytucją od sierpnia ubiegłego roku kieruje Agnieszka Kilian. Zastała trzy lokalizacje (jedną w Ustce oraz dwie w Słupsku) i planuje zmiany; zwłaszcza Ustka domaga się remontu. Przyjdzie na to czas. Jest tu dopiero od czternastu miesięcy, a już przeprowadziła małą rewolucję. W praktyce: wymyśliła instytucję na nowo.
Do zespołu ściągnęła dwoje kuratorów dobrze znanych w świecie sztuki: Romualda Demidenkę – wcześniej związanego m.in. z Muzeum Narodowym w Warszawie – oraz Tomka Pawłowskiego-Jarmołajewa, kuratora z Podlasia, współorganizatora białostockiego „Społem Fest” w klubach osiedlowych. Pawłowski-Jarmołajew prowadzi centrum rezydencyjne, nad Bałtyk przyjeżdżają twórcy z różnych stron świata, a efekty ich pracy trafiają do sal wystawowych.
„Koalicje wody”: co można zobaczyć na wystawie
Neon patrzy na wodę, a wystawa odpowiada spojrzeniem. „Koalicje wody” – otwarte pod koniec sierpnia we wszystkich trzech lokalizacjach BGSW – łączą wątki wojny, sąsiedztwa i lokalności, zawsze w odniesieniu do morza. W debatach o odkrytych złożach ropy na Bałtyku czy o aktach dywersji w związku z wojną w Ukrainie często umyka nam samo morze: nie jako wakacyjna sceneria, lecz jako medium, które organizuje wyobraźnię polityczną i realną logistykę świata. Kilian i Demidenko stawiają pytanie szerzej: czy Bałtyk jest dziś tylko areną konfliktów, czy też polem sojuszy, które układają się inaczej niż granice państw?
Kuratorka proponuje ujęcie podwójne: – Chcieliśmy wydobyć opowieść o dwóch morzach – Czarnym i Bałtyckim. Mają podobną historię geologiczną i są stosunkowo młode, półzamknięte; z systemem Atlantyku łączą się od około 12 mln lat. Ich historie polityczne również się zbliżają: to akweny o wysokiej militaryzacji, w XX i XXI w. – świadkowie wojen zastępczych. Dziś widać to w perspektywie wojny w Ukrainie – mówi Agnieszka Kilian.
„Koalicje wody” rozpinają więc mapę od plaż po kable, od portów po głębiny, od międzyludzkich relacji po infrastrukturę krytyczną. W tej perspektywie Bałtyk nie jest „miejscem na chwilę”, lecz długim trwaniem, które przenika rzeczywistość społeczno-polityczną, ale i prywatne biografie.
Wystawę otwiera praca powstała w Ustce, podczas rezydencji. Anca Benera i Arnold Estefan, duet rumuńskich artystów, zrealizowali instalację „Sea of Signals” z materiałów z okolicznych plaż i portu: boi, linek rybackich, sznurów. Artyści sięgają tu do pojęcia głębokiej ekologii – dosłownie, bo interesuje ich to, co dzieje się pod powierzchnią. To opowieść o głębinowym ekstraktywizmie, procesach wyodrębniania i podziału wód, które z natury nie są podzielne.

– Mamy do czynienia z wydobyciem prowadzonym de facto poza społeczną kontrolą. To problem polityczny: gdy decyzje trafiają do wąskiej grupy (zwykle dużych podmiotów), reszta traci wpływ na procesy. A wiemy, że tempo eksploatacji głębin przyspieszyło; wojna tylko to spotęgowała – mówi Kilian.

Na ścianie naprzeciw – fotografia Yulii Krivich, artystki ukraińskiego pochodzenia mieszkającej od lat w Polsce. Kadr otwartego morza. Niby nic szczególnego, ale tytuł „Przeczucie” uruchamia kontekst. Praca powstała jeszcze przed aneksją Krymu przez Rosję. Krivich, jeżdżąc do rodzinnego Dniepra, fotografowała Morze Czarne w chwili, gdy cień wojny już wisiał nad Ukrainą. Tego nie widać na samym zdjęciu – ale po poznaniu historii obraz nabiera melancholii, którą łatwo „przenosimy” na Bałtyk.
Paul Scraton w „Duchach Bałtyku”, wędrując wzdłuż niemieckiego wybrzeża, pisał o morzu jak o cmentarzysku – może stąd ta jego szczególna tonacja. Na tych wodach, nieopodal Ustki, w styczniu 1945 r. zatonął statek Wilhelm Gustloff; metafora cmentarzyska bywa więc aż nadto dosłowna.
Spojrzenie w głąb Bałtyku: wojny i uzdrowienie
„Sea of Signals” nie jest jedyną pracą powstałą w relacji z lokalnością. W słupskiej pracowni sitodruku Theresa Weber – także w ramach rezydencji – przygotowała wielkoformatowe mapy, z których rozchodzą się strzałki i znaki. Gęste i wciągające, zwłaszcza dla kogoś, kto – jak ja – nie czyta swobodnie języka kartografii. Opis nie ułatwia lektury, ale kierunkuje: – Theresa pracuje z wizualnością relacji: tnie mapy, przerywa trakty, lekko je przesuwa. Pokazuje połączenia handlowe, świat relacji merkantylnych i kolonialnych – opowiada dyrektorka.
Rozmawiamy o tym z Kilian i Demidenką, którzy – choć nie są „miejscowi” – musieli szybko nauczyć się morza. Zwracają moją uwagę na obraz usteckiej malarki Elżbiety Kulki „Wyzwanie” z 1983 r., zawieszony na poddaszu. Płótno jest miejscami pęknięte – artystka wykorzystała ten ubytek, by podkreślić niestałość i kruchość. Choć Kulka wywodzi się z kręgów marynistycznych, jej malarstwo dalekie jest od pocztówkowego pejzażu. Patrzy w głąb Bałtyku; morze bywa tu jednocześnie przestrzenią przechowującą historię wojen i konfliktów oraz miejscem uzdrawiającym.
Kulka jest prezeską usteckiego oddziału Stowarzyszenia Marynistów Polskich i prowadzi ośrodek „Borowinka”.
– Przyszła do mnie drugiego dnia urzędowania i powiedziała, że to miejsce – galeria – należy także do nich, marynistów – wspomina Kilian. – Cenimy współpracę ze społecznością marynistyczną. To ciekawa postawa życiowa, głęboko ekologiczna. Członkinie stowarzyszenia nie nazywają się ekolożkami, a jednak od ponad dwóch dekad dbają o wizualną reprezentację tego miejsca – dodaje.

Efekty pleneru pokazano w Ustce na wystawie „M jak morze” będącej częścią wystawy „Koalicje wody”. – Honorata Martin, artystka z Gdańska, namalowała tam swój pierwszy marynistyczny obraz – mówi Kilian.
Lokalne wątki reprezentuje też Gosia Golińska z Sopotu: jej „Ślad wodny” powraca we wszystkich lokalizacjach. Artystka wykorzystała drelichowe uniformy stoczniowców, które trafiły do jej pracowni przy ul. Elektryków w Gdańsku – w dawnej hali B81, dziś w sąsiedztwie modnych restauracji i jednego z najsilniej zgentryfikowanych fragmentów miasta. Mundury – najpewniej z Niemiec – miały dostać drugie życie, choć początkowo nikt nie wiedział jakie. Golińska zaczęła je ciąć, zszywać i fotografować, tworząc cykl, do którego tu wraca. W Ustce, przy wejściu, wiszą uszyte z nich tkaniny.

– Tytuł „Ślad wodny” przypomina o realnych kosztach środowiskowych: zużywamy ogromne ilości wody – nie tylko przy produkcji tkanin czy chłodzeniu serwerów sztucznej inteligencji. W rzeczywistości największym konsumentem pozostaje rolnictwo – podkreśla Demidenko.
W siedzibie na Podgrodziu jest jeszcze jedno wideo – Kingi Kiełczyńskiej, częściowo wygenerowane przez AI. „Polarpunk” przełącza się między kadrami lodowców i wód zalewanych krwistą czerwienią a rozświetlonymi pejzażami przypominającymi sceny z gier. W zestawieniu z oszczędną fotografią Yulii Krivich praca Kiełczyńskiej wyostrza pytanie o realność: co dziś bardziej „prawdziwe” – kadr Morza Czarnego sfotografowany przed aneksją Krymu przez Rosję, które społeczność międzynarodowa wciąż uznaje za ukraińskie, czy syntetyczna wizja relacji człowieka z naturą stworzona przez algorytmy?
Miejsce do budowania nowej relacji
Bałtyk jest dla wystawy punktem odbicia, ale także pretekstem do namysłu nad samą relacją z wodą. W jednej z lokalizacji mieszczącej się w Baszcie (nazywanej też Basztą Czarownic) – jednym z najstarszych budynków Słupska – pokazano cztery prace.
Na najwyższym piętrze zobaczymy „Rybę” (2024) Karoliny Breguły – jeden z najnowszych filmów artystki wykonany w technice poklatkowej, który miał polską premierę w galerii Trafo w Szczecinie. Bohaterka, prowadząca w Szwecji małą firmę rybacką, pewnego dnia uświadamia sobie, że w morzu nie ma już ryb. Wraca jednak uparcie nad zatokę.
– To prosta opowieść o pracy, przyzwyczajeniu i granicach wytrzymałości ekosystemu. Akceptacja, że wszystko się zmienia w epoce kryzysu klimatycznego, przychodzi ludziom ciężko, często wypieramy rzeczywistość. Pokazanie problemu przez taką pracę wydaje mi się jednak właściwe. Pamiętam panią, która z córką obejrzała film dwukrotnie: okazało się, że jest żoną rybaka, który sprzedał kuter – mówi Romuald Demidenko.
Dwa piętra niżej oglądam pracę Ru Kim – niebinarnej osoby artystycznej z Korei Południowej. Seul łączy się tu z Bałtykiem w instalacji o pamięci wody. To półciemna przestrzeń zanurzona w bursztynowym świetle; sznur wyznacza zamknięty obieg, a dwa mikrofony zachęcają do głośnej lektury libretta. Gest jest prosty: woda, która krąży, przechowuje ślady – ludzkich głosów, historii, traum – i zarazem podsuwa możliwość ucieczki. Pokazuje też, jak medium, które spaja kontynenty, wpływa na pojedyncze życie. Kuratorzy mówią mi, że rozpoczynają właśnie współpracę z Gyeongnam Art Museum w Seulu, więc koreańska sztuka wejdzie głębiej w słupski krajobraz.
Już po kilku tygodniach pracy w Słupsku Kilian zauważyła znaczną obecność migrantów z Ameryki Południowej. – Wpisałam sąsiedzkość w nasz program, ale nie spodziewałam się, że będzie miała taki transkulturowy charakter – mówi. Według relacji dyrektorki w mieście mieszka kilka tysięcy osób z krajów hiszpańskojęzycznych, przyciągniętych głównie przez przemysł przetwórstwa rybnego – to migranci ekonomiczni.
Doświadczenie z berlińskiego Moabitu okazało się dla Kilian punktem zaczepienia: celem stało się ściągnięcie diaspory do instytucji – i to się udało. Na hiszpańskojęzyczne oprowadzanie po Biennale Rybie Oko przyszło około 50 osób – frekwencja porównywalna z pokazami w największych warszawskich placówkach.
Jak ich zaproszono? Dyrektorka z Sylwią Starkowską i Małgosią Różańską, prowadzącymi program Pracownia Dzielnica, stały z ulotkami na przystankach, chodziły po parkach, miejscach spotkań. Pomógł właściciel warzywniaka w przejściu podziemnym – pan Arek – pierwszy, który zaczął sprowadzać produkty dla tej społeczności. Jedzenie okazało się najlepszym łącznikiem. Pan Arek nauczył się podstaw hiszpańskiego i stał się dla instytucji wsparciem – zostawiano u niego ulotki, które przekazywał dalej.
– Otwarcie tej przestrzeni pozwoliło ludziom naprawdę poczuć, że to także ich miejsce – mówi Kilian o sporej sali zaaranżowanej jako miejsce do budowania nowej relacji. Dziś instytucja utrzymuje stały kontakt z ponad trzydziestoma osobami. Organizowano m.in. YouTube party z „protest songami”, potańcówki przed budynkiem – by zachęcić sąsiadów do wspólnej, międzykulturowej zabawy – oraz kolacje z lokalnymi potrawami.
Dowiaduję się też, że językiem, który integruje społeczności, jest taniec. Latino tańczy się i w Ustce, i w Słupsku. – Co ważne: tu niczego nie udajemy – podkreśla dyrektorka. Wierzę w to, słuchając jej i Romualda Demidenki, gdy opowiadają o codziennej pracy. Nauka języka hiszpańskiego jest organizowana nie tylko w językowych tandemach dla przychodzących do instytucji gości. Hiszpańskiego uczyli się też pracownicy.
Słupsk staje się ważnym miejscem na mapie polskiej sztuki
Historii jest wiele, a koalicje – gęste. Woda staje się pretekstem do opowieści o powrocie i o tym, że – jak powtarza Kilian – wszystko jest relacją. Na słupskiej Wyspie Młyńskiej na fasadzie budynku dawnego kompleksu przemysłowego zawieszono pracę Karoliny Bielawskiej: białą tkaninę, przez którą biegną niebieskie fale, skierowane w stronę Słupi, rzeki przecinającej miasto.

W swojej praktyce Bielawska bierze pod uwagę nie tylko ludzkie podmioty; tym gestem oddaje sprawczość Słupi, łączącej miasto z linią brzegową. Rzeka wpada do Bałtyku tuż przy usteckim oddziale BGSW. Sąsiedztwo i relacje przenikają się tu na wielu poziomach, a Słupsk staje się ważnym punktem na mapie polskiej sztuki. Mam jednak wrażenie, że dla tutejszego zespołu równie istotne pozostaje to, co najbliżej – pod domem.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.



















