Na Festiwalu Conrada pojawią się dwie pisarki Yan Ge. Oto dlaczego

Proza Yan Ge oscyluje między baśnią a horrorem, pomiędzy śmiechem a lękiem. Ta literatura burzy poczucie bezpieczeństwa i swojskości.
Czyta się kilka minut
Yan Ge // Fot. Joanna Millington / Wydawnictwo Pauza
Yan Ge // Fot. Joanna Millington / Wydawnictwo Pauza

„Nie można być pewnym, kto tu kogo oswaja”, czytamy w „Kronikach dziwnych bestii” chińskiej pisarki Yan Ge. O ile w ogóle oswojenie jest możliwe i o ile czegokolwiek można być pewnym. Niepewność jest słowem, które chyba najpełniej opisuje dorobek tej autorki i dotyczy to zarówno położenia kreowanych przez nią postaci i światów, jak też stanów, w które wprowadza czytelnika.

Jakby podążając za echem słynnego cytatu z Rimbauda: „ja – to ktoś inny”, zostajemy wciągnięci w fascynującą grę umowności, przybliżeń i oddaleń. Nie jest to jednak czysto estetyczna, zimna rafinada, a raczej podróż po rozchwianej, kolażowej i wciąż zmieniającej się mapie. A może po kilku mapach jednocześnie.

Dwa debiuty Yan Ge

Na Festiwalu Conrada w pewnym sensie pojawią się dwie Yan Ge. Obie z nich polscy czytelnicy mieli już okazję poznać; pierwsza napisała po chińsku „Kroniki dziwnych bestii” (tłum. Joanna Karmasz), zbiór opowieści niesamowitych o nadnaturalnych stworzeniach, które żyją wśród ludzi w mieście Yong’An. Druga zaś pisze po angielsku w konwencji kosmopolitycznego pozornego realizmu, za nic mającego odległości w czasie i przestrzeni (dotyczy to zbioru opowiadań „Gdzie indziej”, tłum. Agnieszka Walulik, za wyjątkiem opowiadania „Jak zakochałam się w dobrze udokumentowanym życiu Alexandra Whelana” w przekładzie Łukasza Buchalskiego).

Gdy po raz pierwszy gościła w Polsce, na wrocławskim festiwalu Opowiadania, reprezentowała już Irlandię, gdzie wówczas mieszkała. Dlaczego aż dwie Yan Ge? Wynika to ze słów samej pisarki, która wyjaśniała, że przejście na język angielski pozwoliło jej zadebiutować po raz drugi, jako innej, zupełnie inaczej budującej opowieści osobie, a wręcz jako komuś, kogo sama dopiero musiała poznać.

Yan Ge (przyjmijmy, że jedna i ta sama!) urodziła się w 1984 r. w Chengdu w prowincji Syczuan. Zaczęła pisać i publikować prozę jeszcze jako nastolatka, początkowo w popularnej konwencji young adult, pisząc o problemach wieku dorastania, ale też nie stroniąc od niesamowitości. Choć dziś nie utożsamia się już z tą stylistyką, na jej przykładzie można domyślić się, jakiego dziedzictwa na przyszłość dla „dorosłej” literatury możemy spodziewać się po fenomenie young adult.

Te wyraźne ślady to upodobanie do konwencji gatunkowych, choć nie traktowanych w sposób sztywny, a raczej jako cosplay; fantastyka, ale jako rekwizyt, czasem jedynie pomocniczy. Wreszcie zamiłowanie do wszystkiego, co dziwne i nieco przerażające, zwłaszcza body horror, czyli nurt, w którym źródłem niepokoju jest ludzkie ciało i biologiczne procesy. To nurt, który konfrontuje odbiorcę z obcością względem siebie samego: a więc „dziwną bestią” mogę być i ja sama.

Opowieści niesamowite Yan Ge

Tak docieramy do „Kronik dziwnych bestii”, cyklu opowiadań spiętych wspólną klamrą w kryptozoologiczny przewodnik po wymyślonym, przemysłowym i nieco dystopijnym mieście Yong’An. Narrację rozwija tu badaczka-amatorka, która stara się uporządkować katalog paranormalnych istot żyjących tam wśród ludzi, które mimo całej swojej obcości praktykują dziwnie ludzkie obyczaje.

Oto fortunio, które „żywią się płatkami zbożowymi i czystą wodą, unikają tłustych potraw. Lubią czytać fantastykę i nie znoszą książek do matematyki”, uroczniaki zaś, jedyne bestie stworzone w drodze ludzkiej inżynierii, „o spokojnej naturze i łagodnym sercu”, żywią się bułeczkami na parze. Sympatyczniejsza to dieta niż w przypadku matniszcz, które żywią się rozpaczą i w jej poszukiwaniu przemieszczają kraj ciężarówkami. Pięknym smętnikom, które boją się pociągów, gorzkich tykw i telewizji satelitarnej, uśmiechanie się grozi śmiercią.

A to tylko część menażerii Yong’An, która – jak się niebawem przekonujemy – stanowi zarazem zbiór uosobień ludzkich pragnień i skaz. W bestiach, realnych czy tylko metaforycznych, ludzie lokują swoje skrywane obsesje i destrukcyjne zapędy, miasto traktuje je jak swoją strefę cienia. Opowiadania układają się w wielowątkową przypowieść o tendencji do eksportowania własnych niedoskonałości na mglistego obcego i do traktowania innych jak pogardzane lub pożądane, ale mimo wszystko akcesoria.

Yan Ge w bezpretensjonalny sposób osadziła ją w scenografii urban fantasy, gdzie obowiązuje logika baśni i mitu, choć jednorożca zastępuje ciężarówka, a karczmę bar. Trudno jednak nazwać „Kroniki dziwnych bestii” literaturą ściśle gatunkową. Bliżej jej do flirtu z opowieściami niesamowitymi w prozie połowy XX w., jak u Italo Calvino, Dino Buzzatiego, a zwłaszcza jak w „Opowieściach o kronopiach i famach” Julio Cortázara. Może nawet – bo nie jest to wszakże książka pozbawiona humoru – jest tu również coś z „Bromby i innych” Macieja Wojtyszki?

Jak napisać doskonałą powieść?

Już jako nagradzana i doceniana sensacja młodej literatury w rodzinnych Chinach Yan Ge zdecydowała się na niespodziewaną woltę. Najpierw – stylistyczną. Jej pierwsza „dorosła” powieść, która po angielsku ukazała się jako „The Chili Bean Paste Clan” (2013), stała się sporym sukcesem w Chinach, gdzie nosiła tytuł mrugający porozumiewawczo do tamtejszego czytelnika: „Nasza rodzina”.

Na pierwszy rzut oka mogłaby spełniać kryteria doskonałej powieści eksportowej. Z telenowelową plątaniną zawiłości rodzinnych i lokalną kuchnią syczuańską w centrum uwagi, osadzona w fikcyjnym miasteczku Pingle, powieść pasowałaby do poczytnego w latach dwutysięcznych nurtu „różnorodnościowego” czy „pachnącego przyprawami”, gdzie dla czytelnika europejskiego źródłem fascynacji była odmienność kulturowa sama w sobie. Byłaby, gdyby nie fakt, że głównym bohaterem Yan Ge uczyniła wyjątkowo antypatycznego pieniacza i kobieciarza, a całość przedstawia się raczej jako opowieść o piętrzących się rodzinnych i małomiasteczkowych dysfunkcjach à la Wojciech Smarzowski.

Niebawem jednak pojawiła się okazja do wykonania kolejnej wolty. Jak to czasem bywa – z miłości, która zaprowadziła pisarkę do Dublina. Tam zdecydowała, że nie chce być etatową autorką od spraw chińskich. Natrafiwszy na cytat z Jhumpy Lahiri: „nie da się zostać zupełnie innym pisarzem, ale można stać się dwoma jednocześnie”, porzuciła niezupełnie wygodny kostium powieści obyczajowej i postanowiła sprawdzić, kogo uczyni z niej język angielski.

Dziwaczne i osobliwe: esencja prozy Yan Ge

Rezultatem jest zbiór opowiadań „Gdzie indziej”, tym razem pozbawiony wspólnego mianownika, przynajmniej na pierwszy rzut oka. Tekstów nie łączy (prawie!) kontekst geograficzny i czasowy – znajdziemy tu i elegancką, kostiumową intrygę umiejscowioną podczas konklawe mędrców w czasach konfucjańskich, i sceny z życia bohemy po apokalipsie, i historię o zakochaniu się w czyimś śladzie cyfrowym. Groch z kapustą! Widać jednak, że im bardziej Yan Ge pozwala sobie na oddalenie od lokalnego kontekstu, a może wręcz na zanurzenie w uczuciu oddalenia, tym mocniej ujawniają się najmocniejsze strony jej pisarstwa.

Jej naturalnym środowiskiem jest to, co „dziwaczne i osobliwe”, a przygoda z piszącym po angielsku alter ego wyzwoliła potencjał zabawy. Fantazjowanie, momentami wręcz halucynacyjny charakter, snucie wizji alternatywnych światów na pograniczu wiarygodności i chyba znak rozpoznawczy autorki, czyli coś w rodzaju łagodnej taktyki szoku. Jeśli nowe opowiadania Yan Ge mają ze sobą coś wspólnego, to są to przede wszystkim niespodziewane wtargnięcia, szarpnięcia obcości, tego, co niewyjaśnione. Większość opowiadań nawiązuje do bycia na różne sposoby gdzie indziej, fizycznie lub choćby duchem, w oderwaniu od tego, co znane, co może skutkować i zagubieniem, i przyjemnym oszołomieniem, i poczuciem absurdu.

Na najbardziej podstawowym poziomie przejawia się to w języku, gdy padają nietłumaczone celowo wtrącenia po chińsku lub gdy dochodzi do nieporozumień, nieprzystawalności. Tak jak w scenie, gdzie poboczny bohater demonstruje tatuaż ze słowem po chińsku, przekonany, że oznacza ono dom. Okazuje się, że chodzi jednak o grób (mimo wszystko bohater stara się trzymać fason).

Nie bez przyczyny przypominam o dyskretnym czarnym humorze obecnym w opowiadaniach Yan Ge. Pisarka zdaje się znajdować przyjemność w niespodziewanym testowaniu strefy komfortu – i swoich bohaterów, i czytelników. Jest w tym coś z nastoletniego zamiłowania do jazdy po krawędzi, być może to odświeżający spadek po doświadczeniu young adult.

Widać to szczególnie w monumentalnym jak na opowiadanie tekście „Hai”, opowieści o dramaturgii niczym z „Sukcesji”, lecz osadzonej w dawnych Chinach, niepozbawionej rozmiłowania w pałacowym sztafażu i oczywiście błysku wyrafinowanego okrucieństwa. Ale w niemal każdej historii znajdziemy element body horroru, dyskomfortu i fascynacji wywołanej przez procesy ciała.

Wyjątkowo aktualny surrealizm

Uczucia te uosabia bohaterka „Sztokholmu”, pisarka, która wyrusza na festiwal literacki wkrótce po urodzeniu dziecka. Odciąganie mleka – doświadczenie przecież bardzo ludzkie – czyni ją w oczach innych straszliwą i fascynującą zarazem obcą istotą. Nawet gdy opowieść zapowiada się względnie realistycznie, nie mamy pewności, kiedy pojawią się w niej przebłyski dziwnego lub okrutnego snu.

W opowiadaniu mówiącym o prowizorycznym obozowisku poetów, próbujących przetrwać po katastrofie żywiołowej, można dopatrywać się nawiązań do prawdziwego trzęsienia ziemi, które zniszczyło Syczuan w 2008 r. Ale dziwne to postapo: bohaterowie wyznają zasadę carpe diem, wciąż raczą się piwem i grają w madżonga, wreszcie w pewnym momencie serwuje się im zupę z ludzkich głów… Ci sami bohaterowie lub ich imiennicy powracają w innym opowiadaniu, mierząc się znów z dramatami, lecz jedynie osobistymi. Jak gdyby nic się nie wydarzyło. Czy doświadczenie katastrofy było ich wspólną halucynacją, a może opowieścią w opowieści? Takich momentów niespodziewanego oderwania od rzeczywistości, jakby puszczenia kierownicy, by sprawdzić, co niebezpiecznego może się wydarzyć, jest tu więcej.

Opowiadania Yan Ge czyta się tak, jakby sama autorka z radością i ciekawością wyruszała w nieznane – ta energia udziela się także czytelnikowi, przynosząc poczucie przygody i literackiego eksperymentu. A jednocześnie są w nich tony zaskakująco znajome, jakby Yan Ge sięgała do strun, których zachodni odbiorca dawno nie słyszał. 

Czasem brzmią wręcz odrobinę staroświecko: fikołki podświadomości, zmyłki i przejęzyczenia, fizyczna niewygoda ciała czy teatr grozy. To przecież repertuar surrealizmu – nurtu, który dziś brzmi wyjątkowo aktualnie i do którego warto powrócić.

 


Co dzieje się z człowiekiem, gdy zostawia za sobą jeden język i próbuje zamieszkać w drugim? Emigracja u Yan Ge nie jest ani spełnionym marzeniem, ani prostą ucieczką. To codzienność pełna sprzeczności – poczucie obcości miesza się z fascynacją, a nowe słowa z trudem zakorzeniają się w pamięci. Podczas spotkania, które poprowadzi Agnieszka Walulik, porozmawiamy o tym, jak tożsamość kształtuje się na styku kultur, w miejscach, które nigdy nie są do końca własne.

 

Yan Ge (ur. 1984) – chińska pisarka tworząca w języku mandaryńskim i angielskim. Absolwentka literatury klasycznej na uniwersytecie w Syczuanie, doktorka University College Dublin. Autorka powieści „Strange Beasts of China” (2015; wyd. pol. „Kroniki dziwnych bestii”, 2022, tłum. Joanna Karmasz) i „The Chili Bean Paste Clan” (2013), a także zbioru „Elsewhere: Stories” (2021; wyd. pol. „Gdzie indziej”, 2024, tłum. Agnieszka Walulik i Łukasz Buchalski). Jej książki zdobyły liczne nagrody w Chinach i były tłumaczone na wiele języków.


// materiały prasowe

Jako festiwal literatury nie ignorujemy potrzeby słuchania uszami. Audiobooki, które można uznać za młodsze rodzeństwo tradycyjnych radiowych powieści w odcinkach, odpowiadają dziś za znaczącą część kontaktu z książką. 

Panel dyskusyjny „Koniec świata i co dalej”, poświęcony nurtowi fantastyki postapokaliptycznej w Polsce, realizujemy przy wsparciu platformy Storytel. Nieprzypadkowo – właśnie tam można odsłuchać powieści zaproszonych autorów i autorek: Magdaleny Salik, Michała Cetnarowskiego i Marka Baranieckiego, którego kultowa „Głowa Kasandry” wkrótce doczeka się wersji filmowej.

Fantastyka i literatura spekulatywna to jedne z najpopularniejszych gatunków audiobookowych. Powstają nawet specjalne projekty przygotowane wyłącznie dla tego formatu, jak space opera „Tam, gdzie żyją smoki” według pomysłu Jakuba Nowaka, zrealizowana przez prawdziwą pisarską supergrupę. Ale audiobooki to nie tylko literatura gatunkowa – dowodzi tego adaptacja „Kąkola” Zośki Papużanki, powieści, która zagląda w tajemnicę może większą niż kosmos, czyli wrażliwość dziecka.

Obecność niesamowitego w zwyczajnej, „bardzo polskiej” codzienności to z kolei specjalność Łukasza Orbitowskiego. Niezwykłość staje się u niego pretekstem do uważnego przyjrzenia się temu, co w nas boleśnie rzeczywiste. Niemała część jego dorobku dostępna jest w Storytel, w tym słuchowiska powstałe specjalnie dla tej platformy. A produkcje słuchowiskowe – czyli współczesny teatr audio realizowany z rozmachem – znakomicie wpisują się w pasmo Word2Picture, poświęcone adaptacjom literatury i jej związkom z innymi mediami narracyjnymi. 

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Jerzy Skakun dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 40/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Dziwność jest moim domem

Artykuł pochodzi z dodatku Magazyn Conrad nr 3/2025