To zasada-samograj znana wszystkim, którzy śledzą kulturę popularną: widz kocha przyglądanie się cudzemu nieszczęściu. Już za czasów, gdy główną rozrywkę stanowiło słuchanie pieśni dziadowskich czy sensacyjne powieści broszurowe, to te najbardziej obfitujące w zbrodnię i niedolę cieszyły się największym wzięciem u publiczności.
Przyczyny są rozmaite − czasem to zwyczajna empatia i proste poruszenie serca, czasem ten rodzaj ciekawości, który każe ludziom kierować wzrok w stronę wypadku drogowego, a czasem nieco wstydliwa ulga („jak dobrze, że to nie ja”). Trudno jest również zarysować jasną granicę etyczną w przypadku publikowania takich historii. Pod koniec XIX w. fotografie Jacoba Riisa z cyklu „Jak żyje ta druga połowa”, przedstawiające koszmarne warunki życia najbiedniejszych nowojorczyków, wpłynęły na zmiany w prawie dotyczącym mieszkalnictwa i bezpieczeństwa.
Legendarny film Toda Browninga „Freaks”, choć podejmował temat z zasady sensacyjny, bo dotyczył ludzi z rozmaitymi deformacjami ciała pracujących w roli atrakcji cyrkowych, zdejmował z nich łatkę pariasów, potworów. W Ameryce lat 30., zakochanej w eugenicznych pomysłach, film jasno podkreślał, że nie tylko atletyczny, równozęby blondyn może mieć dostęp do pełni praw i pełni życia.
Ale bywa i inaczej. Outsiderzy, ludzie żyjący w izolacji, z problemami, trafiają czasem w światła reflektorów za sprawą „menedżerów biedy”, spryciarzy, którzy zapewniają swoim podopiecznym pieniądze, ale dbają przy okazji, by ich zdrowie czy stan psychiczny się realnie nie poprawiały – w końcu żyją z pokazywania jak najbardziej niepięknych stron życia.
W ostatnich miesiącach w Polsce co jakiś czas można było przeczytać o śmierci kolejnego człowieka, któremu ogólnopolska sława skróciła życie, bo najlepiej sprzedawały się sceny pod wpływem. Powstał nawet termin „pornografia biedy”, dotyczy on materiałów, których twórcy lubują się w przesadzie i maksymalizacji nieszczęścia na ekranie. Ktoś pewnie powie: „ale takie jest prawdziwe życie, bez filtra!” − przy tej okazji warto zadać sobie pytanie, czy on własne życie, zapewne zamożniejsze i spokojniejsze, uważa za lukrowany matriks.
Oprócz zerkania na „ulice nędzy”, publiczność kocha też happy endy. Dlatego czasem ogląda dokumenty o ludziach, którzy stracili wszystko czy sami wpędzili się w nieszczęście, mając nadzieję, że szczęśliwe oko kamery uratuje ich, da im piękny dom, miłość, spokój, a może nawet prawdziwą karierę w show-biznesie.
Oto amerykański twórca dokumentów Mark Laita natrafił na rodzinę jak ze scenariusza filmowego − licznych potomków pary bliskich kuzynów, co oczywiście wygląda na gotowy materiał na sensacyjny temat tabu („bliżej spokrewnione pary znajdziesz tylko w rodzinach królewskich”, skomentował ktoś celnie). Część rodzeństwa nie ma szans na samodzielne życie ze względu na wrodzone niepełnosprawności, a cała rodzina padła ofiarą zmór współczesnej Ameryki, czyli wszystkiego w zasięgu ręki, co uzależnia.
Czy Laita to dobroczyńca, czy naiwny facet z pieniędzmi, czy już kurator patostreamingu − zdania są podzielone. Z pewnością, sam zarabiając, pomagał rodzinie finansowo, a jego filmy zdjęły z bohaterów piętno wyrzutków, bo publiczność poczuła do nich faktyczną sympatię. Ale też ściągnął ich na drogę pokusy, która wraz z pieniędzmi się pojawia, pogarszając uzależnienia. Nie udało się ich przeanielić i w pewnym momencie wycięli swemu patronowi numer rodem ze starej farsy (czy z makabrycznego żartu: „wystaw dziadka w oknie, listonosz z rentą idzie”). Oto rodzina poprosiła o zbiórkę na pogrzeb seniora rodu, podczas gdy ów żył i miał się doskonale.
Ten (trzeba przyznać, że zabawny) akt wyłudzenia przypomina, że choć kusi, by ludzi poszkodowanych przez los postrzegać jako uwięzione, bezradne aniołki w opałach, to są to zwyczajni dorośli z całym bagażem ludzkich cech. Nie chcą odgrywać roli wychowanków, są w końcu dorośli i sami decydują o sobie, co oznacza, że mają prawo również do decyzji dla siebie szkodliwych. Albo i przewrotnych.
Na pewno historia ta każe się zastanowić nad youtubowym mecenatem, który publiczności zapewnia porcję wzruszeń, a twórcom sławę i pieniądze. W przeciwieństwie do żmudnych obowiązków pracownika socjalnego.

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.
















