Sześć lat temu DJ Daniel dostał straszną diagnozę. Guz mózgu, rozległy i wyjątkowo złośliwy, maksymalnie pięć miesięcy życia. Dzisiaj – po trzynastu operacjach, z których każda, jak mówi jego ojciec, wiąże się nie tylko z ryzykiem trwałych uszczerbków w ciele, ale i głębokimi zmianami osobowości – ten trzynastolatek wciąż tu jest. I ma już kilkaset odznak policyjnych z wielu różnych amerykańskich jednostek.
Wstąpić do policji – to było od zawsze jego wielkie marzenie. Niedawno spełniło się kolejne. Sean M. Curran, nowy dyrektor Secret Service, oficjalnie mianował DJ’a agentem tej służby. Nie można sobie wyobrazić bardziej prestiżowego wyróżnienia. Moment, kiedy chłopiec podniósł do góry odznakę i przytulił Currana, był naprawdę wzruszający.
Dokładnie wtedy DJ znalazł się jednak w samym środku politycznej wojny. Wszystko działo się bowiem 4 marca, podczas pierwszej w tej kadencji przemowy Donalda Trumpa do Kongresu. To Trump postanowił uhonorować DJ’a członkostwem w Secret Service, to on zaprosił go do parlamentu, on także przedstawił go zgromadzonym, krótko opowiedział jego historię, a następnie poprosił Currana o wręczenie odznaki. Republikanie zareagowali owacją na stojąco. Demokraci natomiast siedzieli bez ruchu. Nawet nie wstali, poza jedną bodaj kongresmenką. Nie bili brawa, nie uśmiechali się. Milczeli, kurczowo ściskając w dłoniach tabliczki z napisami „Musk kradnie” i „Ratować Medicaid”.
Podsumujmy. Trzynastoletni chłopiec, od kilku lat borykający się ze śmiertelną chorobą, po trzynastu operacjach, zostaje zaproszony do Kongresu, gdzie otrzymuje odznakę, o której marzy. W tym czasie grono dorosłych ludzi, sprawujących eksponowane, odpowiedzialne stanowiska na najwyższych szczeblach amerykańskiej polityki, demonstracyjnie okazuje mu lekceważenie, nie wstaje, nie bije brawa. Dlaczego? Dlatego, że do Kongresu zaprosił tego chłopca ich polityczny konkurent, przeciwko któremu postanowili w ten sposób zaprotestować.
Jak czuł się DJ? Czy rozumiał, że tak naprawdę nie chodzi tutaj o niego, lecz o partyjno-polityczną wojnę, której stał się mimowolnym zakładnikiem? Nie znam odpowiedzi na to pytanie, ale patrzyłem na te sceny z głębokim niesmakiem. Był to popis małości, który – nawiasem mówiąc – obróci się zapewne przeciwko samym Demokratom. Jak można, w imię politycznej zemsty, zachowywać się w ten sposób wobec dziecka?
Pojedyncze wypowiedzi niektórych polityków rzucają światło na ten spektakl. Podkreślają oni na przykład, że choć Trump zaprosił DJ’a do Kongresu, to jednocześnie obciął fundusze na badania nad rakiem, a ich milczenie było właśnie znakiem oporu przeciwko tej polityce. Oczywiście, jest to jak najbardziej wskazane, żeby z całą mocą krytykować decyzje Trumpa dotyczące służby zdrowia czy nauki (oraz wielu innych spraw). Bez wątpienia dzieją się w tych obszarach rzeczy niepokojące i trzeba przeciwko nim głośno, a nawet emfatycznie protestować. Tyle że akurat nie w takim momencie. Nie przy takiej okazji. Nie kosztem dziecka, które doświadcza być może jednej z najjaśniejszych, najszczęśliwszych chwil w całym swoim trudnym, pełnym cierpienia życiu.
Cóż, w tym publicznym blamażu sporej części amerykańskich kongresmenów – niewątpliwie jedną z najbardziej przykrych okoliczności w całej tej sprawie jest miejsce akcji – odzwierciedla się coś wysoce symptomatycznego. Charakterystycznego dla zjawiska politycznej polaryzacji osiągającej rozmiary wręcz gargantuiczne. Jakiś bez mała trans, odrealnienie, zakrzywienie poznawcze, obejmujące naraz dużą grupę ludzi, którzy – między innymi właśnie przez to, że są w grupie – zaczynają się zachowywać w sposób całkiem irracjonalny.
Że polaryzacja wyłącza empatię, wyobraźnię i współczucie, to widać na co dzień także w Polsce, gdzie występuje ona w rekordowym stężeniu. Histeria, myślenie spiskowe, obelgi, chamskie, brutalne inwektywy miotane pod adresem politycznych oponentów przez ludzi mających się za kulturalnych i cywilizowanych. To wszystko spotykamy nieustannie, wystarczy otworzyć media społecznościowe albo dowolny portal informacyjny. I nie jest wcale tak, że ogranicza się to do jednej opcji politycznej, choć naturalnie każda myśli o sobie wyłącznie w superlatywach, wszelkie bezeceństwa zaś przypisuje tej drugiej.
To milczenie i siedzenie Demokratów, ponura pikieta przed trzynastolatkiem z guzem mózgu, jest nie tylko pragmatyczną porażką, która z pewnością zostanie wykorzystana przeciwko nim w kolejnych wyborach. Jest także przemożną manifestacją prawdy tyleż oczywistej, co zazwyczaj spychanej do nieświadomości: podłość jest ponad podziałami. Wszyscy mają do niej predyspozycje. Również ludzie, którzy nominalnie występują jako obrońcy demokracji i pozytywnych wartości przed zagrożeniem, jakie stanowi Trump albo skrajna prawica, zachowują się w sposób urągający elementarnym regułom. Także im brakuje wyobraźni i empatii. Także oni zdolni są do małostkowości, małości i zwykłego okrucieństwa.
Jest to prawda dla nich bardzo niewygodna, zwłaszcza w sytuacji, kiedy ich pozycja została skutecznie nadszarpnięta. Takie momenty jednak, w których czyjaś ciemna strona dochodzi do głosu, są zarazem momentami wielkiej szansy. Uświadomić sobie, że się nie jest moralnie doskonałym, to przecież, automatycznie, zyskać znacznie większe prawdopodobieństwo moralnego działania w przyszłości.
Pod warunkiem, że się najpierw uzna własną winę, rzecz jasna. A z tym jest, jak wiadomo, najtrudniej. Zwłaszcza w warunkach polaryzacji, gdzie zawsze winni są „oni”, nigdy „my”.
Tomasz Stawiszyński z „Tygodnikiem” współpracuje od 2014 r., od 2021 r. jako felietonista.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

















