Jedną z najbardziej charakterystycznych cech polaryzacji jest przekonanie, że nas ona nie dotyczy. Tymczasem, jak się po raz kolejny okazuje, dotyczy w stopniu znacznie większym, aniżeli jesteśmy sobie w stanie wyobrazić.
Ale najpierw – prosty test. Czy potrafisz wskazać jakieś oburzające nadużycia dokonane przez polityków, których popierasz? Czy potrafisz podać przykłady mowy nienawiści stosowanej przez twoich ideowych pobratymców wobec twoich ideowych przeciwników?
Jeśli to niemożliwe, ponieważ oburzających nadużyć dokonują wyłącznie politycy, których nie popierasz, ci zaś, których popierasz, miewają co najwyżej pecha albo dają się niekiedy zwieść tym złym – podlegasz polaryzacji. Jeśli to niemożliwe, mowa nienawiści kieruje się bowiem tylko do twoich ideowych pobratymców, twoich ideowych przeciwników natomiast spotyka co najwyżej zasłużona (owszem, czasem może nieco za ostra, ale jednak zrozumiała) krytyka – podlegasz polaryzacji.
Czyli – co demonstrują badania opublikowane właśnie na łamach „Journal of Behavioural and Experimental Economics” – jednej z dominujących sił kształtujących życie społeczne i polityczne w USA (a w Polsce, z całą pewnością, co najmniej w równym stopniu). Dokonane przez Jonathana Halla ze szwedzkiego Uppsala University i Sama Whitta z High Point University w Północnej Karolinie analizy wskazują, że w ostatnich latach to zjawisko intensyfikuje się i rozszerza. Zwolennicy obu wiodących w Ameryce partii, republikańskiej i demokratycznej, nienawidzą się coraz bardziej właściwie z tygodnia na tydzień.
Ale to nie wszystko. I nie tylko w USA, bo także w Wielkiej Brytanii, Belgii oraz Hiszpanii. Z innych publikacji, jakie ostatnio ujrzały światło dzienne – m.in. tekstu Edwarda Carminesa i Rity Nassar, który ukazał się na łamach „Journal of Elections, Public Opinion and Parties” – wynika, że uprzedzenia polityczne są dziś źródłem antagonizmów głębszych i rozleglejszych aniżeli uprzedzenia na tle… rasy, religii, języka czy pochodzenia.
Słowem, nienawidzimy się coraz bardziej, a fundamentalnym agregatem tej nienawiści jest polityczna przynależność. To ona dzieli nas mocniej niż cokolwiek innego, a proces ten systematycznie się pogłębia. I – wbrew pozorom oraz utartym przekonaniom – wykształcenie, wiedza, obycie wcale przed tym nie chronią. Przeciwnie – zdobyte dyplomy pozytywnie korelują z intensywnością motywowanych politycznie uprzedzeń. Im lepsza edukacja, tym więcej pogardy i niechęci do tych, którzy wybierają inaczej. A zarazem – tym większa ślepota na własną pogardę i niechęć.
Co z tego jednak wynika?
Po pierwsze – pogrążanie się zachodnich społeczeństw w coraz większej ułudzie. Im mocniej umysł się polaryzuje, tym bardziej zatapia się w świecie własnych projekcji i fantazji. Czyli tym jest dalej od rzeczywistości. Przy czym tę ostatnią da się modelować podług ideologicznych interesów tylko w ograniczonym stopniu. Na umysł, zwłaszcza zatopiony w sobie, można natomiast wpływać niemal bez limitów.
Po drugie więc – coraz mniej wolności. Rodzi się ona przecież m.in. ze zdolności do rozpoznawania uwarunkowań i ograniczeń, nauki na błędach, wyciągania wniosków na podstawie uczciwej analizy własnych doświadczeń. Polaryzacja zaś całe zło, uwarunkowania, ograniczenia i błędy lokuje w innych. Tym samym – patrz punkt pierwszy – uniemożliwia realistyczną ocenę położenia w świecie. Ergo – prowadzi do zniewolenia.
Po trzecie – i być może dziś najważniejsze – więcej władzy w ręce spin doctorów i korporacji. Wpojenie ludziom przekonania, że identyfikacja polityczna jest sprawą życia i śmierci – i że wyznacza granice pomiędzy dobrem a złem, przyzwoitością a hańbą, patriotyzmem a zdradą, pięknem a ohydą – jest jedną z najdoskonalszych metod socjotechniki, jaką kiedykolwiek wynaleziono. Nieprzypadkowo wielkie międzynarodowe koncerny tak ochoczo podłączają się pod taką propagandę. Jedną ręką eksploatują pracowników, wykorzystują tanią siłę roboczą w krajach trzeciego świata i drenują lokalne rynki w sposób niemający nic wspólnego z żadną „wolną konkurencją”. Drugą zaś – wdrażają rozmaite programy (rzekomo) emancypacyjno-równościowe wedle najnowszych wzorców politycznej poprawności. A potem dumnie obnoszą się ze swoją rzekomą szlachetnością i progresywizmem.
Uświadomienie sobie tych niebezpieczeństw wymaga tylko i aż jednego. Zrozumienia, że polaryzacja – a zatem skłonność do przemocy, mowy nienawiści i wykluczania odmiennie myślących – nie przydarza się wyłącznie „im”. Że my także jej podlegamy. Ba, tańczymy, jak nam tylko polaryzacyjne nuty zagrają. W najlepsze zarzucamy innym to, co z równą zapalczywością usprawiedliwiamy u siebie. Dostrzegamy zło wyłącznie na zewnątrz. Używamy brutalnego języka wobec tych, którzy „nie są z nami”, a zarazem podnosimy wielkie larum, kiedy ktoś użyje go wobec nas.
Tym samym narażamy się na trzy wymienione wyżej niebezpieczeństwa. Jak ich uniknąć, a przynajmniej ograniczyć prawdopodobieństwo ich wystąpienia? Na początek odpowiedzmy sobie raz jeszcze na pytania z krótkiego testu, od którego zaczął się niniejszy felieton.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.
















