Reklama

Molestowanie seksualne na UW. Oskarżany profesor zabiera głos

Molestowanie seksualne na UW. Oskarżany profesor zabiera głos

08.04.2022
Czyta się kilka minut
Dwa tygodnie po ukazaniu się reportażu ze świadectwami kobiet zarzucających mu molestowanie znany językoznawca pisze o „kłamliwej nagonce”.
JOANNA RUSINEK
D

Do tej pory milczałem na forum publicznym ze względu na stan zdrowia, dobro sprawy i mojej rodziny. Jednak po serii obrzydliwych artykułów na mój temat, m.in. w »Gazecie Stołecznej« i »Tygodniku Powszechnym«, czuję się zwolniony z obowiązku poufności, jaki nakładała na mnie komisja antydyskryminacyjna mojego byłego pracodawcy, czyli UW” – czytamy w oświadczeniu prof. Andrzeja Markowskiego, które zamieścił na swoim facebookowym profilu.

Nazwisko oskarżanego przez grupę kobiet profesora podajemy po raz pierwszy, gdyż sam swoje oświadczenie udostępnił publicznie 5 kwietnia po godz. 19.00.

W reportażu „Językoznawca”, który ukazał się 21 marca w serwisie internetowym „Tygodnika Powszechnego”, głos zabrało sześć z siedmiu kobiet, które oskarżyły prof. Andrzeja Markowskiego o molestowanie seksualne. Kobiety skierowały swoją skargę do Komisji Rektorskiej ds. Przeciwdziałania Dyskryminacji UW. Udało mi się dotrzeć również do kilku innych kobiet, które zarzucają naukowcowi, że wyrządził im podobne krzywdy. Wśród skarżących są zarówno byłe, jak i obecne studentki, a także doktorantki oraz wykładowczynie.

„Myślałam tylko o tym, żeby to się już skończyło”

Przypomnijmy, co mówiły kobiety w reportażu na łamach „Tygodnika”:

Anna: „Przypartą do drzwi kobietę blokował rękami. Przywierał ciałem, wciskał się biodrami w miednicę. Łapczywie obcałowywał szyję, wkładał język do ust. Gdy ktoś nagle chciał wejść, mógł wytłumaczyć, że właśnie podawał płaszcz, bo obok drzwi stał wieszak”.

Magdalena: „To był dzień obrony mojej pracy. Odpowiedziałam na pytania, wyszłam z gabinetu, profesorowie mieli się naradzić. Gdy wróciłam, profesor powiedział, że zdałam z wyróżnieniem, na piątkę. Podszedł do mnie, przycisnął mnie do siebie, włożył język do ust. Dwa metry dalej stał drugi profesor, patrzył w okno”.

Judyta: „Zaczął mnie dotykać, zwykle wtedy, gdy byliśmy sami. Miałam wrażenie, że może ze mną zrobić, co zechce, wbrew mojej woli. Gdy w czasie kolejnych konsultacji powiedziałam, że interesuje mnie tylko relacja naukowa, rzucił się na mnie, przylgnął do mnie swoim ciałem i zaczął całować. Byłam sparaliżowana. Próbowałam odwracać głowę w prawo i w lewo, żeby nie dotknął moich ust. Ale był silniejszy. Nie wiem, jak udało mi się wyrwać z jego uścisku”.

Kinga: „Kilka miesięcy przed obroną pracy magisterskiej pojechaliśmy na konferencję do innego miasta. Po moim wystąpieniu profesor podszedł do mnie, powiedział: »Chodź, przejdziemy się. Ochłoniesz troszeczkę«. Było już ciemno, spacerowaliśmy wąskimi uliczkami. Nagle złapał mnie za rękę. Po chwili udało mi się wyrwać, uciekłam. Od tamtego momentu zmienił się, zaczął mnie krytykować. Obroniłam pracę, pożegnałam się z Wydziałem Polonistyki, choć to on był moim pierwszym wyborem”.

Anna: „Pojechaliśmy z dwiema innymi doktorantkami na konferencję naukową. Po obradach i kolacji poszłam do swojego pokoju, który dzieliłam ze studentką z innego uniwersytetu. Profesor wyszedł za mną, dogonił mnie na schodach. Chciał, żebym poszła z nim do jego pokoju. Powiedziałam, że nie chcę. Złapał mnie za przegub ręki, zaczął ciągnąć. Opierałam się. Wszystko działo się na klatce schodowej, więc bałam się, że ktoś zobaczy, jak się szarpię z profesorem. Wciągnął mnie do swojego pokoju, kazał usiąść na tapczanie. Przewrócił mnie na łóżko, położył się w ubraniu na mnie, zaczął mnie obcałowywać po twarzy, po szyi, mówić, że jestem wspaniała, cudowna, piękna. Nie pamiętam, jak udało mi się wyjść spod niego”.

Elżbieta: „Dociskał mnie do ściany, do drzwi. Napierał na mnie całym swoim ciałem, przyciskał miednicę. Całował w miejscach intymnych. Próbował włożyć rękę za spódnicę. Brał moją rękę, żebym dotykała jego narządów. Nie słyszał słowa »nie«. Zawsze zastygałam, wyłączałam się z tego, co się dzieje. Myślałam tylko o tym, żeby to się już skończyło”.

Izabela: „Profesor uznał, że będzie mówił do mnie po imieniu. Najpierw byłam Izabelą, potem moje imię dodatkowo zdrabniał. Do pozostałych osób w grupie zwracał się per »pan/pani«. Nie czułam się komfortowo, ale starałam się nie zwracać na to uwagi. W lutym prawie połowa wydziału pojechała na konferencję naukową. Profesor dosiadał się do mnie, zajmował mi miejsce w czasie kolacji, chciał ze mną wracać samochodem. Nie miałam jak uciec. Wykładowcy patrzyli na mnie wymownie, jakbym to ja zachowywała się względem profesora niestosownie. Czułam, że oni myślą, że ja chcę wejść z tym człowiekiem w romans. Wygłaszałam referat, poszło mi źle, nie potrafiłam odpowiedzieć na pytania. Jakiś czas później poprosił, żebym została po zajęciach. »Zaczekaj na mnie« – powiedziałam koleżance. Przyciągnął mnie do ściany, włożył mi język do gardła. Zrezygnowałam ze studiów. Jak to możliwe, że to dzieje się od 30 lat? Że to się dzieje wciąż?”.

Rektor zawiadomił prokuraturę

Kilka spośród kobiet zarzucających prof. Markowskiemu molestowanie nie skończyło swoich prac doktorskich. Niektóre przyznają, że są po wieloletniej terapii, inne w trakcie leczenia. Część dzieli się wątpliwościami: obwiniają siebie, obawiają się reakcji środowiska i tego, czy ktoś im uwierzy.

17 stycznia 2022 r. opinię Komisji dostaje rektor uniwersytetu, prof. Alojzy Nowak.

Anna Modzelewska, rzecznika prasowa Uniwersytetu Warszawskiego, potwierdziła, że sprawę profesora prowadziła Komisja Rektorska ds. Przeciwdziałania Dyskryminacji, która uznała złożoną przez kobiety skargę za wiarygodną.

Dwa dni po doniesieniach medialnych, 23 marca, rzeczniczka UW poinformowała, że prof. Alojzy Nowak, rektor UW, złożył zawiadomienie do prokuratury o możliwości popełnienia przestępstwa.

Oświadczenie prof. Andrzeja Markowskiego

„(…) swoje stanowisko w sprawie opinii tej komisji przedstawiłem w dwunastostronicowym  opracowaniu jedynie rektorowi i dziekanowi wydziału. Nie uzyskałem od nich żadnej odpowiedzi. Należy podkreślić, że »Komisja Rektorska ds. Przeciwdziałania Dyskryminacji na UW« nie sporządza obiektywnych raportów, lecz jedynie przesyła rektorowi swoją opinię na temat rozpatrywanej sprawy; nie jest ani komisją dyscyplinarną, sądem, ani gronem biegłych” – pisze prof. Andrzej Markowski w swoim oświadczeniu.

Profesor przyznaje także: „zostałem nakłoniony do złożenia wymówienia w grudniu 2021, nie tylko MIESIĄC PRZED WYDANIEM OPINII komisji, ale nawet PRZED wezwaniem mnie do przesłuchania przez komisję (zlekceważono zasadę prawa, audiatur et altera pars)! Wskutek wymówienia NATYCHMIAST odsunięto mnie od zajęć ze studentami. Takie postępowanie mojego byłego pracodawcy uniemożliwiło mi poznanie zarzutów zawartych w skardze i konkretne odniesienie się do nich. Rozwiązanie umowy nastąpiło z dniem 31 marca wyłącznie ze względu na to, że zgodnie z prawem może być ona rozwiązana tylko z końcem semestru. Nie istnieje możliwość, by osoby mnie skarżące nie wiedziały o odsunięciu mnie od pracy już w grudniu. Poinformowanie gazet nie stanowiło więc formy nacisku na opieszały uniwersytet, lecz środek dalszego i szerszego szkalowania mnie”.

To oznacza, że profesor nie został zwolniony dyscyplinarnie. Zwracała na to uwagę 21 marca w reportażu „Językoznawca” reprezentująca grupę kobiet mecenas Karolina Kędziora, prezeska zarządu Polskiego Towarzystwa Prawa Antydyskryminacyjnego: „Prof. Alojzy Nowak, rektor UW, otrzymał opinię komisji ponad dwa miesiące temu. Opinia ta potwierdziła wiarygodność zarzutów molestowania seksualnego, które grupa kobiet skierowała przeciwko profesorowi [imię i nazwisko] – mówiła. – Jego czyny zostały nazwane molestowaniem, opisany został mechanizm działania, którego elementem było wykorzystywanie stanu psychicznego poszkodowanych. Wiemy, że profesor używał swojej władzy, która wynikała ze sprawowanych przez niego licznych funkcji, by stosować przemoc seksualną wobec kobiet. Od ponad dwóch miesięcy nie mamy żadnej informacji, by rektor podjął jakiekolwiek działania w tej sprawie. Ciężkie naruszenie obowiązków pracowniczych, które komisja udowodniła profesorowi, są podstawą do zaprzestania stosunku pracy. Profesor, z tego, co wiemy, wciąż jest pracownikiem UW”.

Ten wątek poruszamy także w rozmowie z prof. Zbigniewem Greniem, dziekanem Wydziału Polonistyki UW, która ukazuje się w „Tygodniku Powszechnym” 4 kwietnia.

Pytam w niej dziekana: „Wniosek trafia do Komisji 10 września 2021 r. W październiku zaczyna się nowy rok akademicki, a profesor dalej prowadzi zajęcia. Studentka jest więc codziennie narażona na kontakt z nim. Dlaczego profesor nie został odsunięty od zajęć?”.

Prof. Zbigniew Greń odpowiada: „Jako dziekan nie mogłem tego zrobić, gdyż o sprawach związanych z zatrudnieniem pracowników akademickich decyduje rektor, poza tym cały czas trwały prace Komisji. Interweniowałem jednak u rektora, by możliwie jak najszybciej odsunąć profesora od zajęć”.

Prof. Markowski w swoim oświadczeniu pisze: „Od połowy ub. roku toczy się bezpardonowa, pozbawiona zasad prawa, kłamliwa nagonka na mnie, poprzedzona nachalnymi próbami pozyskiwania od osób ze mną związanych, informacji, które mogłyby przedstawić mnie w złym świetle. Oświadczam, że nie jestem i nigdy nie byłem »drapieżcą seksualnym«, jak mnie określono w paszkwilu w »Tygodniku Powszechnym«, a narracja zbudowana na mój temat jest z gruntu fałszywa. Oświadczam, że NIGDY nie dopuszczałem się aktów przemocy seksualnej. Chce się zniszczyć, w sposób szczególnie wyrachowany, mój budowany przez ponad 50 lat wizerunek naukowca i rzetelnego, uczciwego człowieka oraz zdezawuować mój dorobek naukowy i popularnonaukowy. Wykorzystanie w tym celu zarzutów tak poważnych i obrzydliwych stanowi w mojej ocenie policzek dla wszystkich osób, które rzeczywiście doświadczyły przemocy. Nade mną dokonano sądu kapturowego i spowodowano utratę pracy oraz członkostwa w instytucjach pozauniwersyteckich.  To widocznie nie wystarcza, chce się mnie pozbawić dobrego imienia, honoru, a może i czegoś więcej”.

I dalej: „Pomawiając mnie, nie tylko nie stosuje się jednej z podstawowych zasad prawnych, czyli domniemania niewinności, ale także DO TEJ CHWILI NIKT nie przedstawił mi treści złożonej na mnie skargi, uniemożliwiając mi jakąkolwiek obronę. W liście do społeczności wydziału stwierdza się, że »w żadnym momencie władze dziekańskie nie podważały wiarygodności zeznań Studentek«. Obecne wypowiedzi władz uczelni i wydziału podyktowane są nie chęcią poznania prawdy i wymierzenia sprawiedliwości, ale strachem o własny wizerunek i stołki. Tymczasem DO CHWILI OBECNEJ NIE WSZCZĘTO WOBEC MNIE ANI POSTĘPOWANIA DYSCYPLINARNEGO, ANI KARNEGO. Nikt, nigdzie nie przedstawił DOWODÓW mojego nieetycznego postępowania, są jedynie zeznania oskarżających mnie osób. Mnie się o zdanie nie pyta, a moje wyjaśnienia składane do komisji, rektora i dziekana nie były i nie są brane pod uwagę”.

Prof. Markowski odniósł się także do artykułów prasowych: „Prasa kieruje się tanią sensacją, a dziennikarze chęcią lansowania się. Autorzy artykułów nie byli zainteresowani weryfikacją kierowanych wobec mnie oskarżeń; gdyby takie poczynili, dowiedzieliby się np. o stanie mojego zdrowia w okresach objętych zarzutami. Argument, że kierują się dobrem społecznym, jest chybiony: nie służy dobru społecznemu rozpowszechnianie kłamstw i manipulacji, co bez trudu udowodnię w prokuraturze” – stwierdza w oświadczeniu.

Profesor nie odpowiedział na nasze kilkukrotnie podejmowane przed publikacją reportażu próby kontaktu telefonicznego, SMS-owego i mailowego w opisywanej sprawie.

Z opinii komisji wynika, że profesor zna stawiane mu zarzuty, nie przyznał się do części z nich, a niektóre uznał za wyraz „troski” i „sympatii” wobec swoich studentek i doktorantek.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Anna Goc, fot. Grażyna Makara
Dziennikarka i redaktorka „Tygodnika Powszechnego”. Doktorantka na Wydziale Polonistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego. Do 2012 r. dziennikarka krakowskiej redakcji „Gazety Wyborczej”....

Napisz do nas

Chcesz podzielić się przemyśleniami, do których zainspirował Cię artykuł, zainteresować nas ważną sprawą lub opowiedzieć swoją historię? Napisz do redakcji na adres redakcja@tygodnikpowszechny.pl . Wiele listów publikujemy na łamach papierowego wydania oraz w serwisie internetowym, a dzięki niejednemu sygnałowi od Czytelników powstały ważne tematy dziennikarskie.

Obserwuj nasze profile społecznościowe i angażuj się w dyskusje: na Facebooku, Twitterze, Instagramie, YouTube. Zapraszamy!

Newsletter

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]