Po pierwszej turze wyborów kandydaci przeliczali procenty na osoby. Słusznie, bo nawet skromne 0,2 czy 0,3 procent, nie mówiąc o 14 proc., przekładało się na wcale pokaźne liczby. Mnie najbardziej zainteresowało 45,6 proc. z 30 453 805, czyli ci, którzy nie poszli do głosowania. Bo co z tego, że frekwencja w pierwszej turze była większa niż w pierwszej turze roku 2005, jeśli niemal połowa Polaków nie wzięła udziału w tym naszym święcie demokracji?
Do udziału w wyborach wzywał Kościół, zachęcali politycy, zachęcały media. Tyle powiedziano, że trudno przypuszczać, by blisko połowa uprawnionych, a dokładnie 13 886 935 Polaków nie wiedziało, o co chodzi. Dlaczego nie poszli? Janusz Korwin-Mikke wyjaśnił: nie głosował, bo na konkurentów nie chciał, a na siebie nie mógł; uważa, że na siebie głosować nie wypada.
Ale inni? Co ich powstrzymało? Grypa? Koklusz? Zapalenie korzonków nerwowych? Zwykłe lenistwo? Nie ma się co łudzić. Absencja większości z nich niewątpliwie była umotywowana. Pozostaje otwarte pytanie: umotywowana czym?
Mój skromny sondaż sugeruje następujące odpowiedzi. Nie poszli, bo nie wierzą, że wybór Iksa czy Igreka będzie miał jakikolwiek wpływ na ich życie i położenie. Mówią: tyle było już wyborów, tyle było wyborczych obietnic, a mój status ani trochę się nie zmienił na lepsze. Wciąż kiepskie zarobki (chodzi o budżetówkę), kiepskie emerytury, coraz większe wymagania, coraz trudniej. Nasz los, los takich ludzi jak my, nie obchodzi żadnego prezydenta.
Mówią inni: nie chcę głosować na kogoś, do kogo nie mam zaufania. Z żadnym z dziesiątki kandydatów się nie identyfikuję. Nie przemawia do mnie ani katolicyzm Jarosława Kaczyńskiego, ani liberalizm Bronisława Komorowskiego, nie dowierzam lewicy, bo pamiętam czasy PRL-u, a nowoczesność z gejowskimi małżeństwami mnie nie pociąga i nie chcę, by z moich podatków pokrywano koszta wszystkich zabiegów in vitro. Bawcie się beze mnie. I tak kogoś wybierzecie, ja w tym nie mam zamiaru brać udziału.
Jeszcze inni, widząc dwóch wiodących w wyścigu, nie idą głosować, bo wiedzą, że nawet z ich głosem inny kandydat nie ma żadnej szansy. Wreszcie są i tacy, których po prostu to, kto będzie prezydentem, jak będzie funkcjonował ich kraj, nie obchodzi. Żyją w świecie własnych spraw, własnych interesów, obecni-nieobecni członkowie wspólnoty narodowej.
Mało kto dziś pamięta, że były czasy wymuszonego i kontrolowanego udziału w wyborach. Wtedy odhaczenie na liście obecności w lokalu wyborczym mogło mieć poważne reperkusje w miejscu pracy, odbić się na karierze zawodowej (albo i partyjnej) i w ogóle na sytuacji życiowej. Dzisiaj jest to wolna decyzja, swobodny wybór, praktyczne ćwiczenie z demokracji.
Dlatego warto, żeby "wybrany przez naród" prezydent wiedział, iż nawet jeśli zdobędzie 100 procent głosów, będą to jedynie głosy uczestniczących w wyborach, nie zaś całego narodu. Blisko połowa ani na niego nie głosowała, ani tego wyboru nie pragnęła.
Chociaż wielu z nas ma obraz wymarzonego pana prezydenta, to prezydentem zostanie albo Bronisław Komorowski, albo Jarosław Kaczyński, i skutki tego prędzej czy później dosięgną zarówno tego, kto był za, jak i tego, kto był przeciw, a także tego, który nie głosował. Do czego służy prezydent - wyjaśnia w tym numerze Zdzisław Najder. Nie jest to bynajmniej tylko sprawa żyrandoli. Sprawa jest poważna. Słusznie zaraz po zakończeniu pierwszej tury wyborczej powiedział Jarosław Kaczyński, że koncepcje dobra Polski i dobra Polaków są u obu kandydatów zdecydowanie różne. Przed nami wielka debata na temat wizji przyszłości, a potem już tylko 4 lipca. Czy znowu 13 886 935 Polaków stwierdzi, że ich to nie dotyczy albo nie interesuje?
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

















