Milion. Tylu ich jest. Może nieco więcej. Tylu ludzi, według departamentu statystyki obwodu charkowskiego, żyje dziś w Charkowie. Mieście, które od frontu dzieli 20 km. Rakieta balistyczna, wystrzelona z Rosji, dolatuje tu w kilkadziesiąt sekund. Rakiet balistycznych krótkiego zasięgu Rosja ma dużo – właśnie otrzymała ich dostawy z Iranu.
Przez ostatnie dwa i pół roku ta liczba się zmieniała, dynamicznie. Przed 24 lutego 2022 r. żyło tu półtora miliona – Charków był drugim największym miastem kraju, po Kijowie. Wiosną 2022 r. zostało ich może 400 tysięcy – wprawdzie Rosjanie zostali zatrzymani pod miastem, ale znalazło się ono pod ostrzałem. Niektóre dzielnice, jak Sałtiwka (symbol-ikona zniszczeń), opustoszały.
We wrześniu 2022 r. armia ukraińska wyzwoliła cały region charkowski, odrzucając Rosjan na północy poza granicę, a na wschodzie za rzekę Oskoł. Ulżyło miastu, choć nie zapewniło mu zupełnego spokoju. Nie było już w zasięgu artylerii, lecz rakiety co jakiś czas spadały. Mimo to ludzie wracali, nawet do miast obwodu donieckiego. Zdawało się, że wojna stała się pozycyjna, statyczna. Wiosną 2024 r. w Charkowie żyło więc znów ponad milion ludzi, w tym 170 tys. uciekinierów (głównie z obwodów donieckiego i ługańskiego).
Potem był maj 2024 r. i nowy rosyjski atak od północy. Wprawdzie znów zatrzymany. Ale odtąd Charków znalazł się znowu na bezpośrednim zapleczu frontu. Odtąd rakiety i teraz także bomby lotnicze, kierowane, spadają regularnie.
Wrzesień: szkoła w podziemiach charkowskiego metra
Zaczął się 1 września, jak wszędzie. Wraz z nowym rokiem szkolnym naukę rozpoczęło ok. 56 tys. przebywających w mieście dzieci. Ogromna większość zdalnie. Inaczej byłoby to niebezpieczne, 120 ze 184 szkół jest mniej lub bardziej uszkodzonych przez ostrzały (stan na początek września). Trochę ponad dwa tysiące przychodzi do szkoły – do tzw. metro-szkoły, w podziemnych stacjach metra.
Wojna odebrała za to miastu studencki charakter. Wcześniej Charków był jednym z głównych ośrodków kultury i edukacji w kraju; był popularny także wśród zagranicznych studentów.
Można by powiedzieć, że studentów zastąpili żołnierze: Charków jest jednym z najważniejszych punktów logistycznych – i dla frontu północnego, i dla tego w Donbasie. Mimo to żołnierzy w mieście nie widać. Od kilku miesięcy obowiązuje zakaz noszenia munduru – ze względów bezpieczeństwa. Ma utrudnić lokalizowanie obiektów wojskowych i kwater – także miejscowym kolaborantom.

Sierpień: w Charkowie chwila (niezwykłego) spokoju
Centrum Charkowa tchnie od kilku dni spokojem. W powietrzu wisi jakby lekkie zdziwienie tą ciszą. Zazwyczaj przerwy między ostrzałami wynoszą parę dni. Czasem ataki mają miejsce kilka dni pod rząd. A teraz – nic. Przechodnie wystawiają twarze do słońca, knajpki są pełne.
Modne tutejsze kawiarnie wyposażone zostały na miejscową modłę. „Pakufuda”, przytulna i z regałem wypełnionym do sufitu grami-planszówkami, ma swój starlink i trzy generatory. Dzięki temu jest popularna jako miejsce pracy w czasie, gdy firmy energetyczne odcinają prąd. Gdy wyje syrena alarmu przeciwlotniczego, goście proszeni są do salki położonej w głębi lokalu, z dala od wielkich okien. W razie eksplozji te mogą zamienić się w grad ostrych odłamków.
W „Makers”, na ulicy Hryhoryja Skoworody (wcześniej Puszkina), piękne łukowate okna zasłonięto paździerzem – wszechobecnym i naklejanym jak plaster na zadrapania wszędzie tam, gdzie podmuch eksplozji wybił okna. To ślady zimowego jeszcze nalotu. Wtedy, w trakcie trwającej w pobliżu akcji ratunkowej, personel kawiarni serwował darmową kawę dla służb ratunkowych.

Płyta paździerzowa: wojenne płótno charkowskich artystów
Za część wystroju odpowiada przyjaciel kawiarni, Hamlet Zinkowski. W wejściu klientów witają krzesła podpisane charakterystycznymi białymi literami: „Za plecami kosmos, z przodu – wieczność… Żadnych perspektyw”. Hamlet, częsty gość, wpada szybko po kawę, ubrany z uliczną ekstrawagancją, jak na ikonę charkowskiego street artu przystało, z gładko ogoloną głową i kolczykami. Jego prace, czarno-białe graffiti, wpisane są w śródmiejskie bramy, fasady i ślady po pociskach na chodniku. Niby mapa prowadzą bocznymi ulicami.
Na Sumskiej, głównej ulicy miasta, niepodzielnie rządzą prace Kateriny Kowszar i Kariny Żernowej: giętkie motywy roślinne i rajskie ptaki kipią kolorami. Wylewają się poza ramy paździerzy, wstawionych w witryny lokali. Od początku inwazji wszechobecna płyta paździerzowa stała się płótnem dla miejskich artystów.
W ścisłym centrum mało która z płyt nie jest zagospodarowana, na większości rozpościerają skrzydła ptaki Żernowej. Albo: czarną farbą wypisane są, przez Dianę, młodą charkowiankę, wiersze któregoś ze współczesnych poetów wojennych. Jest więc Maksym „Dali” Krywcow, poległy z początkiem roku. Jest Wiktoria Amelina, zmarła od ran odniesionych w Kramatorsku, podczas ataku rakietowego na pizzerię.
Jest galeria, jest młodzież, jest życie w Charkowie
Jeśli i oni są, to przecież musi być (prawie) normalnie. Świadkowie Jechowy w schludnych garsonkach i spodniach w kancik okupują wejścia do stacji metra Architekta Biekietowa. Krisznowcy rozdają ulotki przed parkiem Szewczenki i mantrują, w zgrabnym orszaku, wzdłuż Sumskiej.
Młodzież zaś, widoczna w całym mieście, kolorowa jak rajskie ptaki Żernowej, najgęściej obsiada fontannę przed galerią handlową Nikolsky. Galeria kłuje w oczy kolumnadą i opalizującymi ścianami jak kryształowy okruch, który wpadł pod powiekę.
Kontrastem dla kolumnady jest „wujek Grisza”. Grigorij Janczenko, weteran, objeżdża Ukrainę, kwestując na rzecz wojska przed galeriami handlowymi. Wśród ekscentrycznego tłumku widoczny jest z daleka, z racji utraty obu nóg porusza się na wózku. Odziany w charakterystyczną tielniaszkę, pasiasty podkoszulek żołnierzy, a także bordowy beret wojsk desantowych.
Spod galerii płynie zaś strumień stylizacji właściwych subkulturom, jakie nie śniły się filozofom, błyska brokat na młodych twarzach. Widać opalone łydki gęsto oblepione wzorami, bo ponoć w Charkowie można trafić na najlepszych mistrzów tatuażu. Mieszają się stylizacje jak z nowojorskich ulic na przemian z paramilitarną odzieżą, biodrówkami pełnymi naszywek.
I dyndającymi turnikietami, opaskami tamującymi krwawienie po zranieniu. Te są niczym ukłucie szpilki. Przypominają, że chodnik nagle może pokryć się krwią.

Jest prąd, są światełka
Zmierzcha, ale Charków nie idzie spać. Nie dzisiaj. W ten piątek 23 sierpnia, w wigilię ukraińskiego Dnia Niepodległości, przypadają 370. urodziny miasta.
Przed monumentalnym budynkiem Derżpromu – pierwszego wieżowca w Związku Sowieckim, który zbudowano właśnie tutaj, w 1928 r. – uruchomiona zostaje wielka fontanna. Jak żabki skaczą po niej charkowskie dzieciaki, z piskiem uciekają przed strugami wody.
Na Sumskiej zaś, wraz ze zmierzchem, sadowi się kapela. Nad ulicą włączono światełka, całe ich sznury kołyszą się, oblewają miodową poświatą chodnik i twarze ludzi. Wszyscy robią zdjęcia, piesi i kierowcy, którzy specjalnie zwalniają, ale nikt się nie denerwuje. Klaksony słychać, ale przy okazji braw między piosenkami.
Lecą ukochane przez Ukraińców szlagiery grupy Okean Elzy, „Czerwona Ruta” albo rapowy kawałek „Fajna” Skofki. Tłum rośnie, wdycha ciepły, cieplutki wieczór. Ludzie świętują urodziny miasta i kolejny tydzień bez nalotów, które ustały jakby przy okazji tego, że rosyjskie siły skupione są na powstrzymywaniu ukraińskiej ofensywy na terytorium Rosji. Święto z okazji tego, że można zapomnieć o niebezpieczeństwie gromadzenia się. Bo przecież gromadzić się nie można. Rakieta wystrzelona z obwodu biełgorodzkiego na Sumską będzie lecieć minutę. Ale nie dziś.
Światełka gasną, planowo. Kilkuset charkowian daje upust emocjom: „Putin chujło!”.
Trzy minuty przed dwudziestą trzecią, gdy zaczyna się godzina policyjna, wszystko rozpływa się nagle w powietrzu. Parę ostatnich okrzyków, ostatnie mrugnięcia ulicznych lamp i miasto pogrąża się w milczącym mroku nocy. Nocą uliczne oświetlenie się wyłącza, dla oszczędności.

„Rakieta leci na Charków”
Rankiem następnego dnia oczy jeszcze się kleją po szampańskiej ulicznej uroczystości, gdy pika telefon. To charkowski kanał na Telegramie. Potem pika już nieustannie.
8.02: Tramwaje numer 8 i 27 zmieniają trasę w dniach 26-30 sierpnia ze względu na remont torów. Zobacz tymczasowy rozkład jazdy.
8.04: wybuch w Charkowie.
8.06: jeszcze jeden wybuch w Charkowie.
8.06: trzeci wybuch.
8.08: siły powietrzne ostrzegają, rakieta leci na Charków.
8.08: nowa seria wybuchów w Charkowie.
Kończy się sierpień i kończy się urlop od huku, który rozrywa błonę bębenkową. Wracamy do rzeczywistości. Następne dni każą zapomnieć o tym, że istnieje coś takiego jak przerwa od nalotów.
Poczucie bezpieczeństwa w Charkowie
30 sierpnia, popołudnie. Miasto aż trzęsie się od wybuchów kierowanych bomb lotniczych. Taka bomba zrzucana jest z samolotu nawet z odległości 70 km, jeszcze znad Rosji. Potem spada, swobodnie, na cel. Dziś: koło placu zabaw. Pięcioro zabitych, setka rannych. Wśród zabitych 14-latka. Internet obiega zdjęcie chudego dziewczęcego ciała bez głowy, które wciąż siedzi na parkowej ławce.
Tego dnia zginie również 18-letnia Nika Kożuszko. Charkowski pisarz i żołnierz Serhij Żadan, jej znajomy, pisze potem, że niedługo przed śmiercią wysłała mu swój ostatni rysunek. Nika była związana z charkowskim środowiskiem artystycznym. Poprzedniego dnia uczestniczyła w otwarciu wystawy w Yermilov Centre, jednej z nielicznych otwartych tu galerii sztuki. Przyjaciele Niki publikują filmik, na którym Nika skacze na małej trampolinie będącej częścią ekspozycji.
Wystawa „Sense of safety” (Poczucie bezpieczeństwa) powstała w odpowiedzi na stan ducha charkowian, rozedrgany, bezustannie niepokojony, a jednak przekorny, szukający przestrzeni normalności, własnej strefy komfortu, aby nie oszaleć. Nie ma tu ekspozycji ociekającej krwią, nie ma drastycznych obrazów. Jest delikatność i medytacyjny głos, który instruuje, jak spokojnie oddychać. Jak poczuć się bezpiecznie, jak odzyskać równowagę.
Organizatorzy tłumaczą, że u podstaw ich projektu leży historia: na początku inwazji Yermilov Centre służyło tutejszej wspólnocie artystycznej za schron przeciwlotniczy, nie zaprzestając jednocześnie działalności.
Nasze codzienne zwycięstwo
Także dom kultury Art Area schowany jest w bezpiecznej piwnicy. Także on jest otwarty.
– Uderzenie mniejszej bomby lotniczej powinny wytrzymać – scenicznym szeptem ocenia ktoś na widowni. Odruchowo rozglądamy się po betonowych ścianach.
Gaśnie światło, gdzieś miga charakterystyczna łysina. Dziś premiera filmu „Uwaga, życie toczy się dalej”. To dokument o Hamlecie Zinkowskim, który po wyzwoleniu Charkowszczyzny ruszył do zniszczonego miasta Izjum, by tam tworzyć.
Przed projekcją prowadzący proszą o minutę ciszy. Pokaz odbywa się kilka godzin po ostatnim nalocie, który zabił kolejnych kilku mieszkańców. Następnego dnia, jak zawsze w Charkowie po każdym śmiertelnym ataku, ogłoszona zostanie żałoba, a ogromna flaga państwowa powiewająca na maszcie w śródmieściu – opuszczona do jego połowy.
– Dzisiejsze spotkanie to nasza codzienna troska o zdrowie psychiczne, nasze codzienne bycie ze swoimi – mówi prowadząca wieczór. – Naszym zwycięstwem nie musi być żadne dojście do Kremla, tylko nasze codzienne zwycięstwo nad swoim strachem.
Zebrani w Art Area zdecydowanie hołdują poglądowi, że wojna nie powinna ograniczać wydarzeń służących i kulturze, i rozrywce. A nawet że powinno się je promować. Często łącząc z wolontariatem na rzecz armii.

Nadzieja, dusza Charkowa
Nadieżda pojawia się na Sumskiej jak piękny duch – chwilę po tym, jak nad głowami przechodniów rozniósł się huk wybuchów. Wiosną zobaczyłam ją po raz pierwszy w śródmieściu, również w takich okolicznościach. Spojrzała wówczas na niebo i nieco rozkojarzonym głosem zapytała: „Kto tak strzela, na Boga, nasi czy oni?! Eh, drogie dziecko, przyjdzie czas, kiedy będziemy znowu śpiewać pełną piersią. Będziemy śpiewać, bo przyszedł koniec wojny”.
Nadieżda jest estradową wokalistką lokalnej grupy. Zawsze ubrana z cygańską fantazją, w wymyślną suknię i z mnóstwem dodatków – istny rajski ptak, który sfrunął z paździerzowych płócien.
Huk wybuchów milknie. Wyją syreny karetek, pędzących na miejsce „przylotów”. Nadieżda przegląda się w witrynie. Tak mogłaby wyglądać dusza tego miasta, gdyby nagle się zmaterializowała.
Mobilna kotłownia zamiast elektrowni
Wtorek, 10 września. Premier Denis Szmyhal podaje, że elektrownia, która zaopatrywała w prąd Charków i jego okolice, została definitywnie zniszczona. Szmyhal zapowiada, że miasto otrzyma od rządu mobilne kotłownie o mocy jednego megawata; mają być jakim takim remedium na naloty, wymierzone w infrastrukturę energetyczną. Nie tylko w Charkowie.
Za oknem jesień. Myśl biegnie w stronę zimy.
Tekst powstał dzięki wsparciu Fundacji Współpracy Polsko-Niemieckiej.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















