Jedną z pierwszych decyzji, jakie po zakupie Twittera podjął Elon Musk, było zniesienie tam wszelkiej „cenzury”. A dokładniej rzecz ujmując: zwolnienie ludzi, którzy zajmowali się filtrowaniem treści i weryfikacją faktów. Nie stało za tym jednak wyłącznie wolnorynkowe przekonanie, że to sami użytkownicy wszystko sobie we własnym zakresie najlepiej uregulują. Stało za tym coś więcej, mianowicie: opowieść o radykalnie skorumpowanych, kłamliwych i niewiarygodnych „mediach głównego nurtu”. Przesiąkniętych polityką, kumoterstwem, dyndających na pasku wielkich korporacji – zwłaszcza, jak wiadomo, farmaceutycznych.
Cóż, jest w tym oczywiście okruch prawdy. Świat mediów konwencjonalnych, by tak rzec – oficjalnych, kruszeje co najmniej od czasu kryzysu finansowego 2008 r. i wielkiej cyfrowej rewolucji, która też mniej więcej wtedy się rozpoczęła. Uwikłania polityczne, propaganda udająca obiektywizm, nakręcanie panik moralnych, zależność od wielkiego kapitału – to niektóre jego przywary. Ale któż nie ma żadnych? W wydaniu Muska – i wielu innych antysystemowych autorów – przywary te wypełniają wszakże całość krajobrazu, urastając do rangi jakiejś wielkiej, zaplanowanej mistyfikacji. Założenie jest tutaj takie, że ktoś świadomie, strukturalnie ukrywa przed ludźmi prawdę – podając im w zamian ogłupiającą papkę – a w tle uskutecznia swoje malwersacje. Po to więc właśnie Musk „uwolnił” Twittera (przy okazji zmieniając jego nazwę na „X”), żeby stworzyć przestrzeń, w której, dla powszechnego dobra, będą działały reguły nieskrępowanej wymiany informacji.
Czy faktycznie działają? Otóż nie jest, jak przypuszczam, żadnym zaskoczeniem, że zamiast bezkompromisowego, niezależnego dziennikarstwa mamy tam teraz wysyp najdziwaczniejszych bzdur, nienawiści, pomówień, kłamstw i wymysłów. Nie jest to zaskoczeniem, wszędzie bowiem, gdzie nie funkcjonują mechanizmy filtrowania, gdzie nie ma procedur świadomego, podporządkowanego jakiemuś systemowi wartości odsączania ewidentnych jadów i fantazmatów od przekazów rzetelnych i sprawdzonych – dzieje się to samo. Najświeższym – i bardzo pouczającym – przykładem jest historia portalu 4chan.org, który stał się kilka lat temu rozsadnikiem teorii spiskowych głoszonych przez niejakiego „Q”. Ale nie tylko przez niego. Niepoddani żadnym ograniczeniom użytkownicy 4chan propagowali wszelkie możliwe perwersje i drastyczności. Słowem, wszystkiego tam było pod dostatkiem, tylko nie niezależnych, zweryfikowanych, niechby i „niewygodnych dla mainstreamu”, prawd.
Dzisiaj, po dwóch latach od momentu przejęcia przez Muska, podobnie wygląda platforma „X”. Oprócz teorii spiskowych, pornografii i agresywnych, nienawistnych postów, największą popularnością cieszą się tam filmy przedstawiające przerażające sceny wypadków, morderstw czy krwawych bijatyk. W większości amatorskie nagrania – ze smartfonów, kamer na ulicach czy w samochodach – na których ludziom albo zwierzętom dzieje się krzywda. Im potworniejsza, tym lepiej.
Zwrócił na to ostatnio uwagę Sam Harris – autor świetnego podkastu „Making sense”, niegdyś ważna postać „nowego ateizmu” – który, nawiasem mówiąc, dawno już konto na „X” zlikwidował. Przypomniał w tym kontekście krążący w latach 80. na kasetach VHS cykl filmów „Oblicza śmierci”. Dzieło to było kompilacją najstraszliwszych sposobów, w jakie człowiek może rozstać się z życiem, częściowo zainscenizowanych, częściowo autentycznych. Czy ktoś jeszcze – zwracam się do czytelników urodzonych w stosownych latach – pamięta tę makabrę? Otóż platforma „X” przypomina dziś właśnie filmy z tego cyklu. Różnica polega tylko na tym, że w latach 80. dostęp do nich był ograniczony. Jedna kaseta wędrowała po wielu domach, oglądało się to na kiepskim telewizorze, w fatalnych kopiach – choć i tak z poczuciem, że się przekracza jakieś bariery, jakieś tabu. Tymczasem teraz jest zupełnie inaczej. Rzeki, morza, oceany makabry wylewają się z tabletów i smartfonów. Wszystko jest na widoku, wszystko jest dostępne, pod ręką, w jakości HD. A zatem powszednieje, blaknie, obojętnieje. Staje się elementem tła. Sądzić, że nie przekłada się to na naszą codzienną wrażliwość, że pozostaje bez wpływu zarówno na ludzi wchodzących dopiero w dorosłość, jak i tych już psychicznie ukształtowanych, to, jak sądzę, cechować się daleko posuniętą naiwnością.
A jest to przecież tylko jeden z przykładów, które ilustrują, że ów mit „samoregulacji”, niewidzialnej ręki rynku, wypierania treści bezwartościowych przez wartościowe, niefiltrowanego obiegu informacji, w którym sami użytkownicy zapewniają sobie najwyższą jakość – opiera się na fałszywych przesłankach. Widać to zwłaszcza w rzeczywistości wirtualnej, gdzie władzę sprawują niewidoczne algorytmy, a to znaczy: rozmaite agendy wpływu, polityczne stronnictwa, wielkie korporacje i służby specjalne.
Tak, dokładnie to chcę powiedzieć: przede wszystkim w owej „nieregulowanej przestrzeni” ich władza okazuje się praktycznie nieskończona.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

















