Mistrzostwa Polski w K2

Himalaizm zimowy, którego ukoronowaniem będzie wejście na niezdobyty o tej porze roku szczyt K2, stał się polską wizytówką – to prawda. Jak i to, że o tytuł „lodowych wojowników” polscy wspinacze od lat rywalizują głównie sami ze sobą.

17.10.2017

Czyta się kilka minut

Na szczyt K2 (8611 m n.p.m.) polscy wspinacze zamierzają wejść tzw. drogą baskijską (1), która na wysokości ok. 7800 m n.p.m. łączy się z drogą pierwszych zdobywców z 1954 roku (2). / ALIREZA TEIMOURY / ALAMY STOCK PHOTO / BEW
Na szczyt K2 (8611 m n.p.m.) polscy wspinacze zamierzają wejść tzw. drogą baskijską (1), która na wysokości ok. 7800 m n.p.m. łączy się z drogą pierwszych zdobywców z 1954 roku (2). / ALIREZA TEIMOURY / ALAMY STOCK PHOTO / BEW

Ostatni obóz stanie na tzw. Ramieniu, rozległym polu śnieżnym na wysokości ok. 7950 m n.p.m.

Zespół atakujący szczyt opuści namiot na długo przed wschodem słońca, by stromym zboczem dotrzeć do żlebu zwanego Szyjką Butelki, ponad którym rozpocznie ryzykowny trawers w lewo, pod wielkim lodowym serakiem. Wspinacze najpewniej zabezpieczą ten odcinek linami, które będą pomocne zwłaszcza w drodze powrotnej.

Jeśli tylko stoku ponad Szyjką Butelki nie skuje zbyt twardy lód, po przejściu trawersu do pokonania pozostaną strome pola śnieżne prowadzące na wierzchołek drugiego szczytu świata (8611 m n.p.m.). Od 31 lipca 1954 r., gdy jako pierwsi przeszli tędy Lino Lacedelli i Achille Compagnoni, na szczycie K2 zameldowało się już prawie 300 osób, ale wszyscy w sezonie letnim, który w Karakorum zaczyna się z końcem czerwca i trwa zwykle do połowy sierpnia. Zimą, jak dotąd, na stokach tej góry udało się dotrzeć jedynie do wysokości ok. 7600 m n.p.m.

Na tym brakującym kilometrze do szczytu skupia się teraz cała uwaga polskich himalaistów.

I w zasadzie wyłącznie polskich.

Mistrzowie cierpienia

„Jak wjechaliśmy na przełęcz Salang, to zobaczyłem jakieś druty pod nogami. Okazało się że to przewody telegraficzne. Na słupach zasypanych śniegiem po sam wierzchołek! (...) Słabo mi się zrobiło” – zanotuje po tej wyprawie Andrzej Zawada, jej pomysłodawca i lider.

29 grudnia 1972 r. Polacy ruszają w głąb Hindukuszu afgańskiego z zuchwałym planem pierwszego zimowego wejścia na najwyższy szczyt tego pasma, Noszak (7492 m n.p.m.). Nikt wcześniej nie próbował zdobywać najwyższych gór w kalendarzowej zimie, pomysł Polaków większości wspinaczy wydaje się zatem absurdalnie wręcz niewykonalny.

13 lutego 1973 r., pół godziny przed północą, na szczycie Noszaka stają jednak Andrzej Zawada i Tadeusz Piotrowski. Termometr pokazuje minus 48 stopni Celsjusza – bo w tym miejscu kończy mu się skala. Zawada szybko układa z kamieni napis „Winter 73” i na wpół zamarznięci alpiniści ruszają czym prędzej w dół. Trzy dni później są już bezpieczni w bazie, gdzie wyprawowy lekarz wycina Piotrowskiemu ze stóp odmrożone tkanki. To cena za udowodnienie, że sezon sportowy w górach wysokich nie musi się kończyć jesienią. I rzeczywiście – w kolejnych latach zima w Himalajach i Karakorum będzie należeć niemal wyłącznie do Polaków.

– Pierwszy raz wspinałem się w Nepalu 19 lat po zdobyciu ostatniego ośmiotysięcznika. Musieliśmy wykombinować w tych górach coś dla siebie i wymyśliliśmy himalaizm zimowy – uśmiecha się Krzysztof Wielicki, pierwszy człowiek, który stanął zimą na szczycie Everestu, Kanczendzongi i Lhotse. – Teraz do pokonania zostało już tylko K2.

W zespole, który w połowie grudnia wyruszy do Pakistanu, Wielicki jest kierownikiem, ale na szczyt już się nie wybiera. 5 stycznia będzie świętować w bazie 68. urodziny. – W składzie mamy jednak aż czterech wspinaczy, którzy zdobyli już tę górę latem, i trzech, którzy poza mną mają na koncie pierwsze zimowe wejście na ośmiotysięcznik – wylicza. – Nie powiem, że jestem pewny wyniku, bo to jednak K2, góra, która nawet latem otrząsa się czasem ze wspinaczy przez kilka lat z rzędu. Ale jeśli nie teraz, to kiedy? I kto, jeśli nie my?

Z trzynastu ośmiotysięczników, które dotychczas poddały się zimą, aż dziewięć zdobył zespół złożony wyłącznie z polskich wspinaczy. Na dziesiątym stanął tandem polsko-włoski, a zatem w czysto statystycznym ujęciu polska hegemonia zimowa w górach najwyższych nie podlega dyskusji. Wątpliwości pojawiają się dopiero wraz z próbą odpowiedzi na pytanie o jej źródła.

Z perspektywy czterech dekad wspinania w górach najwyższych, które zaowocowały Koroną Himalajów, Wielicki skłonny jest przypisywać ją czemuś, co można by nazwać polskim duchem przygody. No, może doprawionym szczyptą geopolityki. – Najpierw przez lata ćwiczyliśmy w Tatrach „sztukę cierpienia”, jak nazywaliśmy wspinanie zimą. A w góry wysokie trafiliśmy w głębokim PRL-u i mogliśmy siedzieć w nich nawet cztery miesiące bez przerwy, bo nie potrzebowaliśmy na czas wyprawy urlopu w pracy, jak koledzy z Zachodu. Tak dorobiliśmy się szerokiej kadry świetnych wspinaczy zimowych, zdolnych do realizacji celów, które dla innych były poza zasięgiem – twierdzi himalaista.

Mroźny margines

Czyżby? Świetny brytyjski alpinista, John Porter, w książce „Przeżyć dzień jak tygrys” kreśli barwny, niemal hippisowski obraz brytyjskiego środowiska alpinistycznego końca lat 70., w którym obok poważnych zawodowców takich jak Chris Bonington pojawiła się też wcale liczna grupa młodych wagabundów żyjących od wyprawy do wyprawy i rezydujących miesiącami w Alpach. Najwybitniejsi przedstawiciele tej awangardy – jak główny bohater cytowanej książki Alex MacIntyre oraz Dick Renshaw, Joe Tasker, Alan Rouse czy Peter Thexton – trafili w Himalaje dokładnie w tym samym czasie co Polacy (MacIntyre i sam Porter wspinali się nawet z polskimi kolegami). Mimo to – jeśli nie liczyć jednej próby ataku na Everest, podjętej na przełomie 1980 i 1981 r. przez zespół pod wodzą Rouse’a – himalaizm brytyjski zlekceważył ideę zimowego wspinania. Dla doskonałych wspinaczy z Albionu miarą wysokogórskiego wyczynu stały się nowe trudne drogi na niezdobytych ścianach, prowadzone bez dodatkowego tlenu, za to w ambitnym stylu bez stałych obozów i lin poręczowych.

LECH MAZURCZYK

 

Statystyki ruchu wspinaczkowego w górach wysokich, przygotowywane od dekad w Katmandu przez niezastąpioną kronikarkę Elizabeth Hawley, nie pozostawiają wątpliwości, że to nie Brytyjczycy stanowili tam wyjątek. To polska fascynacja himalajską zimą była – i nadal jest – wąskim marginesem tego sportu. Z danych zbieranych przez biuro Hawley wynika, że w latach 1970–2006 średnia liczba wspinaczy przebywających na wszystkich szczytach powyżej bazy oscylowała wokół 540 osób w sezonie wiosennym i ponad 600 jesienią (choć dla klimatu Himalajów właściwszym określeniem byłby sezon pomonsunowy). Zimą najwyższe góry świata przyciągały w tym samym czasie statystycznie po 20–30 osób rocznie. To rzuca inne światło na dominację Polaków we wspinaniu zimowym, w którym na 43 potwierdzone do tej pory wejścia zimowe na ośmiotysięcznik aż 22 są dziełem rodaków. Drugie miejsce zajmują w tej klasyfikacji Hiszpanie (9), kolejne Włosi – a raczej jeden Włoch, Simone Moro (4), za którym z dwoma wejściami plasuje się jego wspinaczkowy partner Denis Urubko z Kazachstanu, od niedawna mający też polskie obywatelstwo. Wygląda po prostu na to, że himalaizm zimowy stał się dyscypliną zdominowaną przez Polaków w dużym stopniu z braku konkurencji ze strony innych nacji.

W relacji z górą

Wojciech Kurtyka – jeden z najwybitniejszych wspinaczy wszech czasów, uhonorowany w zeszłym roku za całokształt działalności górskiej Nagrodą Złotego Czekana, czyli branżowym odpowiednikiem Nobla – odmawia rozmowy o zimowym wspinaniu w górach wysokich. – Nie widzę w tym właściwie alpinizmu, bo zimowe wejścia odbywają się niemal zawsze drogami pierwszych zdobywców, prowadzącymi najłatwiejszymi partiami. Przy dzisiejszym stanie umiejętności technicznych i przy obecnym zapleczu sprzętowym bliżej temu do turystyki wysokogórskiej. Koledzy znają jednak mój punkt widzenia, niech więc moje zdanie pozostanie głosem w dyskusji wewnątrz naszego środowiska.

Świat wspinaczy zawdzięcza Kurtyce wiele przełomowych przejść w górach Europy i Azji, a polski – dodatkowo skalę trudnościwspinaczkowych, którą opracował jeszcze na początku lat 70. na bazie tych używanych w innych krajach. Kurtyka próbował też stworzyć uniwersalną skalę trudności wspinaczkowych w górach najwyższych. – Brałem pod uwagę trzy kluczowe elementy stanowiące o randze wysokogórskiego wyczynu: trudności techniczne drogi, obiektywne niebezpieczeństwa związane z jej pokonaniem, takie jak zagrożenie lawinami czy czas przebywania w strefie śmierci powyżej 7500 m n.p.m., i wreszcie czynnik logistyczny – wylicza Kurtyka. – Inna jest przecież percepcja trudności technicznych i pozostałych zagrożeń w wieloosobowej wyprawie wyposażonej w telefony satelitarne, a inna w przypadku dwójki wspinaczy, którzy z premedytacją zrywają kontakt ze światem.

Warunków meteorologicznych, czyli tego, co w gruncie rzeczy decyduje o powodzeniu zimowych ataków na ośmiotysięczniki, Kurtyka, jak widać, nie wziął pod uwagę. – Moim zdaniem pogoda nie jest składową gry zwanej alpinizmem, w której chodzi o mentalną interakcję z górą, a nie o słanianie się pod huraganowym wiatrem.

Punkt widzenia Kurtyki nie jest oczywiście dogmatem, wielu alpinistów zdaje się go jednak podzielać w mniejszym lub większym stopniu. Jest wśród nich nawet Janusz Gołąb, kierownik sportowy… tegorocznej wyprawy na K2.

– Himalaizm zimowy nie mieści się dla mnie nawet w kategoriach sportu. Dostawałem kilkakrotnie propozycje wypraw zimowych i odrzucałem je, ponieważ miałem swoje projekty, wspinałem się na niższe szczyty, w małych zespołach, bez lin poręczowych, stałych obozów, tak jak robi się to w Alpach – mówił niedawno Gołąb w wywiadzie dla Onetu. – Ta wyprawa ma jednak rangę historyczną.

To, co dla jednego jest zaletą, innych odrzuca. Wśród zaproszonych do składu ruszającego pod K2 był początkowo świetny polski skialpinista Andrzej Bargiel. Był, bo odmówił.

– Polski himalaizm jest dla mnie sztucznie heroiczny, męczeński. Nie ma w nim radości, pasji, tylko walka o przetrwanie. Ja wolę inny styl – zapewnia.

Dla pełnej jasności Bargiel woli jednak podkreślić swój szacunek dla przedstawicieli złotej ery polskiego himalaizmu. – Na tamte czasy robili niesamowite rzeczy. Ale przez te lata wiele się zmieniło. Jest inny sprzęt, inna technologia, inny poziom wiedzy o możliwościach ludzkiego ciała. I naprawdę, przy odpowiednim treningu, himalaiści nie muszą udawać herosów, a mogą za to dobrze się bawić.

Naród na gór szczycie

Tylko czy tak pojmowany himalaizm da się wciąż sprzedawać opinii publicznej, zwłaszcza owinięty w biało-czerwoną? Czy w dobie danych meteo dostępnych jednym kliknięciem w internecie można nadal karmić publikę np. sugestiami o blisko 60-stopniowym mrozie podczas ataku szczytowego i to w dodatku przeprowadzanego na dwa tygodnie przed końcem kalendarzowej zimy?

U części – trudno zgadnąć jak dużej – polskich wspinaczy i wielbicieli gór ten heroiczno-patriotyczny ton towarzyszący zimowemu wyścigowi na K2 coraz częściej wywołuje uśmieszki zakłopotania. Zwłaszcza od czasu, gdy przed kilkoma tygodniami Janusz Majer, szef programu Polski Himalaizm Zimowy, podlał go jeszcze lepkim sosikiem mizoginizmu, tłumacząc publicznie, że w składzie wyprawy zabrakło miejsca dla choćby jednej wspinającej się kobiety, bo „jedna dla dziesięciu chłopa to za mało”. Przeprosiny padły wprawdzie od razu, i od samego sprawcy zamieszania, i szefa Polskiego Związku Alpinizmu Piotra Pustelnika, ale mleko się już rozlało. Sądząc choćby po komentarzach w mediach społecznościowych, także tych dla wspinaczy, wektor społecznego zainteresowania zimowym himalaizmem z życzliwej akceptacji zaczyna skręcać w stronę lekkiego znużenia. Jaki sponsor postawi na taki projekt?

Krzysztof Wielicki zapewnia, że w narodowy bębenek nikt z członków wyprawy nie uderza z premedytacją. Samo wychodzi. Pieniądze na wyjazd pochodzą głównie z grantu Ministerstwa Sportu, w którym oceniano projekty mogące rozsławić imię Polski za granicą. A jak któryś z chłopaków wystąpi gdzieś jako mówca motywacyjny dla banku czy innej korporacji, słuchacze na bankiecie sami zasypują go potem pytaniami, kiedy w końcu Polska zdobędzie K2. – A przecież w ramach jednej narodowej wyprawy na K2, która z zewnątrz może przypominać niezorientowanym tę na Everest z sezonu 1979/1980, w rzeczywistości będzie działać kilka indywidualnych mini-wypraw z wybitnie sportowym nastawieniem. Bielecki, Gołąb, Urubko, Kaczkan – każdy z tych chłopaków jedzie tam przede wszystkim po to, żeby osobiście wejść na szczyt, a dopiero na drugim planie jako członek polskiej reprezentacji, która jako pierwsza może zdobyć zimą K2.

Co do stylu, Wielicki radzi więc uzbroić się w cierpliwość. Z faktami polemizować nie będzie, a na 12 z 13 pokonanych zimą ośmiotysięczników zdobywcy faktycznie weszli drogą pierwszych zdobywców. Z reguły najłatwiejszą, co nie znaczy, że przejście tamtędy jest formalnością. – Na zimowy Everest porwaliśmy się dlatego, że ktoś wcześniej latem udowodnił, że da się tam w ogóle wejść. Bardzo bym chciał, żeby drugie zimowe wejście na K2 odbyło się nową ambitną drogą – kwituje.

Kurtyka: – Czy himalaizm zimowy wyjdzie poza obecne dreptanie na szczyt drogami pierwszych zdobywców? Nie wiem, choć jest to już możliwe przy aktualnym poziomie umiejętności wspinaczkowych i przygotowaniu kondycyjnym najlepszych alpinistów. W gruncie rzeczy pyta pan nie o to, co wykonalne, lecz o to, co dla kolejnych pokoleń wspinaczy będzie stanowić atrakcyjne wyzwanie.

Wiele wskazuje zatem na to, że tegoroczna zimowa wyprawa na K2 może być ostatnią, która oficjalnie zwie się narodową – i choćby dlatego warto trzymać za nią kciuki. Na kolejne narodowi może już zabraknąć cierpliwości. ©℗

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Wybrane teksty dostępne przed wydaniem w kiosku
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Wybrane teksty dostępne przed wydaniem w kiosku
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]
Historyk starożytności, który od badań nad dziejami społeczno–gospodarczymi miast południa Italii przeszedł do studiów nad mechanizmami globalizacji. Interesuje się zwłaszcza relacjami ekonomicznymi tzw. Zachodu i Azji oraz wpływem globalizacji na życie… więcej

Artykuł pochodzi z numeru Nr 43/2017