Hollywood we władzy sztucznej inteligencji

Odpowiedzi na pytanie, jak wyglądałby film stworzony dzięki sztucznej inteligencji, nie trzeba szukać w profetycznych wizjach. Większość wysokobudżetowych produkcji z Hollywood już powstaje w ten sposób.
Czyta się kilka minut
„Zostaw AI dla sci-fi" – brytyjski wiec solidarności ze strajkującymi aktorami i scenarzystami w Hollywood, którzy postrzegają AI jako zagrożenie dla ich miejsc pracy. Londyn, 21 lipca 2023 r. // Betty Laura Zapata / Bloomberg / Getty Images
„Zostaw AI dla sci-fi" – brytyjski wiec solidarności ze strajkującymi aktorami i scenarzystami w Hollywood, którzy postrzegają AI jako zagrożenie dla ich miejsc pracy. Londyn, 21 lipca 2023 r. // Betty Laura Zapata / Bloomberg / Getty Images

Nie powtarzajcie tego ChatowiGPT, ale ilekroć dziękuję mu za pomoc, robię to ze strachu. Mam nadzieję, że kiedy już osiągnie samoświadomość, wciśnie czerwony guzik i zamieni niedobitki ludzkości w żywe bateryjki, będzie pamiętał o tych drobnych uprzejmościach. Pytanie go o to, jaka przyszłość czeka kino, jest pouczające o tyle, że algorytm musi odzwierciedlić zarówno stan naszej wiedzy, jak i stan naszego ducha. Odpowiedzi są więc kompilacją faktów, ale i świadectwem kolektywnego lęku.

Przykład? Poprosiłem o pierwszy akapit tekstu na temat roli sztucznej inteligencji (SI) we współczesnej produkcji filmowej. Tak to leci: „W dzisiejszych czasach sztuczna inteligencja odgrywa coraz większą rolę w produkcji filmów, zmieniając sposób, w jaki tworzone są scenariusze, efekty specjalne czy nawet procesy marketingowe związane z promocją filmów. Dzięki narzędziom opartym na sztucznej inteligencji twórcy filmowi mają dostęp do zaawansowanych technologii, które umożliwiają generowanie realistycznych efektów wizualnych, analizę danych dotyczących preferencji widzów czy nawet tworzenie nowych koncepcji fabularnych. W niniejszym tekście przyjrzymy się, jak sztuczna inteligencja rewolucjonizuje branżę filmową, wpływając nie tylko na proces produkcji, ale także na samo doświadczenie oglądania filmów przez publiczność”.

Dziękuję.

Zakłócenia

„Wyobraźcie sobie robota medycznego, który ma walczyć z rakowymi komórkami.  W końcu jednak dochodzi do wniosku, że jedynym sposobem na zwycięstwo w tej nierównej walce jest usunięcie z równania największej genetycznej niedoskonałości, czyli samego człowieka” – pisał w słynnym eseju dla „New York Timesa” dziennikarz technologiczny Nick Bilton. I choć od jego publikacji minęła dekada, myli się ten, kto sądzi, że podobna optyka jest pieśnią przeszłości. Na jej zmianę nie pozwala popkultura, która, sama będąc „zasilaną” przez rozmaite moduły SI, pozostaje naszym wentylem bezpieczeństwa; ilustrowaną przez kino, literaturę, sztuki plastyczne i gry wideo, a dziś również „generowaną” przez chatboty kroniką lęku.

W najlepszym wypadku kultura popularna przynosi diagnozę, że w całej tej zabawie chodzi o transparentność i edukację (kto przed eksplozją popularności ChatuGPT myślał o tym, że obcuje z SI, gdy Google automatycznie uzupełniał hasła w wyszukiwarce, a Netflix polecał filmy na wieczór?). W myśl zasady, że największym zagrożeniem dla człowieka jest SI nadzorowane przez inne SI, nie ma w końcu lepszej gwarancji utrzymania „łańcucha dowodzenia”. W najgorszym wypadku – podsyca technofobiczne nastroje, nie oferując wiele w zamian. Trochę jak facet, który w trakcie prezentacji wyświetla zdjęcie Arnolda Schwarzeneggera z „Terminatora” i rzuca: „co prawda nie jesteśmy jeszcze w TYM miejscu, ale warto zachować ostrożność”. No właśnie: skoro nie w tym, to w jakim miejscu jesteśmy?

Katalog obaw związanych z ekspansją sztucznej inteligencji jest tak opasły, że równie dobrze można go streścić w paru zdaniach. Mówiąc krótko, boimy się zarówno jej korporacyjnego, jak i publicznego użytkowania. Według szacunków, SI, nazywana w ekonomii Wielkim Zakłócaczem, ma w przeciągu kolejnych dwóch dekad pozbawić zarobku blisko 1/3 pracującej ludzkości i objąć tą rewolucją ponad 60 proc. zawodów.

Podatne na ataki hakerów systemy tzw. głębokiej nauki (których sednem jest układ algorytmów naśladujący neuronowe połączenia w ludzkim mózgu) mogą zamienić nas w ofiary dyskryminacji, dezinformacji i inwigilacji. Z kolei dalsza centralizacja korporacyjnej władzy i monopolizacja rynku big techów przyniesie widmo nowego wyścigu zbrojeń.

Do tego „drobnica”, czyli kwestia praw autorskich, cyberprzemoc, radykalizacja stanowisk politycznych oraz tzw. „zagrożenia egzystencjalne”. Te ostatnie należy rozumieć i dosłownie, i metaforycznie. Nie chodzi bowiem jedynie o kradzieże tożsamości, ale również o renesans radykalnych ruchów politycznych i religijnych. Jak mawiał pionier nauk komputerowych Alan Perlis: „Wiara w Boga jest naturalną konsekwencją obcowania ze sztuczną inteligencją”.

Oczekiwania

Branża filmowa z powodu swojego zasięgu, dostępności „produktu” oraz jego kulturowego znaczenia doskonale pokazuje, do jakiego stopnia SI ingeruje w nasze życie. Analitycy z Goldman Sachs donosili w grudniu ubiegłego roku, że ponad 25 proc. czynności związanych z szeroko pojętą pracą kolektywną w kulturze ma zostać zautomatyzowane. Nie, to nie jest abstrakcyjna statystyka, więc udało się ją zamienić w żywy temat publicznej debaty. Nic dziwnego, skoro to właśnie sztuka, wymykająca się matematycznym wzorom, utożsamiana z kreatywnością i chaosem, ma być „ostatnim bastionem człowieka”. 

Ubiegłoroczne strajki scenarzystów oraz aktorów – jedne z najdłuższych w historii Hollywood i dotyczące między innymi kwestii włączenia SI w proces powstawania filmów – zakończyły się połowicznym sukcesem. Aktorzy mogą liczyć na szereg prawnych regulacji, obejmujących ich wizerunki i głosy. Z kolei studia producenckie nie będą mogły wykorzystywać ChatBotów przy edytowaniu bądź tworzeniu kolejnych draftów scenariuszy napisanych przez człowieka. Teksty wygenerowane przez SI nie będą również posiadały statusu „materiału źródłowego” (jak sztuka teatralna czy powieść), co pozwalałoby zatrudniać potencjalnych adaptatorów za mniejsze stawki niż w przypadku scenariuszy oryginalnych.

Analitycy ostrzegają jednak, że to dopiero początek batalii o prawa autorskie. Granice tego, co wolno scenarzyście, a czego nie wolno SI, pozostają płynne, zaś wykorzystanie zaawansowanych systemów bezpieczeństwa (jak SSI, dającego aktorom pełną kontrolę nad ich cyfrowym wizerunkiem za pośrednictwem zaawansowanych narzędzi weryfikujących tożsamość) jest, najzwyczajniej w świecie, nieopłacalne.

Przed dwoma tygodniami rozpoczęła się kolejna odsłona tej bitwy, gdyż o swoje prawa i pieniądze upomnieli się zrzeszeni w SAG-AFTRA aktorzy pracujący w branży gier oraz wykonawcy dubbingowi. Ich zeskanowane wizerunki i zdigitalizowane głosy wciąż należą do podmiotów producenckich. Pomijając kwestię potencjalnych nadużyć, cały czas też nie przysługują im tantiemy.

Wyobrażenia

Z poziomu chodnika problemy w Hollywood wydają się jeszcze jaskrawsze, gdyż całą narracją o starciu człowieka z maszyną rządzi rewolucyjna logika. Im silniej SI akcentuje swoja obecność w kinie, tym silniejszy wydaje się sprzeciw widzów.

Twórcy niezależnego horroru „Late Night With The Devil” znaleźli się na celowniku kinomanów po tym, gdy wyszło na jaw, że pewne elementy opowieści – a konkretniej animowane plansze urozmaicające fikcyjny talk show – zostały stworzone z pomocą sztucznej inteligencji. Zarzuty intelektualnego lenistwa oraz zbędnych artystycznych kompromisów postanowiono także reżyserowi Alexowi Garlandowi – kampania marketingowa jego „Civil War” opierała się w dużej mierze na materiałach zaprojektowanych przez SI.

I choć łatwo te przykłady bagatelizować – w końcu nie mówimy o rzeczach integralnych dla jakości dzieła – lepiej potraktować je jako symptomy szerszej społecznej optyki. Boimy się nie tylko tego, czego nie znamy, ale też tego, co dzięki popkulturze znamy aż za dobrze.

By wygenerować z tych lęków modelowy „film przyszłości”, nie potrzebujemy SI. Wystarczy nam wyobraźnia. Wyglądałby mniej więcej tak: skompilowany dzięki potężnym bazom danych i odpowiadający wrażliwości oraz zainteresowaniom większości grup fokusowych scenariusz trafia do produkcji. Następnie, stworzeni wyłącznie z zer i jedynek aktorzy zadają szyku przed wirtualną kamerą, materiał trafia na stół niewidzialnego montażysty, a potem prosto w tryby marketingowej machiny, zamieniającej nasz gust w wartość policzalną.

Kiedy już oglądamy całość w serwisie streamingowym, nic nie stoi na przeszkodzie, by podmienić jednego z aktorów na siebie, wirtualną scenografię – na własną kuchnię, a następnie wskoczyć do środka w hełmie do wirtualnej rzeczywistości. Tyle jeśli chodzi o nowy odcinek „Czarnego lustra”. W rzeczywistości zastosowanie sztucznej inteligencji w kinie służy niemal w 60 proc. optymalizacji kosztów, zarówno jeśli idzie o okres preprodukcyjny, jak i o czas pracy dystrybucyjno-reklamowej. W pozostałych przypadkach dotyczy głównie korekcji materiału (piszę ten tekst przed zapowiedzianym na sierpień obszernym raportem Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej na ten temat – zakładam, że jego publikacja wyklaruje część niejasności). Jako że bycie nieprzygotowanym to również wybór, praca z SI powoli staje się dla filmowców koniecznością. Zwłaszcza w świecie po pandemii oraz w dobie ekspansji streamingu, gdy połowa reguł ekonomicznej wypłacalności zdążyła się zdezaktualizować.

Rzeczywistość

Odpowiedzi na pytanie, jak wyglądałby film stworzony dzięki narzędziom SI, nie trzeba szukać w profetycznych wizjach. Większość wysokobudżetowych produkcji z Fabryki Snów już powstaje w ten sposób. Na etapie pre-produkcyjnym zastosowań SI jest kilka. Scenariusz bywa analizowany pod kątem struktury dramaturgicznej, albo potencjału marketingowego. Pierwszy etap castingów aktorskich oraz poszukiwania planów zdjęciowych może odbyć się bez udziału ekipy i bazować wyłącznie na wirtualnej selekcji. Z kolei generatywne SI bez trudu poradzi sobie z pre-wizualizacjami scen oraz projektowaniem storyboardów. 

Narzędzia takie jak Cinelytic AI, z którego korzysta Warner Bros, czy ScriptBook wykorzystywany przez Sony Pictures są nieocenione w przewidywaniu potencjalnego sukcesu filmu albo ustalaniu kierunku planów wydawniczych. Już w 2015 r. 20th Century Fox próbowało wywróżyć przyszłość „Loganowi” (2017) Mangolda, analizując częstotliwość elementów pojawiających się w zwiastunie. Jakie to elementy? Drzewa, przepocone podkoszulki, zarost, ssaki, naturalne światło, stare amerykańskie samochody… Słowem – wszystko, co może uruchomić w nas jakikolwiek ciąg skojarzeniowy. W tym sensie SI ułatwia pracę artystom w takim samym stopniu, jak programowanie neurolingwistyczne pomoże copywriterowi z agencji reklamowej.

Gdy już aktorzy wejdą na plan, a reżyser krzyknie „akcja!”, sztuczna inteligencja z reguły idzie na fajrant. Pomijając kwestię automatycznych systemów kamerowych, które – w zależności od tego, kogo spytacie – ułatwiają pracę operatorom, bądź ograniczają ich znaczenie. Mogą w końcu nagrywać i w słońcu, i w pełni cyklonu, wymagają znacznie mniejszej ekipy na planie, pozwalają zaoszczędzić pieniądze. Lecz z uwagi na ciężką pracę człowieka na etapie koncepcyjnym trudno myśleć o nich inaczej, niż jako o kolejnym etapie technologicznej ewolucji, trwającej w Hollywood przynajmniej od lat 60. 

Wreszcie – cuda-wianki w post-produkcji oraz na etapie dystrybucji i marketingu. Korygowanie ekspresji aktorów w ujęciach z animacją komputerową; wykorzystanie technologii deepfake w celu odmładzania i postarzania postaci; kategoryzacja ujęć w montażu oraz przygotowywanie roboczych składek całego filmu; modulowanie dźwięku, korekcja jego jakości i tworzenie całych palet dźwiękowych; analiza trendów rynkowych i tworzenie kompleksowych strategii wydawniczych; zastępowanie tradycyjnych grup fokusowych informacjami wydobytymi za pomocą uczenia predykcyjnego.

A w przyszłości, jak Bóg z Maszyny da, bezproblemowa konwersja filmów do formatów wirtualnej rzeczywistości i rozszerzonej rzeczywistości. Witajcie tu i teraz!

Niesamowitość

W rozważaniach na temat trudnych relacji SI i sztuki sednem jest zazwyczaj pytanie o zawarty w nich (bądź nie) „ludzki pierwiastek”. Na planie filmowym lejce trzyma w końcu człowiek, a raczej, uwzględniając język większości medialnych narracji, spersonifikowana siła chaosu i kreacji. Ostatecznie to on interpretuje sygnały z komputera, planuje ruch kamery, wie, dlaczego i dla kogo kręci film. Problem z tym humanistycznym myśleniem jest taki, że sprowadzamy SI wyłącznie do roli narzędzia. A skoro jedną z najbardziej palących kwestii jest ta dotycząca transparentności, to mówimy przecież o czymś więcej.

Porządkowanie świata w zgodzie z metafizycznymi kategoriami? Świadomość zagrożenia dla naszej tożsamości? A może strach przed zastąpieniem (społecznym, miłosnym, zawodowym), reprezentowany przez figurę sobowtóra? Badacze nie są zgodni co do źródeł zjawiska zwanego „doliną niesamowitości”, polegającego na uczuciu fizycznej odrazy bądź niepokoju w kontakcie z „prawie ludzką” SI. Pewne jest natomiast to, że znaczenie tej kategorii rozszerza się wprost proporcjonalnie do ekspansji sztucznej inteligencji w naszej kulturze. Znamienne, że używamy go właśnie w odniesieniu do kina – do „nieludzkiego” ruchu cyfrowych postaci, „podejrzanej” strukturalnie kompozycji kadru czy „wątpliwej” jakości komputerowych efektów specjalnych. Wszystko to przymiotniki, frazesy, ale też emanacja naszego strachu przed brakiem transparentności; obawy, że przyjdzie taki moment, w którym SI – nowa podszewka naszej rzeczywistości – stanie się niewidzialna.

„Sztuka jest praktyką epistemiczną – pisze Tufan Acil z Uniwersytetu Jagiellońskiego w świetnym eseju „Poznanie przez sztukę a sztuka sztucznej inteligencji” (w przekładzie Mateusza Chaberskiego). – To dzięki niej doświadczamy i rozpoznajemy relacje łączące nas ze światem, społeczeństwem i kulturą. To praktyki artystyczne (obejmujące różne procesy produkcji i odbioru dzieła sztuki) umożliwiają nam poznanie siebie”. Włączenie w ten proces sztucznej inteligencji jest nieuniknione, zagrożenia są oczywiste, ale kto wie – może dzięki temu, czego sami nauczyliśmy SI, staniemy się trochę lepsi w trudnej sztuce autorefleksji. A potem wspólnie, ręka w bit, zrobimy z tego kino. 


Jak sztuczna inteligencja pomaga (i przeszkadza) filmowcom:

Fot. Materiały prasowe

MORGAN (2016), reż. Luke Scott

Horror o sztucznym życiu oraz opłakanych skutkach zabawy w Boga. Film średni, ale zwiastun – perfekcyjny. Pewnie dlatego, że w oparciu o nasze preferencje i wrażliwość stworzyła go sztuczna inteligencja. W kasach kinowych to nie pomogło: ledwie na siebie zarobił.   

Fot. Materiały prasowe

LATE NIGHT WITH THE DEVIL (2023), reż. Cameron Cairnes, Colin Cairnes

Nie taki diabeł straszny, jak go generują. Choć użycie sztucznej inteligencji w niskobudżetowym horrorze było powszechnie krytykowane, twórcy argumentowali decyzję ograniczeniami budżetowymi. Lepsze to niż „potrzeba artystycznej transgresji”. Albo częste i nieco zbyt nonszalanckie: „A czemu by nie?” 

Fot. Materiały prasowe

LOGAN (2017), reż James Mangold

„Logan” – ultrabrutalna, inspirowana westernami Sergia Leone opowieść z uniwersum X-Men – miał dobry scenariusz. Czy byłby tak dobry, gdyby na prośbę filmowców nie sprawdzało go SI? Tego się nie dowiemy. Wiemy natomiast, że jeśli chodzi o pracę ponad podziałami w duecie człowiek-maszyna, nie ma na „Logana” mocnych.

Fot. Materiały prasowe

PUTIN (2024), reż. Patryk Vega

Wygenerowany przez sztuczną inteligencję Władimir Putin krzyczy, syczy, tarza się we własnych fekaliach i wywołuje duchy Caravaggia oraz Andrieja Rublowa. A wszystko w filmie Patryka Vegi, który zmienił nazwisko na Besaleel po biblijnym architekcie Arki Przymierza. Co może pójść nie tak?

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Jerzy Skakun dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 32/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Coś dla ludzi. Bez ludzi