W knajpie dla łysiejących facetów za darmo je tylko jeden gość – Bruce Willis. Przykro mi, takie są fakty. Ilekroć myślę o pisklakach, które niedługo wyklują się na czubku mojej głowy – a po czterdziestce myślę o nich na okrągło – mam przed oczami Willisa. W przepoconym podkoszulku, z brzuszkiem, tygodniowym zarostem i na kacu rozbraja bombę w Central Parku.
Jeśli hollywoodzkie kino akcji lat 80. i 90. przypominało pokaz kulturystyki, Willis był żartownisiem, który rzucał w uczestników pomidorami. Jeżeli rytm ówczesnej popkulturze nadawało „Freedom” George’a Michaela, Willis słuchał na cały regulator Creedence Clearwater Revival. Mógł wyrzucać terrorystów przez okna, podróżować w czasie, spacerować po asteroidzie albo błąkać się po zaświatach. Zawsze jednak robił to tak, by każdy facet mógł dostrzec w nim siebie. Tak, by jego kariera pozostała przedmiotem naszych marzeń, bohaterowie zaś – przedmiotem naszej wiary.
Biografia „Bruce Willis. Bohater kina hollywoodzkiego”
Wydana właśnie w języku polskim biografia „Bruce Willis. Bohater kina hollywoodzkiego” autorstwa Seana O’Connella (w przekładzie Mariusza Gądka) to przedziwna książka. Wskazuje oczywiście najistotniejsze przyczyny ogromnego sukcesu Willisa – i jako aktora, i jako popkulturowej ikony. Skupia się jednak wyłącznie na jego rolach. To na gruncie opowieści o rzemiośle kiełkują co jakiś czas anegdoty z jego prywatnego życia.
Wyjątkiem jest choroba, na którą cierpi gwiazdor i która w dramatyczny sposób przerwała jego karierę. Wyłączająca funkcje poznawcze afazja przekształciła się z czasem w otępienie czołowo-skroniowe, czyli jedno z najpoważniejszych neurodegeneracyjnych zaburzeń. Autor nie eksplikuje tego wprost, ale cóż – nie da się opowiadać o Willisie inaczej niż przez pryzmat ról, których już nie zagra.
Książka napisana jest w czasie przeszłym, co w przypadku biografii żyjących, a nawet aktywnych zawodowo artystów nie jest niczym zaskakującym. Jest też utrzymana w elegijnym tonie, co musi budzić intuicyjny sprzeciw – chcąc nie chcąc, autor uśmierca swojego bohatera za życia. To wilczy dół, z którego trudno się wygramolić, a jednak ten cud przypada O’Connellowi w udziale (czego mu zresztą szczerze zazdroszczę). Dzięki drobiazgowej analizie niemal 30 ról z liczącej ponad 100 pozycji filmografii oraz paraencyklopedycznej formule udaje mu się zamienić dorobek aktora w coś niebywale żywego pomimo fluktuacji trendów, niezbędnego do zrozumienia współczesnej popkultury.
Afazja odbiera zdolność mówienia i rozumienia słów, czyni z mózgu pęknięte naczynie. Willis nigdy nie wróci do aktorstwa, co do pewnego stopnia tłumaczy ton rozmaitych „pożegnań” po tym, gdy ogłosił zakończenie kariery. Nie będzie też pamiętał, jak wielką był gwiazdą, gdyż postępująca demencja odbiera mu wspomnienia. Każdy jego fan radzi sobie z tym tak, jak potrafi. Niektórzy powtarzają znane szlagiery i nadrabiają perełki, które przeszły pod radarem. O’Connell tymczasem układa z jego filmów mozaikę wspomnień, do których aktor nie ma już dostępu. Stają się dzięki temu najczystszym, przekazanym bezzwrotnie dziedzictwem.
Znacie tego faceta. Bruce robi to, co należy
Uwielbiam zdjęcie zrobione podczas otwarcia jednej z restauracji sieci Planet Hollywood. Wbrew obiegowej opinii Willis oraz jego przyjaciele Arnold Schwarzenegger i Sylvester Stallone nie byli właścicielami tych knajp, choć jako oficjalni patroni utopili w nich sporo pieniędzy. Na fotografii widzimy całą trójkę, lecz tylko jeden gość, wyluzowany, w bermudach, kapelusiku i z nogą nonszalancko założoną na nogę, ucieka wzrokiem poza kadr.
Dawno, dawno temu łatwo było dostrzec w tym obrazku metaforę całej strategii artystycznej Willisa. Gwiazdor występował na tej samej scenie, na której Schwarzenegger i Stallone dawali koncert na sto karabinów. A jednocześnie widzowie zawsze wymagali od niego czegoś więcej – ciekawszych ról, lepszych filmów, autoironii, krwi, potu, brudu i łez. W końcu był tym, który cały czas wierci się w szufladce.
Autor książki ma tego świadomość, a jednocześnie próbuje ułożyć jego filmografię w klarowne wzorki: Willis komediowy, Willis w kosmosie, Willis u wielkich autorów, Willis jako bohater kina akcji. To oczywista droga, która – mimo doskonałej roboty faktograficznej – wydaje się jednocześnie drogą na skróty.
Myślę, że w przeciwieństwie do Nicolasa Cage’a, Roberta De Niro czy wielu innych aktorów, którzy musieli na pewnym etapie kariery spłacić długi, pomóc wnukom albo jakoś przetrwać na bocznym torze, Willis zawsze i bez względu na jakość filmów pozostał na ekranie „tym samym facetem”: everymanem w stanie permanentnej frustracji, świadomym, że zgodnie z moralnym imperatywem musi zrobić to, co należy.
Kawał aktora: dyskretny humor i głęboka bezradność
Serial „Na wariackich papierach” (1985-1989) pamiętam jak przez mgłę. Kojarzę jednak, że z rozlicznych biznesów prowadzonych przez jego bohaterkę, eksmodelkę Maddie Hayes, rentowna okazała się wyłącznie agencja detektywistyczna. Nic dziwnego. Klientów obsługiwał w niej David Addison – w interpretacji Willisa bezczelny uwodziciel i chandlerowski cynik z sercem po właściwej stronie.
Przed tym serialem życie Bruce’a układało się w klasyczną hollywoodzką biografię. Dzieciństwo spędzone na obczyźnie, fascynacja aktorstwem i problemy z dykcją, kawały będące jednoczesnym świadectwem odwagi i głupoty. Później teatr, telewizja, statystowanie u małych i u wielkich (m.in. na planie „Werdytku” Sidneya Lumeta), a nawet rólka narkotykowego barona w „Policjantach z Miami”. Po sukcesie serialu „Na wariackich papierach” stało się jasne, że będzie z niego kawał aktora. I to bez wyraźnej gatunkowej tożsamości.
Komediowo-noirowe podróże Willisa trwały przez trzy dekady. Miały zaskakującą dynamikę i owocowały zróżnicowanymi rolami. W „Randce w ciemno” (1987) Blake’a Edwardsa był japiszonem próbującym przetrwać w towarzystwie rozpitej do nieprzytomności femme fatale. W „Ze śmiercią jej do twarzy” (1992) Roberta Zemeckisa stał się symbolem wiotczejącej męskości w zamaszystej satyrze na hollywoodzki kult piękna. W „Jak ugryźć 10 milionów” (2000) Jonathana Lynna zamieniał wyeksploatowaną figurę zabójcy-mizantropa w komediowy żywioł. Wreszcie – „Hudson Hawk” (1991) Michaela Lehmanna, być może największa artystyczna porażka w jego karierze. Marny film, ale z genialnym humorystycznym kontrapunktem. Ilekroć urobiony po łokcie bohater próbuje napić się cappuccino, złośliwy los wytrąca mu z ręki filiżankę.
Siła jego warsztatu polegała na tym, że podszewką niemal każdej dramatycznej roli był dyskretny humor. Nici zaś pozostawały niezauważalne. Fantastyczny „Ostatni skaut” (1991) Tony’ego Scotta to dowód na to, że Willis był niezrównany w balansowaniu pomiędzy tymi skrajnościami. Detektyw-alkoholik z ciężką ręką i miękkim sercem, trwający w bezkrwawym konflikcie z żoną i skłócony z córką? Ile można? A jednak tylko Willis potrafił z kamienną twarzą wypluwać z siebie maczystowskie dialogi i zarazem okazywać głęboką bezradność. Jak w scenie rozmowy z żoną o gotyckim makijażu i rebelianckiej naturze córki. „Pozwalasz jej na to? Wygląda jak szop pracz. Omal jej nie zastrzeliłem. Myślałem, że to złodziej”.
Detektyw John McClane odnajduje siłę w improwizacji
„Szklanej pułapce” (1988) O’Connell poświęca cały rozdział książki. To mądra decyzja. Detektyw John McClane jest w końcu ojcem chrzestnym wszystkich wkurzonych do imentu facetów, którzy muszą przerwać swoje życie i postąpić słusznie. Terroryści i wojskowi dezerterzy, którzy uprzykrzają mu życie w dwóch pierwszych filmach cyklu, robią to w święta Bożego Narodzenia, co dla Johna jest jasnym sygnałem, że miarka się przebrała. „Kolejne święta, kolejna jebana piwnica, kolejna stalowa puszka zamiast indyka, kolęd i choinki” – klnie, czołgając się przez szyb wentylacyjny.
Rola w „Szklanej pułapce” scementowała wizerunek Willisa jako twardziela, ale i faceta, któremu siła wyższa ustawicznie przerywa fajrant. Z perspektywy historii kina była ważniejsza, niż myślimy. Po pierwsze – pokazała, że wśród buchających testosteronem mięśniaków jest miejsce dla sprytnego, zdeterminowanego i sarkastycznego gościa, który bierze się za bary z ironicznym losem. Po drugie – udowodniła, że najbardziej zżywamy się z tymi herosami, którzy cierpią, krwawią i narzekają jak my.
Nie bez powodu w najlepszych odsłonach cyklu, to jest w pierwszej i trzeciej, John skonfrontowany jest z tzw. niemiecką precyzją (a raczej z jej hollywoodzkim rozumieniem), czyli chciwymi i bezbłędnymi w realizacji swoich zbrodniczych planów braćmi Gruber (w tych rolach fantastyczni... Brytyjczycy Alan Rickman i Jeremy Irons). Prawdziwy amerykański bohater rodzi się w epicentrum chaosu i odnajduje siłę w żywiole improwizacji. Jest z definicji niedoskonały, a przez to – ludzki.
Droga na szczyt. Najlepsze filmy z Bruce’em Willisem
Zanim reżyser John McTiernan trafił do więzienia za nielegalne podsłuchy i krzywoprzysięstwo, nakręcił dwie części „Szklanej pułapki”, „Predatora” (1987) oraz „Polowanie na Czerwony Październik” (1990). Wówczas, przywiązani do nowofalowej definicji kina autorskiego, widzieliśmy w nim raczej zdolnego wyrobnika. Dziś wiemy, że przewodził korowodowi mistrzów, którzy utorowali Willisowi drogę na szczyt.
Za McTiernanem przyszli kolejni. Ochrzczony mianem „nowego Spielberga” M. Night Shyamalan obsadził Willisa w „Szóstym zmyśle” (1999) i „Niezniszczalnym” (2000). Hollywoodzki weteran Barry Levinson pozwolił mu rozwinąć komediowy potencjał we „Włamaniu na śniadanie” (2001) i „Co jest grane?” (2008). Członek grupy Monty Pythona i największy pechowiec w Hollywood, Terry Gilliam, nakręcił z nim „12 małp” (1995), czyli remake wybitnej impresji „Filar” (1962) w reżyserii legendarnego dokumentalisty Chrisa Markera. Z kolei Robert Rodriguez dał mu poszaleć w „Sin City. Mieście grzechu” (2005) oraz „Grindhouse: Planet Terror” (2007). Niektórzy, w czasach rozkwitu średniobudżetowych produkcji z ambicjami, potrzebowali kasowej gwiazdy w obsadzie. Inni mieli ambicje zaprowadzenia Willisa na oscarową scenę albo poszerzenia jego filmografii o role, które rozprężą cały popkulturowy krajobraz.
Najbliżej sukcesu był zapewne Quentin Tarantino. Gdy układał w myślach obsadę „Pulp Fiction” (1994), Willis był poza jego zasięgiem – siedział wysoko, kosztował dużo, miał opinię trudnego we współpracy. Rola boksera Butcha Coolidge’a została napisana dla Matta Dillona, alternatywą zaś byli Nicolas Cage, Johnny Depp, Sean Penn i Aidan Quinn. Willis mieszkał jednak w sąsiedztwie Tarantina, uwielbiał „Wściekłe psy” i miał na tyle onieśmielającą pozycję, by samemu wyjść z inicjatywą. Chciał zagrać Vincenta Vegę albo Julesa Winnfielda, czyli role, które ostatecznie trafiły do Johna Travolty i Samuela L. Jacksona. Ostatecznie reżyser zaproponował mu partię Butcha. „Najkrótsze zdanie z Biblii to »I Jezus zapłakał«. Najkrótsze zdanie w Hollywood to »Działamy!«. No to działamy!” – odparł Willis.
„Nic nie zdołało mnie powstrzymać”
Wiele lat później przyjęło się myśleć o Willisie jak o elemencie uszlachetniającym każdy film; o chodzącym gadżeciku, którym warto pomachać przed oczami inwestorów. W fabryce snów to często autostrada do piekła, obietnica emerytury w kinie klasy B, C albo i Z. Willis spędził w tym miejscu ponad dekadę. Do dziś nie wiemy, ilu podrzędnych reżyserów spełniało swój sen o pracy z legendą, a ilu eksploatowało jego postępującą chorobę.
O’Connell nie odpowiada na to pytanie, lecz po prawdzie – niewiele go ono obchodzi. Podobnie zresztą jak didaskalia na temat prywatnego życia gwiazdora: małżeństwo z Demi Moore, narodziny dzieci, Planet Hollywood, doniesienia o arogancji na planie i poza nim, konflikty z innymi gwiazdami. Swoją opowieść rozpoczyna deklaracją skromności, którą łatwo pomylić z asekuranctwem: „Mam nadzieję, że moja książka umili wam czas w oczekiwaniu na oficjalną biografię aktora”. Wieńczy ją natomiast kalendarium ze szkolnymi ocenami wszystkich dzieł Willisa – dobrych, złych i brzydkich.
Jest to, mówiąc krótko, fantastyczna sprawa. Nasz własny zakurzony brulion z dzieciństwa, w którym odnotowywaliśmy sukcesy i porażki ukochanych gwiazd kina. I nie ma co się smucić, że akurat w tym brulionie nie zapiszemy kolejnych kartek. Bruce Willis zostawił nam tyle filmów, że starczy ich dla naszych wnuków. I wyszedł z tylu opresji, że będziemy do śmierci czerpać z jego doświadczeń.
„Byłem atakowany przez terrorystów, asteroidy, krytyków filmowych, prawników rozwodowych oraz łysinę. I nic nie zdołało mnie powstrzymać” – mówił. Dzięki, stary. Tak coś czułem, że „gniazdo” to powód do dumy, a nie do wstydu.

Sean O’Connell, BRUCE WILLIS. BOHATER KINA HOLLYWOODZKIEGO, przeł. Mariusz Gądek, Wydawnictwo Poznańskie 2025
Dodaj do ulubionych. Cztery niedocenione role Bruce’a Willisa

ŚNIADANIE MISTRZÓW (1999), reż. Alan Rudolph
Proza Kurta Vonneguta nie jest ani scenariopisarskim gotowcem, ani reżyserskim spacerkiem po parku. Ekranizacja „Śniadania mistrzów” w reżyserii Alana Rudolpha co chwilę o tym przypomina, lecz to właśnie Willis w duecie z wybitnym Albertem Finneyem zamieniają ją w coś więcej niż sumę swoich składowych.

OSTATNI SPRAWIEDLIWY (1996), reż. Walter Hill
Spośród wszystkich remake’ów dzieł Akiry Kurosawy ten może być najlepszy. „Straż przyboczna” rozegrana w latach 30. na gorącym Południu USA z Bruce’em Willisem w roli milczącego twardziela z palcem na spuście? Co może się nie udać? W gratisie aktorski pojedynek z Christopherem Walkenem.

NIEZNISZCZALNY (2000), reż. M. Night Shyamalan
Obok Johna McClane’a ze „Szklanej pułapki” prawdopodobnie najlepsza partia w karierze Willisa. Kino superbohaterskie à rebours i zarazem fascynująca opowieść o mężczyźnie dojrzewającym do odpowiedzialności za swoją rodzinę oraz cały świat.

CO JEST GRANE? (2008), reż. Barry Levinson
Tragedia! Bruce Willis nie chce zgolić brody! Choć trudno w to uwierzyć, w skandalicznie niedocenionej satyrze Barry’ego Levinsona to naprawdę poważny problem. Willis gra tu trzecioplanową rolę, ale jako zblazowany gwiazdor, który rozstawia po kątach umęczonych życiem scenarzystów, jest czystym komediowym żywiołem.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















