W popkulturze czasów polskiej transformacji serial „Słoneczny patrol” zajmował miejsce szczególne. Był wcieleniem amerykańskiego snu, fantazją o kalifornijskich plażach i ekscytującym życiu seksownych ratowników i ratowniczek. A prawdziwą lokomotywą rozpisanej na jedenaście sezonów produkcji stała się Pamela Anderson, która dołączyła do obsady w 1992 r., dwa lata później zaś wbiegła na wygłodniałe ekrany TVP. Oczywiście w czerwonym, mocno wyciętym kostiumie kąpielowym i w zwolnionym tempie.
O takich rolach mówi się dzisiaj „ikoniczne”, chociaż aktorka, w dużej mierze na własne życzenie, została zaszufladkowana tym występem na amen. W zbiorowej wyobraźni Anderson stała się po prostu C.J. Parker, czyli blond seksbombą, dziewczyną z rozkładówki „Playboya”, bohaterką afery sekstaśmowej, przemielonej potem na niezły serial. Do tego laureatką Złotej Maliny za najgorszą rolę roku w komiksowej „Żylecie” (1996), gdzie zły smak i charakterystyczne dla „najntisów” seksistowskie stereotypy próbowały udawać feminizm.
W nowym milenium bynajmniej nie wypadła z obiegu, ale była obsadzana głównie „po warunkach” bądź… w roli samej siebie. Mimo że w 2022 r. Anderson zadebiutowała na Broadwayu w musicalu „Chicago”, mało kto widział w niej pełnokrwistą aktorkę filmową. Upływający czas bywa w kinie szczególnie bezlitosny dla kobiet, zwłaszcza o tak przerysowanym wizerunku.
Ale można przecież pójść za ciosem i opowiedzieć właśnie o tym, dając wreszcie coś do zagrania dobiegającej sześćdziesiątki gwieździe, tak mocno kiedyś przypisanej do ról typowo cielesnych. „The Last Showgirl” wyreżyserowany przez Gię Coppolę jest takim filmem: wcale nie wybitnym, raczej kameralnym i w swej wymowie banalnym, za to ciekawie tematyzującym upływ czasu, również w odniesieniu do biografii i filmografii Pameli Anderson.
Scenariusz Kate Gersten stanowi co prawda adaptację jej własnej sztuki i rzecz dzieje się w podupadłym klubie burleskowym w Las Vegas, lecz historię ogląda się tak, jakby została napisana specjalnie pod słynną aktorkę. Filmowaną tutaj ruchliwie i z bliska, najczęściej bez łaskawego oświetlenia i seksualizujących spojrzeń, w obiektywie Autumn Durald Arkapaw, stałej współpracowniczki Coppoli.
Ale też bez prowokacyjnej drapieżności i ostentacyjnego glamouru, z jakim kamera patrzyła na dojrzałe aktorki w „Substancji” Coralie Fargeat czy w „Babygirl” Haliny Reijn. I to nie przypadek, że właśnie reżyserki tak bezkompromisowo problematyzują dzisiaj na ekranie kobiece starzenie się. Aczkolwiek prostotą i zarazem łagodną goryczą, z jaką ten film patrzy na osoby ciężko pracujące w przemyśle rozrywkowo-erotycznym, dużo bliżej mu do kina Seana Bakera.
Spośród strusich piór, cekinów, niebotycznych obcasów i umiarkowanej golizny z pretensjami do Moulin Rouge wyziera amerykański bieda-show-biznes. Dla filmowej Shelley jest on całym światem. Podczas castingu do nowej rewii odejmuje sobie dwie dekady, bo z jej metryką i słabym CV już nie dostanie pracy w branży. Przez ostatnie trzydzieści lat żyła wyłącznie z tańca i teraz, wraz z zamknięciem klubu Szał i Blask, czeka ją bezrobocie. Albo, jak jej starszą koleżankę Annette, zagraną brawurowo przez Jamie Lee Curtis, kiepska praca w kasynie.
Jednakże „The Last Showgirl” nie ogranicza się do klucza krytycznego. Shelley w dużej mierze sama odpowiada za swoją sytuację życiową – naiwna marzycielka nie chce pogodzić się z tym, że lata świetności na scenie ma już za sobą. Nie dostrzega, że czasy się zmieniają, że publiczność domaga się nowych wrażeń, a profesjonalizm mierzy się dziś inaczej. I nie można zrzucać wszystkiego na ejdżyzm czy systemowy brak zabezpieczeń socjalnych.
Najmocniej w filmie porusza delikatna, melancholijna nuta, odnaleziona przez Anderson w głównej postaci. Dużo bardziej niż przegrane życie osobiste i zawodowa degradacja Shelley, która kiedyś postawiła na jedną kartę. Mimo narracyjnych oczywistości „The Last Showgirl” najjaśniej błyszczy wtedy, gdy pokazuje zwyczajną życiową szarówkę po godzinach.
Tych starzejących się, zmęczonych ludzi, którzy uwierzyli ongiś w wielkie amerykańskie miraże, czego symbolem pozostaje zbudowane na pustyni miasto symulakrum. Rewiowa weteranka dowiaduje się nagle, że nie jest już „dziewczyną miesiąca” czy „ambasadorką paryskiego szyku” i musi definitywnie zejść ze sceny. Lecz chciałaby przynajmniej zrobić to na własnych warunkach. I tak jak bohaterka Coppoli nadmiernie romantyzuje swoją pasję, tak reżyserka widzi w niej raczej staroświecki urok i zarazem przyczynek do trzeźwej deziluzji.
A może też przejaw wolności w podejmowaniu osobistych wyborów, dużo łatwiej wybaczanej filmowym bohaterom aniżeli bohaterkom? Dlatego Shelley, przy swojej wiecznej niedorosłości, rozmarzeniu i rozedrganiu, przepuszczona została w „The Last Showgirl” przez ciepły, empatyczny filtr. Podobnie bohaterka Lee Curtis, która w pewnym momencie wykonuje publicznie rozdzierający taniec do piosenki Bonnie Tyler.
Jest jeszcze niedźwiedziowaty Eddy (Dave Bautista), kierownik sceny z własną tajemnicą – wszyscy oni tworzą nieformalną i mało sentymentalną rodzinę, która potrafi dać siłę, kiedy cały brokat opada. Natomiast relacja Shelley z dorosłą córką wymyka się zrazu psychologicznym kliszom zdominowanym w takich przypadkach przez macierzyńskie poczucie winy. Anderson umie zagrać tak, że infantylna chwilami poczciwość jej bohaterki nie ściera się z bezwzględną uczciwością i dopiero finał nabiera w tej materii bardziej przewidywalnych odcieni.
Ogląda się ten film niczym wewnętrzny striptiz w wykonaniu osoby, która zapłaciła wysoką cenę za marzenia. Coppola nawet w ostrych światłach scenicznej rampy, nie mówiąc o oślepiającym słońcu i neonach Las Vegas, widzi w niej przede wszystkim kruchą kobietę, pogubioną w swych fantazjach. Najważniejsze jednak, że Pamela Anderson, której celebrycki status zdaje się nijak mieć do pozycji rewiowej prekariuszki, odnajduje z nią niewymuszone połączenie – chociażby jako zakładniczka swojego wizerunku i ciała. Reżyserka natomiast, choć z pewnością nie jest tu objawieniem na miarę Sofii Coppoli, udowadnia, że mimo uprzywilejowanej pozycji nie odcina kuponów po sławnym dziadku i ciotce. Poszukuje swojej drogi.
THE LAST SHOWGIRL – reż. Gia Coppola. Prod. USA 2024. Dystryb. Gutek Film. W kinach od 25 kwietnia.
Gia Coppola należy do słynnego klanu filmowego – jest wnuczką Francisa Forda Coppoli i w dzieciństwie sporadycznie grywała u niego. W wieku 26 lat zadebiutowała jako reżyserka i scenarzystka filmem „Palo Alto” (2013), ma też na koncie „Mainstream” (2020), wideoklipy i filmy krótkie. Za „The Last Showgirl” otrzymała m.in. Nagrodę Specjalną Jury na festiwalu w San Sebastian.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















