Reklama

Miasto idealne

Miasto idealne

27.06.2021
Czyta się kilka minut
„Niech ten turniej nigdy się nie skończy”, westchnąłem podczas pierwszej dogrywki. Włosi i Austriacy bramki zaczęli strzelać dopiero w jej trakcie - ale wydawało się, że nie przestaną, a moim podstawowym zmartwieniem było to, że sędzia nie mógł doliczyć więcej niż trzydzieści minut.
Reprezentanci Włoch śpiewają hymn przed meczem z Austrią, 26 czerwca 2021 r. / Fot. (Laurence Griffiths / AP Photo / East News
Z

Z każdym kolejnym meczem fazy grupowej narastał we mnie nie tylko zachwyt (bynajmniej niezwiązany z tym, z jaką pasją śpiewają hymn albo jak świetne noszą garnitury), ale także strach. Strach, że zbyt mocno zaczęli, zbyt pięknie grają, zbyt duży arsenał możliwości odsłonili. Że turnieje wygrywa się pragmatyzmem i defensywą, że nie rozwija się pawiego ogona ot tak, od razu, w pierwszych minutach meczu inauguracyjnego, że plan udziału w mistrzostwach Europy rozpisuje się na siedem spotkań (zwycięscy na poprzednim Euro Portugalczycy w fazie grupowej trzykrotnie remisowali…). Szczerze mówiąc również ten tekst piszę tyleż z zachwytu, co z poczucia ulgi - że mało brakowało, a mógłbym nie zdążyć. Że mało brakowało, a Włosi mogliby przestać śnić swój piękny sen o reprezentacji, która w dodatku wydaje się tak bardzo niewłoska.

Włoska obrona

Zaraz, chwileczkę, czy aby na pewno? Jeden z futbolowych komunałów głosi, że na każdym turnieju klasowej drużynie musi się przydarzyć jakiś słabszy mecz, nadchodzący zwłaszcza po tym, jak w spotkaniu poprzednim pewny awansu selekcjoner postanowił dać się wyszaleć dublerom. Zresztą nawet teza, że z Austrią Włochom przydarzył się słabszy mecz, wydaje się dyskusyjna: świetnie zorganizowani rywale po prostu bronili się skuteczniej niż Turcy, Szwajcarzy i Walijczycy, nie dali wbić sobie gola w pierwszej połowie, blokowali każdy strzał (raz, po uderzeniu Immobile, ratowała ich poprzeczka) i powstrzymywali każdą akcję, których wachlarz piłkarze Roberto Manciniego znów pokazali spory, w trakcie drugich czterdziestu pięciu minut zaś podeszli wyżej i miało się wrażenie, że grają o zwycięstwo. Włochów ratował VAR po minimalnym spalonym Arnautovicia, ratował ich sędzia niedyktujący karnego (był kolejny spalony?), ratował ich też Donarumma w bramce. Przy wszystkich zachwytach nad potęgą drugiej linii Verratti-Jorginho-Barella, to Sabitzer i Schlager rządzili w środku pola w końcówce drugiej połowy meczu. Słowem: Włosi grali dobrze, ale mieli godnego siebie rywala. Rywala, którego strategia rozgrywania tego spotkania w drugiej połowie zdawała się świadczyć o słuszności innego piłkarskiego komunału: że najlepszą obroną jest atak.

Do czasu. Roberto Mancini znów przeprowadził dobre zmiany i o tym, że w dogrywce padły bramki dla Włoch, zdecydowali rezerwowi - Chiesa i Pessina. Choć nawet przy stanie 2:0 niemający nic do stracenia Austriacy przypuścili kolejny szturm i zdobyli gola; co trzeba podkreślić: minęło 1168 minut od czasu, gdy Włosi stracili poprzedniego, w sumie pozostają niepokonani od 31 spotkań. Tempo gry w dogrywce, liczba szans, jakie obie drużyny miały na zmianę wyniku, pozwoliłyby napisać osobne sprawozdanie z samych ostatnich trzydziestu minut gry - i klasa, z jaką jeden z najlepszych zawodników Euro, ofensywnie usposobiony lewy obrońca Spinazzola zatrzymał się na ułamek sekundy, by opóźnić zagranie do wbiegającego w pole karne Austriaków Chiesy; klasa, z jaką ten ostatni przerzucił piłkę z jednej nogi na drugą, by zmylić obrońcę i pokonać bramkarza (starsi kibice pamiętają podobną bramkę Bergkampa na mundialu w 1998 r.), zostałaby w nim opisana na równi z wieloma innymi incydentami, wśród których eksplozja radości Pessiny przy drugiej bramce, po tym, jak Acerbi wywalczył dla niego piłkę w polu karnym Austrii, czy to, jak Kalajdzić zmieścił piłkę w siatce Donarummy, byłyby oczywiście ważne - ale niekoniecznie zdominowałyby całą opowieść.

Włoski renesans

Rzecz w tym, że nie ma na tegorocznych mistrzostwach drużyny, która prezentowałaby futbol o podobnym stopniu wyrafinowania. Przy tym, jak niewiele czasu mają selekcjonerzy na pracę z drużynami narodowymi, wydaje się wręcz niemożliwe, że zawodnicy Włoch są w stanie rozgrywać swoje akcje w takim tempie, z taką ilością zagrań z pierwszej piłki i z takim stopniem zrozumienia - w zasadzie z podopiecznymi Pepa Guardioli w kolejnych klubach prowadzonych przez Katalończyka należałoby ich porównywać, a nie z innymi reprezentacjami. Nieprzypadkowo styl gry tej reprezentacji określa się czasem mianem tiki-Italia, w nawiązaniu do tiki-taki Barcelony Guardioli.

Ci, którzy na włoskiej piłce znają się lepiej ode mnie, pytani, jak to możliwe, podkreślają, że katastrofa, jaka spotkała tamtejszą drużynę narodową w 2017 roku, gdy przegrała baraże ze Szwecją i straciła szansę gry na mundialu w Rosji, była, owszem, przykra - ale proces naprawczy trwał już od jakiegoś czasu i dotyczył zwłaszcza pracy z młodzieżą, której doglądali wówczas Maurizio Viscidi i legendarny Arrigo Sacchi. Zawodnicy kluczowi w dzisiejszej kadrze Manciniego - Insigne, Immobile, Verratti - występowali wspólnie już w finale młodzieżowych mistrzostw Europy w 2013 roku; kolejny podstawowy piłkarz Barella mówi, że większość tych chłopaków spotyka od czasu występów w drużynie U-15 i że naprawdę rozumie ich bez słów.


Polecamy: pomeczowe analizy i felietony Michała Okońskiego w specjalnym serwisie "TP" na mistrzostwa Europy


Co ważne: nie ma wśród nich jednej, wybijającej się megagwiazdy, na którą inni musieliby pracować. Co jeszcze ważniejsze: Viscidi i Sacchi nie wierzyli, że istotą włoskiej piłki jest defensywa, ewentualnie zdobywanie bramek po kontratakach. Gdyby każde użycie przez telewizyjnych sprawozdawców słowa catenaccio było karane datkiem na cel charytatywny, nasz świat wyglądałby lepiej, ale ta drużyna od catenaccio jest najdalsza. W znakomitym tekście Jamesa Horncastle’a na portalu The Athletic wyczytałem raczej, że wedle Viscidiego cztery pryncypia rewolucji kulturowej zaprowadzanej przez włoską myśl szkoleniową na wszystkich szczeblach drużyn narodowych streszczały się w akronimie CARP, gdzie C pochodziło od costruzione (budowa, w tym kontekście: rozgrywanie piłki od obrony), A od ampiezza (amplituda, w tym kontekście: szerokość gry), R od rifinitura (wykończenie; umiejętność gry między liniami rywala oraz przed i w obrębie jego pola karnego), zaś P od profontita (głębokość, przestrzeń za plecami przeciwników). Od dobrych paru lat przepisem na grę Włochów było więc zdominowanie rywala i ofensywa, a także - prosta rzecz - pressing; grające w ten sposób drużyny do lat 17, 19 i 20 przywoziły medale z kolejnych mistrzostw kontynentu i świata. A grająca w ten sposób na Euro dorosła reprezentacja przypomina miasto idealne, jak Pienza papieża Piccolominiego.

Włoska szkoła

Co więc w opowieści o Włochach najważniejsze, i co przy okazji odsyła nas do tematów związanych z futbolem znad Wisły, gdzie trwa kolejny sąd nad selekcjonerem, który nie spełnił oczekiwań - a przy okazji kampania wyborcza w PZPN, który wkrótce będzie wybierał nowego prezesa po zakończeniu kadencji Zbigniewa Bońka: wygląda na to, że jeśli znów chcesz mieć wspaniałą reprezentację, nie powinieneś dyskutować wyłącznie o paszporcie jej trenera albo o tym, czy Moder zagrałby lepiej od Krychowiaka, a Milik od Świderskiego. Potrzebujesz pracować przede wszystkim na zapleczu, rozwijać i uszczegóławiać tzw. Narodowy Model Gry (ktoś w mediach o nim jeszcze pamięta?), inwestować w pracę z młodzieżą, dowartościowywać system szkolenia, uczyć pressingu i utrzymywania się przy piłce, a nie wyłącznie kontrataku, rzekomo tkwiącego w polskim DNA równie silnie jak we włoskim catenaccio. Być może sukces nie przyjdzie natychmiast, ale jeśli przyjdzie - nie będzie efektem liczenia wyłącznie na kolejny cudowny mecz coraz starszego skądinąd Roberta Lewandowskiego.

Roberto Mancini, jak Paulo Sousa, nie boi się stawiać na młodych zawodników, pamiętając być może, jak w przeszłości stawiano na niego samego. Nie ogranicza się też do sięgania po piłkarzy z tradycyjnie największych klubów Italii. O obliczu jego drużyny decydują gracze maleńskiego Sassuolo czy Atalanty; gdzież im do glamouru superklubów z Mediolanu czy Turynu. Jeśli więc przez lata powtarzano, że piłka jest jedynym, co jednoczy ów podzielony kraj - Mancini potrafił wesprzeć proces jednoczenia. I choć jeszcze przed rozpoczęciem Euro przekonywał, że najlepszym sposobem na sukces jest owo beztroskie podejście, które cechuje wychodzące z piłką na włoskie place dzieciaki, wypada zauważyć, że - na miły Bóg! - jego dzieciaki są naprawdę dobrze wykształcone.


Eurodostęp 2021 - oferta specjalna
https://www.tygodnikpowszechny.pl/sklep
Eurodostęp 2021 - oferta specjalna

Kup roczny dostęp do strony TygodnikPowszechny.pl i odbierz w prezencie książkę Michała Okońskiego "Światło bramki". Nie czekaj, oferta ograniczona! Sprawdź →

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Dziennikarz, redaktor wydań specjalnych i publicysta działu krajowego „Tygodnika Powszechnego”, specjalizuje się w pisaniu o piłce nożnej i o stosunkach polsko-żydowskich. W redakcji od...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]