W „Ośmiu i pół” Federico Felliniego bohater przekazuje drogą telepatii tajemniczą formułę „Asa Nisi Masa”, która pod pozorem przypadkowej zbitki sylab skrywa słowo „anima”, „dusza”. Filmowe zaklęcie pochodzi z tajnej mowy dzieci, znanej chyba malcom wszystkich kontynentów chcących ukryć coś przed uszami dorosłych. Dokładanie dodatkowej sylaby, skracanie słów, próby mówienia od końca – te dziecięce praktyki leżą na pograniczu zabawy, poezji i w pewnym sensie także magii.
Dziecięce rymowanki czy tajemne zaklęcia
Nic dziwnego, że legenda dorobiła popularnym rymowankom mroczny rodowód, każąc doszukiwać się w nich (koniec końców niesłusznie) pradawnych ech epoki czarownic. Na pewno jednak chodzi w nich o tajemnicę, którą trzeba chronić, i o powoływanie do życia nowych znaczeń.
Jest jakaś dziecięca naturalność w wymyślaniu i używaniu sekretnych kodów, tak jakby był to wynalazek, który tylko czeka w ukryciu na swą potrzebę. Mam przekonanie, że my, ludzie, nie jesteśmy jednak aż tacy głupi, choć niewątpliwie bywamy; czasem mimo naszej woli uruchamiają się nam jakby samoistnie przedziwne hamulce, które sprawiają, że jednak nie wszystko da się ludziom wmówić, dowolnie ulepić, urobić tępym konformizmem czy schlebianiem niskim pobudkom. To wszystko oczywiście działa – i bywa, że dajemy się ogłupiać z lubością, lecz nie na sto procent.
Dlatego nawet brutalne czy wyrafinowane przedsięwzięcia z dziedziny cenzury, prania mózgu czy inżynierii umysłu w końcu natrafiają na ograniczenia. Jest to mechanizm osobliwy, który włącza się niemal zanim zdążymy o nim pomyśleć i niejako ratuje nas przed nami samymi.
Ostatnio przy okazji poszukiwań czegoś do pracy czytałam publikacje naukowe folklorystów z niełatwych lat 80. Znakomity naukowiec z tej dziedziny, Piotr Kowalski, pisząc na temat tak z pozoru błahy jak kultura popularna, musiał wręcz stawać na rzęsach, by powiedzieć to, co chciał powiedzieć, w sposób dostatecznie enigmatyczny, by przemknąć pod radarem cenzury. Była to jedna z publikacji przeznaczonych do czytania między wierszami i sama musiałam wykonać pracę dekodowania i główkowania, co szybko zmieniło się zresztą w detektywistyczną frajdę. Dawno nie trzeba było się tak nagimnastykować, myślałam sobie.
Jak radzić sobie z cenzurą
Mnie ta konieczność znana była i tak już z drugiej ręki. Prof. Ryszard Nycz pisał kiedyś, że wraz z likwidacją urzędowej cenzury skarb wiedzy i umiejętności wyćwiczonych przez lata życia z tym nadzorcą nad głową nagle zatonął jak Atlantyda. Z dnia na dzień przestał być potrzebny. Ale – jak to bywa z rzeczami, które odkładamy na strych – nigdy nie wiadomo, kiedy się nam przydadzą. Tak może się stać z mową ezopową, biegłością w posługiwaniu się leksykonem symboli i alegorii, czułością na aluzję, umiejętnością konstruowania piętrowych listów do właściwego adresata, a po stronie adresata – prawidłowego ich odpakowywania.
Troszkę nam zardzewiały te umiejętności, ale kto wie, czy niespodziewanie nie będzie warto ich odkurzyć. I to wcale nie dlatego, że zostanie powołany jakiś nowy smutny urząd, lecz z powodu terrorku rzeczy pozornie fajnych.
Kaprysy cenzury czy wszechwładne algorytmy
Kaprysy gospodarki algorytmów już mamy częściowo przećwiczone. A z historii cenzury wiemy przecież dobrze, że jest ona przede wszystkim kapryśna i lubi sprawiać, że ludzie siedzą jak na szpilkach, nie wiedząc, za co tym razem można podpaść, choć wczoraj było to jeszcze dozwolone. Teraz dochodzą do tego nowe kłopoty związane choćby z dyskretnymi sposobami rejestracji mowy i obrazu przez gadżety w rodzaju „sprytnych okularów”; nie trzeba wyobraźni na skalę Lema, by wyobrazić sobie, co i na ile sposobów może tutaj pójść źle.
A ponieważ prawo często nie nadąża za rozwojem technologicznym i inwencją w nadużywaniu nowych urządzeń, zawsze warto radzić sobie samodzielnie. I w potencjalnie drażliwych sytuacjach przechodzić na sekretny kod: asa nisi masa…
Wspaniale móc odłożyć na półkę wszelkie specjalne strategie postępowania i pobyć sobą czy mówić od serca bez konsekwencji dla własnego bezpieczeństwa i prywatności. Niestety, najwidoczniej jest to jak błogie niedzielne leniuchowanie na kanapie i musi trwać krótko. Podobno w USA nastolatki odkrywają właśnie, że można ominąć bany w mediach społecznościowych, anonsując protest jako koncert: patenty, które Polak zna jak abecadło. Współczesne technologie zmuszą nas ponownie do wyczynowej gimnastyki. Ale przynajmniej takie ćwiczenia już dobrze znamy.

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.
















