Razu pewnego Arcykonstruktor Trurl stworzył automat pokraczny – i tak zaprogramowany, by się wszystkim radował, wszystkim cieszył, a stąd określony jako Kontemplator Bytu Szczęsny. A w skrócie: Kobyszczę. „Kontemplator, rozkraczony na trzech metalowych nogach, wodził lunetowatymi oczyskami po otoczeniu, a czy natrafił wzrokiem na deskę parkanu, na głaz czy stary trzewik, niezmiernie się zachwycał, tak iż postękiwał z cicha od nadzwyczajnej lubości, co go rozpierała. Kiedy zaś słońce zaszło i zorze niebo zaróżowiły, kucnął nawet od zachwycenia”.
Pominąwszy ten ostatni przykład, ten landszaft w ultymatywnych różach, stwierdzić można, iż twórca Arcykonstruktora, a tym samym Kontemplatora, Stanisław Lem, przeciął się w swoim pisaniu z koncepcją sztuki ubogiej, czyli arte povera (zwanej tak w latach 60. ubiegłego wieku). Ba, może nawet inspirował się wprost konceptem sztuki znajdującej walory estetyczne we wszystkim, co niepozorne, byle jakie, a choćby i plugawe. Trudno o lepszy przykład niż deska z dziurą wyrwana z jakiegoś prewetu, stanowiąca już w czasie wojny oś ideową „Powrotu Odysa” (wedle Wyspiańskiego) w inscenizacji Tadeusza Kantora. Dowiódł tego jasno w studium „Deska” prof. Mieczysław Porębski.
Do rzeczy: co z uciechą? Kobyszczę kontemplowało wszystko jak leci, zaznając przy tym szczęścia – co prawda stopniowalnego, jak czytamy, lecz nie do podważenia. Warsztat konstruktorski Trurla, do schludnych nienależący, był dlań niczym jaskinia Ali Baby. Serie zachwytów obnażyły jednak problem. Skoro bowiem kogoś cieszy wszystko, a niesmak, zwątpienie czy nuda są mu niedostępne, znaczy to, że pozbawiony jest wolnej woli – całkiem niby publiczność na wystawach arte povera, ciesząca się na akord i równie entuzjastyczna względem wszystkiego. Istotą rzeczy jest bowiem zdolność odróżniania i przedkładania jednego starego trzewika czy deski nad inne. A to wymaga rozeznania. Trurl pojął to w pewnym momencie i wprawił Kobyszczęciu w brzuch pozłacany manometr wyskalowany w jednostkach szczęścia, czyli hedach. Każdy, kto zastanawia się, co go cieszy, winien poznać logikę tej skali:
„Za jeden hed przyjął [Trurl] tę ilość ekstazy, jakiej się doznaje, gdy przebędzie się cztery mile w bucie z gwoździem wystającym, a potem gwóźdź się usunie. Pomnożył drogę przez czas, podzielił przez zadziorność gwoździa, przed nawias wyprowadził współczynnik pięty zmęczonej i tak mu się udało przełożyć szczęście na układ centymetr-gram-sekunda. (...) Wpatrując się w poplamiony oliwą fartuch roboczy Trurla (...) Kontemplator, zależnie od kąta nachylenia i ogólnego oświetlenia, doznawał od 11,8 do 18,9 hedów na plamę, łatę i sekundę”. Wspaniałe rachunki, prawda? Algorytm egzystencjalny gwoździa w bucie w niejednej biografii znalazłby odzwierciedlenie (może zresztą pozbycie się gwoździa jest jednym z najbardziej wyrazistych momentów na mapie uczuć?).
Autorowi przypowieści patronowały najwyraźniej dzieła (i tychże interpretacje) z kręgu tryumfującej w latach powstawania tekstu tzw. abstrakcji niegeometrycznej, czyli informelu, to jedno. Drugie: wpierane w publikę stany duchowe związane z poszukiwaniem sensu malunków zupełnie bezsensownych. Co do wymienionych powyżej efektów pozaestetycznych, Lem popełnił błąd. Cztery mile to bardzo dużo. Drogę z gwoździem w bucie pomnożyć należy przez kwadrat czasu, gdyż gwóźdź uwiera nawet wówczas, gdy się stoi.
Dość wmyślić się w istotę przykładu z gwoździem, by rozpoznać – i bez liczenia – znany egzystencjalny paradoks. Uciecha bądź nawet szczęście następuje, gdy znika cierpienie. Jednakże, jak wie każdy doświadczony bólem zęba, ilość i jakość cierpienia dostarczanego przez ząb nie równa się ilości i jakości rozkosznej ulgi po zęba wyrwaniu. Cierpienia jest zawsze wielokroć więcej niż ulgi, która oznacza zaledwie przywróconą nareszcie normalność. Stąd wskazania Trurlowskiego felicytometru oznaczają w praktyce bytowej tyle, co porcjowanie wytchnienia. Odkrywcą opisanego wyżej paradoksu jest, oczywiście, Arthur Schopenhauer, pilnie przez Lema czytany. Schopenhauer – twórca formuły, że dla pojęcia asymetrii uciechy dość porównać męczarnie istoty zjadanej z satysfakcją istoty zjadającej. Okrutna proporcja.
Nie zapominajmy jednak o trzech oczyskach-lunetach Kobyszczęcia. Przyjęty przy jego tworzeniu (fundamentalny dla estetyki) koncept postrzegania jako podstawy szczęścia wyłożył Trurl swemu odwiecznemu rywalowi, sceptykowi imieniem Klapaucjusz:
„Aktywnym sposobem bezustannie postrzega! – wyjaśnił. – I nie po prostu postrzega, notując, lecz czyni to intensywnie, w skupieniu i pracowicie, a cokolwiek postrzeże, przyprawia je o niewypowiedzianą zgoła lubość! I lubość ta, wypełniając jego anody i obwody, daje mu czarowny błogostan, którego oznaką są te właśnie pojęki, jakie słyszysz w tej chwili, kiedy wpatruje się w twoje, banalne skądinąd rysy”. Dałoby się ten tekst czytać, nie bez rozbawienia, z wydaną wówczas (1965 rok), sławną skądinąd książką o charakterze zgoła odmiennym. Okrutna by to była parodia, jeśli w głowie Lema urodził się taki żart (w mojej, w każdym razie, postał). Idzie o tekst przyjaciela i sąsiada Lema zza płota, Jana Błońskiego: „Widzieć jasno w zachwyceniu!”. Ściśle temu oddaje się Kobyszczę, a zatem i nic odeń nie lepszy Marcel Proust z dzieła Błońskiego. Wyobraźcie ich sobie razem „kucających od zachwycenia”. Trudno się nie ucieszyć.
Bezlitośnie wydrwiony przez Klapaucjusza, Trurl podjął kolejne eksperymenty, o których innym razem, aż wreszcie wpadł na pomysł kopernikański co do joty. Wyciągnął z rupieciarni nieszczęsne Kobyszczę i „wetknął mu małą przystawkę inteligencji”. Sytuacja zmieniła się diametralnie. Nie da się ukryć: nie na korzyść Arcykonstruktora. Gdyż w Kobyszczęciu zalęgła się myśl krytyczna. A gdy już raz myśl krytyczna znajdzie sobie dojście i lodowato błyśnie, z prawdziwie spontanicznym cieszeniem się bywa krucho:
„Podobać to mi się dalej wszystko podoba, powstrzymuję wszelako podziw refleksją, ponieważ chcę się pierwej dowiedzieć, dlaczego właściwie mi się podoba, to jest skąd, a także po co, czyli w jakim celu. (...) Czuję, że coś każe mi także i ciebie podziwiać, lecz rozwaga nakazuje przeciwstawić się owemu parciu wewnętrznemu, bo czyż nie może być ono pułapką na mnie zastawioną?”. Kontemplator Bytu, jeśli ów Byt może być po kartezjańsku podstępny, przestaje być Szczęsny, staje się zaś „wątły, niebaczny, rozdwojony w sobie”. A tak brzmi właśnie fraza dawnego poety, która tak zainfekowała wyobraźnię sąsiada, czyli Jana Błońskiego (nie tylko jego zresztą), że poświęcił mu tezę doktorską („Mikołaj Sęp-Szarzyński a początki polskiego baroku”, 1967). Wraz z Kartezjuszem i Sępem zawędrowaliśmy oto do XVII wieku. A Kontemplator traci niewinność bezrefleksyjnej szczęsności.
Podziw Kobyszczęcia dla swego stwórcy, podszyty destruującą refleksją, przejawia cechę, którą Lem bodaj odkrył, a na pewno genialnie wychwycił. Nazwać ją można prawem szczęściorodnej homeostazy. Oddalający się, bo wciąż podejrzany stan uciechy z czegokolwiek domaga się wyrównania zadowoleń na drodze przebudowy podmiotu. Jako że Kobyszczę zyskało tymczasem rangę podmiotu, a każdy podmiot, by móc być takowym, żąda metafizycznej pewności siebie. Musi więc zacząć od siebie. Wtedy i tylko wtedy, rozumuje Kobyszczę, coś może mi się podobać, jeśli samo się sobie spodobam. Tylko wówczas coś mnie ucieszy, jeśli samo się sobą ucieszę. Trurl z irytacją odkrywa, że dialog z jego pechowym wytworem przesuwa się raptem na grunt mistyczny. Kobyszczę nadaje z taką oto, iście teologiczną, logiką:
„Co tobie się wydaje przypadkowym zbiegiem okoliczności, wcale nim być nie musi. Brak stalowej blachy wziąłeś, być może, za akcydens, lecz skąd wiesz, czy nie ustanowiła go Wyższa Konieczność? Obecność blachy miedzianej wydała ci się tylko poręczna, ale i tu zaszła na pewno ingerencja Harmonii Przedustawnej. Także w liczbie mych oczu oraz nóg muszą się kryć otchłanne Tajemnice Wyższego Porządku jako Wiekuiste Znaczenia tych liczb, stosunków oraz proporcji. I tak, zarówno trzy, jak i pięć – to liczby pierwsze. A wszak mogłaby się jedna dzielić przez drugą – uważasz? Trzy razy pięć jest piętnaście, to znaczy jeden i piątka; dodane – dają sześć, a sześć dzielone przez trzy daje dwa, czyli liczbę moich barw (...). Miałżeby taki precyzyjny stosunek wynikać z przypadku? Śmieszne rzeczy! Jestem istotą wykraczającą poza twój małostkowy horyzont, ślusarzu prymitywny! (...) Widzę w tych cechach odbicie związków istnienia jako Symetrii, której znaczenia jeszcze nie pojmuję jak należy”.
Lem miał to przepracowane już 60 lat temu: wyłożony tu został niewątpliwie tzw. Inteligentny Projekt! Nie jest przypadkiem, iż Kobyszczę to wytwór myśli inżynieryjnej. A jeśli jest konstrukt, to musi być i konstruktor. Podobnie dla wyznawców Inteligentnego Projektu: skoro mamy stworzenie, to mamy i stwórcę. Ateista Lem, szepnijmy to sobie na ucho, rozwija aberracyjną dlań myśl w czysty absurd. Oczywiście, głupawy Trurl to dla Kobyszczęcia – tkniętego z nagła łaską teologicznej jasności – ledwie narzędzie w dłoni Absolutu, którego istoty odtąd dociekać będzie ono przez resztę swych dni. O żadnym kontemplowaniu czegokolwiek nie ma już mowy: kabalistyka zabiła potrzebę radości. Nic w tym dziwnego, że wściekły Trurl wlecze wierzgające Kobyszczę na powrót do rupieciarni: niech tam sobie obcuje z własną doskonałością i wynikającym z niej Absolutem.
Zamiast istoty cieszącej się istnieniem, stworzył rozum zatrzaśnięty w sobie. A raczej – tak mu wyszło z natury rzeczy; taka ewolucja była nieuchronna. Krótko mówiąc – Kobyszczę, nie postrzegając już niczego, jest wreszcie szczęśliwe jako Sartrowski byt-w-sobie. Pępkocentryzm, a może ściślej: solipsyzm Kobyszczęcia w komórce zakrawa na odprawę Lema daną sztuce konceptualnej, obywającej się bez dzieł, bez form, a w szczególnie udanych przypadkach: bez myśli.
Przygoda Trurla z Kobyszczęciem i urodą świata jako źródłem szczęścia jest tylko fragmentem przypowieści „Kobyszczę”, ta zaś – fragmentem „Cyberiady”. Niewykluczone, że Lem, zmagający się z paradoksami sposobów uszczęśliwienia ludzkości, nawet nie dostrzegł, że wkracza na teren estetyki pojętej jako punkt wyjścia refleksji etycznych. Ciekawie było jednak wyodrębnić ten wątek, chyba niedostrzegany, komentować myśl ukrytą w alegorii i towarzyszyć jej uwikłaniom. To właśnie lubię, to sobie cenię i to mnie cieszy w moich sprawach z literaturą, wciąż, jak sądzę, niedoczytaną, do końca nierozpoznaną i często lekceważoną, odsyłaną do kąta i na półki antykwariatów. Kto chce, może nazwać to misją: snucie takich, jak wyżej, rozważań, oby w jakimś stopniu sensownych, uważam za konieczne, by czyjejś pracy w słowie dać przyszłość. Wierzę, że podtrzymywanie takiej transmisji między umysłowościami pisarzy a umysłami czytelników uzasadnia literaturę (i radość poznawczą z tejże), a tym, którzy podejmują takie wyzwanie lektury i myślenia (a czasem i spekulacji), tworzy azyl. Azyl bez konkretnego adresu instytucjonalnego, lecz – bywa – z konkretnym adresem ludzkim.
Gdy obmyślałam koncept Lema, który zaprowadził mnie krętą dróżką do Błońskiego, przypomniałam sobie, nie bez frajdy, o innym jeszcze bohaterze myśli krakowskiego krytyka: o Bolesławie Micińskim, o jego listach do Jerzego Stempowskiego. W kontekście poruszającego świadectwa przyjaźni, ale i samej radości współmyślenia. Ciężko chory Miciński notuje w jednym z listów (maj/czerwiec 1940) tęsknotę, którą moja wyobraźnia żywiła się i żywi. Spisuję ją za nim: „Nachodzi mnie teraz często taka myśl: trzeba będzie, jak przyjdzie lepszy czas, wynająć trzy pokoje na Wspólnej albo na Kruczej i założyć prywatny uniwersytet. Coś w rodzaju teatru Antoine’a. Przeglądam już w myśli prace seminaryjne na temat: »Porządek dóbr według Bouvarda i Pecucheta«, albo tytuł zawilszy: »Relatywizm jako idea regulatywna intelektu a Sąd Ostateczny jako idea regulatywna i postulat moralności według Kanta...«. Chętnie byłbym pedlem w takim uniwersytecie, gdyby zechciał Pan być jego rektorem! Byłaby to, jak sądzę, pożyteczna instytucja (...). Dużo myślę o przyszłości i dlatego nachodzą mnie takie fantazje”. Obyśmy mieli gdzie, obyśmy mieli z kim tak myśleć. I tak się bawić.
Eliza Kącka jest literaturoznawczynią i pisarką. Ostatnio opublikowała „Wczoraj byłaś zła na zielono”. Z „Tygodnikiem” współpracuje od 2016 r., od 2023 r. jako felietonistka.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.
















