Mario Vargas Llosa: „To dla Pani ta cisza”. Pożegnalna powieść noblisty

Mario Vargas Llosa przed Noblem i po Noblu w 2010 r. to literacka marka pierwszej kategorii. Ostatni żyjący dinozaur literatury latynoskiej bez trudu nawiązuje dziś kontakt z czytelnikami na całym świecie.
Czyta się kilka minut
Mario Vargas Llosa we Francji, 17 października 2014 r. // Fot. Anne-Christine Poujoulat / AFP / East News
Mario Vargas Llosa we Francji, 17 października 2014 r. // Fot. Anne-Christine Poujoulat / AFP / East News

„Myślę, że powieść jest już skończona. Teraz chciałbym napisać esej o Sartrze, moim mistrzu z czasów młodości. To będzie ostatnia rzecz, jaką napiszę” – tak brzmią ostatnie zdania najnowszej książki Maria Vargasa Llosy. Koniec pewnej epoki? Tak naprawdę to kilku.

„To dla Pani ta cisza” ukazała się oryginalnie rok temu, poniekąd z definicji stając się dużym wydarzeniem literackim, jak każda nowa powieść peruwiańskiego noblisty. Bo choć przynajmniej część czytelników i, spora, krytyki zgadza się, że największe dzieła osiemdziesięcioośmioletni Vargas Llosa ma już dawno za sobą, to jednak jego nowe powieści – a czasem także tomy eseistyczne – nadal budzą zainteresowanie i są masowo czytane, bynajmniej nie tylko ze względu na wydawniczy marketing.

Trzy powieści rzucające na kolana

Vargas Llosa jest literackim fenomenem i to z paru powodów. W literackim obiegu – i to w najwyższych jego rewirach – utrzymuje się od, bagatela, sześciu i pół dekady, publikując regularnie i obficie: najdłuższą, bo pięcioletnią przerwę zaliczył na przełomie lat 80. i 90., kiedy to zaangażowanie w politykę i kampania prezydencka pochłonęły go niemal kompletnie.

Oczywiście płodnych i żywotnych twórców znaleźć można więcej, rzecz w tym, że Peruwiańczyk od razu wskoczył do pierwszej ligi, stając się jednym z najjaśniejszych nazwisk latynoskiego boomu: debiutancki tomik opowiadań z 1959 r. przeszedł bez większego echa, ale lata 60. to istny tour de force pisarza: „Miasto i psy”, „Zielony Dom” i „Rozmowa w »Katedrze«”, trzy wybitne powieści w trzyletnich odstępach – gdyby Vargas Llosa niczego więcej nie napisał, i tak wciąż byśmy go czytali i pamiętali. Te trzy tytuły ugruntowały jego pozycję jako tytana pracy (są to powieści potężne) i mistrza formy, który konstruuje swoje teksty z inżynieryjną precyzją: „Zielony Dom” układający się jak wielkie puzzle czy „Rozmowa…” o splątanych planach czasowych, a przecież tak doskonale czytelna – to są powieści do dziś rzucające na kolana.

Po tej trójcy mistrz nieco się zmęczył, a także otworzył na nowe rejestry: w latach 70. w jego powieściach pojawia się humor. „Pantaleon i wizytantki”, to kawał bardzo dowcipnej satyry i zabawa z kulturą popularną, „Ciotka Julia i skryba” czerpie garściami ze słuchowisk, radiowych przodków telenoweli; sama zresztą została jako telenowela zekranizowana. Wreszcie gra z gatunkami: „Kto zabił Palomina Molero?” to wszak kryminał, w „Pochwale macochy” zaś pisarz porwał się na powieść erotyczną, z bardzo ciekawymi – na tle silnie skonwencjonalizowanego gatunku – efektami.

W latach 80. Vargas Llosa eksperymentuje już rzadziej i ostrożniej, choć wciąż zdarzają się pod tym względem błyskotliwe teksty, jak choćby „Historia Alejandra Mayty”, w której ostatni rozdział kompletnie odmienia sens wszystkiego, co dotąd przeczytaliśmy. W latach 90., kiedy do głosu dochodzi nowe pokolenie pisarek i pisarzy z Ameryki Łacińskiej, ludzi, którzy przyszli na świat, gdy boom trwał w najlepsze, Vargas Llosa tworzy dalej i zdarzają mu się wciąż powieści wybitne – jak „Lituma w Andach” – czy bardzo dobre – jak „Święto Kozła” (z 2000 r.).

Polityczne zaangażowanie Llosy

W XXI wieku pisze dalej: to już nie są powieści, które imponowałyby formą czy rozmachem, sprawiają wrażenie pisanych szybciej, autor stosuje tu sprawdzone techniki narracji, to teksty mniej, by tak rzec, kaloryczne, ale wciąż się podobają i literacki Nobel z 2010 r. wcale nie okazał się jakąś specjalną katapultą – Vargas Llosa i przed Noblem i po Noblu to była i jest literacka marka pierwszej kategorii. Dziś, gdy kolejna generacja wchodzi do literatury, ów ostatni żyjący dinozaur rozkwitu literatury latynoskiej tworzy i bez trudu nawiązuje kontakt z czytelnikami na całym świecie.

Będąc pisarzem niezwykle pracowitym – w poprzednim akapicie skupiam się na jego powieściach, ale przecież ma on na koncie pokaźną biblioteczkę tomów eseistycznych, ogromny korpus tekstów dziennikarskich i jeszcze kilka niezłych sztuk teatralnych – Vargas Llosa przez te wszystkie dekady dał się poznać jako osoba niezwykle aktywna publicznie.

Od lat 60. angażował się politycznie – najpierw na rzecz rewolucji kubańskiej, później jako krytyk coraz bardziej zamordystycznego reżimu Castro. W latach 80. wciągnął się w politykę krajową – Peru wychodziło właśnie w dość opłakanym stanie z kilkunastoletniej dyktatury wojskowej – co ostatecznie doprowadziło go do ubiegania się o urząd prezydenta w 1990 r. Przegrał, z korzyścią dla literatury, ale chyba nie dla Peru; bo choć nie wiadomo, jakim by był prezydentem, to wiadomo, jak fatalne były rządy jego zwycięskiego rywala, Alberta Fujimori.

Od tamtej kampanii niestrudzenie – pytanie, czy zawsze potrzebnie – angażuje się w polityczne spory, nie ma wyborów w Peru, w których pisarz nie wsparłby któregoś z kandydatów. W bieżącym stuleciu zaś awansował do roli klasycznego celebryty, kolorowe pisma kiedyś, a dziś portale, rozpisują się o jego kuracjach zdrowotnych w Marbelli czy – jeszcze chętniej – o romansie z Isabel Preysler, w który to pisarz wdał się w wieku, kiedy romanse raczej się nie zdarzają.

Vargas Llosa jak ryba w wodzie – by nawiązać do tytułu jego wspomnień – czuje się w atmosferze skandalu i konfrontacji: uwielbiał wdawać się w polemiki, pisać ostre teksty, skandale obyczajowe też go jakoś specjalnie nie peszyły. Człowiek wulkan, chciałoby się rzec.

„To dla Pani ta cisza”: pochwała peruwiańskości

Najnowsza powieść noblisty, „To dla Pani ta cisza”, właśnie ukazuje się po polsku. Na pierwszy rzut oka jawi się jako dość skromnie zakrojona, acz jeśli przyjrzeć się jej nieco uważniej, kryje w sobie kilka niespodzianek.

Jej bohaterem jest Toño Azpilcueta, człowiek prosty i prowadzący aż nazbyt spokojną egzystencję. Mąż, ojciec, utrzymuje się z pensji nauczycielskiej, ma jednak jedną wielką pasję: peruwiańską muzykę kreolską. Chodzi na koncerty, rozmawia z wykonawcami i od czasu do czasu publikuje jakieś recenzje czy artykuliki w efemerycznych pismach branżowych.

Pewnego dnia trafia na koncert nikomu nieznanego gitarzysty Lala Molfino – i zdaje sobie sprawę, że obcuje z wyjątkowym talentem muzycznym. A kiedy niewiele później dociera do niego wieść o śmierci chłopaka, Toño podejmuje decyzję: napisze o nim książkę; o nim i w ogóle o peruwiańskiej muzyce. Rozpoczyna więc śledztwo, by dowiedzieć się czegoś o genialnym wirtuozie, a potem przystępuje do pracy nad dziełem, które rozrasta się do rozmiarów wielkiego traktatu o peruwiańskości.

Azpilcueta pisze o Molfino, ale także o innych wykonawcach (o ile sam Molfino jest postacią fikcyjną, to wokalistki i kompozytorzy przewijający się przez karty powieści są jak najbardziej autentyczni), o historii muzyki ludowej w Peru i o historii Peru jako takiej… Wydawnicze perypetie bohatera mają słodko-gorzki posmak, są chwile chwały, są i upadki, sporo też dzieje się w osobistym życiu Toñego. Rozdziały opowiadające o przypadkach Azpilcuety przeplatają się z rozdziałami zawierającymi fragmenty jego dzieła.

O ile z początku możemy mieć wrażenie, że jest to ot, taka lekka historia o samozwańczym intelektualiście, takim trochę sympatycznym prostaczku, to w miarę lektury zdajemy sobie sprawę, że chodzi tu o kwestię naprawdę poważną. Azpilcueta pisze tę swoją książkę w nadziei, że uda mu się wskazać źródło jedności narodowej Peruwiańczyków, namierzyć to, co łączy mieszkańców tego kraju – a moment dziejowy jest szczególny, są to bowiem lata 80., kiedy kraj pogrążył się de facto w wojnie domowej między terrorystyczną organizacją Świetlisty Szlak a państwem, które odpowiadało na zagrożenie równie terrorystycznymi praktykami: słowem, to lata, w których Peruwiańczycy zabijali się tysiącami.

Czyż nadzieja, że jakaś książka zmieni ten stan rzeczy, nie jest naiwna? Pewnie że tak, ale zarazem wzruszająca i poruszająca. Azpilcueta szuka narodowego wspólnego mianownika w kulturze, a konkretnie w muzyce, która dociera do wszystkich, i jest to pomysł bez dwóch zdań ciekawy – to trochę tak, jakbyśmy szukali polskości w znanych nam melodiach, ale nie u Chopina czy Moniuszki, tylko w muzyce biesiadnej (z góry przepraszam kreolskich muzyków z Peru za to porównanie). To jest bardzo interesujący koncept.

Pytanie, które nie daje mi spokoju, brzmi: czy Azpilcuetę powinniśmy postrzegać jako alter ego pisarza? Czy wywody bohatera na temat peruwiańskiej tożsamości należy przypisywać samemu autorowi? Jeśli tak – byłoby to bardzo zaskakujące na tle dotychczasowej postawy Vargasa Llosy.

Mario Vargas Llosa i kultura andyjska

W kraju takim jak Peru społeczne konflikty bardzo często – jak łatwo się domyślić – przebiegają po linii rasowej. Vargas Llosa jest członkiem białej elity, w jego rysach trudno dopatrzeć się jakichś metyskich przodków, jest wykształcony, zamożny, ustosunkowany, mówi czystą hiszpańszczyzną – i tak dalej – i wszystkim tym różni się od metyskiej i rdzennej większości.

W kraju i w całym regionie postrzegany jest jako prawicowiec – od kiedy jako jeden z pierwszych odwrócił się od castrowskiej rewolucji – sam uważa się za liberała; w tradycyjnym podziale na „hispanistów” (kładących nacisk na dziedzictwo hiszpańskie) i indygenistów (zwolenników tezy, że dla tożsamości Peru ważniejsze jest to, co rdzenne, oraz dziedzictwo Państwa Inków) zalicza się wyraźnie do tych pierwszych.

Jego wypowiedzi dotyczące ludności czy kultury andyjskiej przyjmowane były i są bardzo negatywnie przez sporą część społeczeństwa. Emblematycznym przypadkiem była komisja śledcza, na czele której, na początku lat 80., stanął właśnie Vargas Llosa (i komisja ta znana jest pod jego nazwiskiem). Miała na celu wyjaśnienie sprawy śmierci grupy dziennikarzy w odległej andyjskiej miejscowości. Fakty ustalono poprawnie (była to tragiczna pomyłka: rdzenni mieszkańcy wzięli obcych za terrorystów i ich zabili), ale dobudowana do niej interpretacja kulturowa już wtedy – a tym bardziej dziś – jawiła się jako rasistowska: postępowanie Indian Keczua jest tu tłumaczone ich prymitywizmem, odcięciem od świata zewnętrznego i wrodzoną brutalnością ich kultury.

Wydana dekadę później powieść „Lituma w Andach” Llosy dolała oliwy do ognia, bo i tu andyjska kultura pokazana jest jako brutalna, zaś w ogłoszonym krótko po niej eseju „Archaiczna utopia”, którego bohaterem był ikoniczny dla indygenistów pisarz José María Arguedas i inne kluczowe postaci tego ruchu, Vargas Llosa naprawdę nie brał jeńców: stawia tu m.in. tezę o tym, że nie ma już prawdziwej kultury andyjskiej, tylko „cultura chicha”, coś w rodzaju mieszanki andyjsko-miejskiej, opisywanej przez pisarza bez specjalnego nabożeństwa.

I oto ten sam Vargas Llosa ogłasza powieść, w której kreolska muzyka, wywodząca się z niższych warstw społecznych, mieszanka, z wpływami europejskimi, ale też – bardzo ważnymi – afrykańskimi, rozbrzmiewająca gdzieś w zaułkach Limy i na ludowych festynach – że to jest właśnie kwintesencja peruwiańskości. To wcale nie musi być paradoks czy zmiana stanowiska, oba punkty widzenia da się pogodzić, niemniej „ludowy zwrot” u Vargasa Llosa to coś dalece nieoczywistego.

Osobisty wymiar nowej powieści

Drugą rzeczą, która bardzo rzuca się w oczy w ostatniej powieści Llosy, jest zawarta w niej apoteoza skromności. Toño Azpilcueta przeżywa wielkie uniesienia – artystyczne, intelektualne, patriotyczne, ale także związane ze sławą i sukcesem, oraz, rzecz bardzo ważna, osobiste i miłosne (piszę oględnie, żeby nie psuć czytelniczej przyjemności). Ale ostatecznie rozszalałe wody jego życia uspokajają się, wielkie emocje ustępują, wszystko wraca do normy: splendory przemijają, marzenie o wielkim romansie okazuje się niepotrzebne, zamiast wielkich wzruszeń – spokojna rutyna codzienności, dobre śniadanie w miłym towarzystwie i jednak… jednak nowe pomysły na książkę.

Powieść dedykowana jest Patricii Vargas Llosie, z którą parę lat temu pisarz rozstawał się w atmosferze medialnego spektaklu, podążając za nową miłością, światową celebrytką. Trudno nie dopatrywać się w powieści osobistego wymiaru: Mario wraca do Peru, wraca do Patricii i godzi się na spokojną starość. Wygląda na to, że niemal dziewięćdziesięcioletni pisarz ostatecznie zamierza się ustatkować i odłożyć pióro. Wiadomo, już czas, ale – jakoś smutno.

Mario Vargas Llosa TO DLA PANI TA CISZA, przeł. Tomasz Pindel, Znak 2024

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 45/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Człowiek wulkan