W „Wilczym notesie” Mariusz Wilk zestawiał swoją książkę z „Imperium” Ryszarda Kapuścińskiego, zadając przy tej okazji pytanie, jak właściwie należy pisać o wielkich obszarach – oba dzieła dotyczą wszak Rosji/Związku Radzieckiego, czyli kraju, ale tak naprawdę kontynentu. Kapuściński jeździ po tym geograficznym ogromie to tu, to tam, a następnie scala swoje obserwacje w syntezę; Wilk natomiast trzyma się jednego malutkiego skrawka obserwowanej ziemi i na tej podstawie, niczym w soczewce, wysnuwa szersze tezy.
Pisanie o jakimś kontynencie czy regionie zawsze niesie ze sobą pytanie: jaką przyjąć metodę, z lotu ptaka czy analizy szczegółu, syntetyzowania na bazie pozbieranych szerokim gestem elementów, czy ekstrapolowania na podstawie wnikliwej analizy drobiazgu. Można by oczywiście odpowiedzieć, że najprościej byłoby nie porywać się na tak szeroko zakrojone wizje, ale jest to odpowiedź bałamutna: my, czytelnicy, chcemy czytać syntezy, lubimy i potrzebujemy spojrzeć na cały kontynent, region i obszar jak na całość, jakoś tam spójną, a jakoś nie. Świadczą o tym wciąż całkiem świeże „Ñameryka” Martína Caparrósa albo „Afryka to nie państwo” Dipo Faloyina. Sam Kapuściński, mistrz reportażu, zdążył napisać o ZSRR („Imperium”) i o Afryce („Heban”).
Wielka synteza Ameryki Łacińskiej, którą planował podjąć Kapuściński, nigdy niestety nie powstała. Czego nie zrobił, uczynił jego biograf, Artur Domosławski, i to w dwóch podejściach. W 2004 r. wydał „Gorączkę latynoamerykańską”, przekrojową opowieść o najnowszej historii regionu, a teraz książkę „Rewolucja nie ma końca. Podróże w krainie buntu i nadziei”.
Wiek refolucji
Na pierwszy rzut oka „Rewolucja…” wpisuje się w syntetyczny nurt: jest to dzieło bardzo znacznych rozmiarów (prawie 900 stron, czyli 6 centymetrów bieżących półki), zasięgiem obejmuje cały region: Brazylia, Wenezuela, Ekwador, Peru, Nikaragua, Kuba, Argentyna, Chile – w zasadzie będzie to niemal kompletna lista krajów regionu, w każdym razie tych większych. Tyle że od typowych książek syntetyzujących różni się kwestią zasadniczą: bardzo jasno sprecyzowanym tematem. To nie jest bowiem rzecz o Ameryce Łacińskiej po prostu, nie jest to gawęda Domosławskiego, jakaś próba autorskiego spojrzenia na ów kontynent (a ściślej półtora kontynentu).
U źródeł „Rewolucji…” tkwi klarowna teza i zarazem pytanie badawcze. Domosławski zauważa, że w ciągu ostatnich dwudziestu lat Ameryka Łacińska stała się scenerią eksperymentów polityczno-społecznych, których wspólnym mianownikiem była – a czasem nadal jest – chęć dokonania zasadniczych zmian. W wieku XX za narzędzie do realizacji tego rodzaju planów uważano rewolucję. W Ameryce Łacińskiej zwyciężyły tak naprawdę dwie, ta na Kubie i ta w Nikaragui, lecz gdyby chcieć tu użyć słowa „powiodły się”, trzeba by je opatrzyć istotnymi zastrzeżeniami. Za to kontrrewolucji, w tym zamachów stanu i puczów, udało się tu znacznie więcej.
Teraz, w pierwszej ćwiartce XXI stulecia, rewolucjoniści ustąpili ewolucjonistom (czy, jak pisze Domosławski, „refolucjonistom”, czyli takim, co szukają metody na połączenie rewolucyjnej śmiałości z ewolucyjną skutecznością), co oznacza, że nawet jeśli na stole pojawiały się prawdziwie rewolucyjne pomysły, wizje rozbijające dotychczasowy porządek i przyzwyczajenia, to nie próbowano ich wcielać w życie z karabinem w ręku, wzniecając wojnę ludową, przenosząc rewolucję ze wsi do miast albo z miast do wsi, w zależności od obowiązującej akurat doktryny, tylko poprzez procedury demokratyczne, wybory, parlament, ustawy, dialog itd. Pamiętajmy zresztą, że po raz pierwszy terminu „refolucja” użył Timothy Garton Ash na określenie fenomenu polskiej Solidarności z 1980 r.
Słowem: Domosławski opowiada o regionie, w którym koniec zimnej wojny wcale nie wygasił politycznej inwencji i społecznego aktywizmu, tylko pchnął je na inne tory. I dlatego Ameryka Łacińska może – i powinna – interesować nie tylko latynoamerykanistów bądź latynoamerykofanów, ale wszystkich ciekawych świata i światem zatroskanych. W końcu nie trzeba być bardzo uważnym obserwatorem współczesności, by odnieść wrażenie, że przechodzimy przez globalny kryzys ustrojowy. Zasady i umowy społeczne dotąd obowiązujące przestają działać i zachodzi potrzeba wymyślenia czegoś nowego, tylko nie bardzo wiadomo czego. Właśnie w krajach Ameryki Łacińskiej trwają próby wcielania pomysłów na nowe życie politycznej wspólnoty. Bardzo różnie im wychodzi i o tym jest ta książka.
Fabuły prawdziwe
Domosławski snuje opowieść w bardzo przemyślany sposób: opowiada o jednym kraju, pokazuje i komentuje wydarzenia, potem przechodzi do innego, i do jeszcze następnego, ale czasem wraca do tego wcześniejszego, żeby pokazać, co stało się później. Czytamy kronikę, ale pisaną z pewnego oddalenia, starannie skomponowaną, przez co wcale się nie gubimy w tym gąszczu i wielości, jesteśmy prowadzeni przez kolejne etapy, które wciąż się nawarstwiają i niuansują opowieść.
Nie trzeba być na bieżąco z wydarzeniami politycznymi w regionie, tekst nie zakłada jakiejś specjalnej wiedzy uprzedniej u czytelnika, ale nawet jeśli czytelnik śledził owe wydarzenia, i tak pewnie sporo się tu dowie i nad niejednym epizodem zamyśli. Dzisiejsze dziennikarstwo lubi śledzić wydarzenia z doskoku – jakiś region czy wydarzenie stają się obiektem medialnego zainteresowania, a potem znikają za horyzontem.
Rzecz w tym, że dopiero na dalszą metę, z szerszej perspektywy widać naprawdę ciekawe zjawiska i procesy. Relacjonowane w ten sposób przez Domosławskiego perypetie narodów i krajów mają czasami strukturę thrillera, czy też – by użyć lubianej przez wydawców metafory: rollercoastera. Na przykład Brazylia. W wiek XXI wkracza ów kraj z rządem prezydenta Luli, którego wyborcze zwycięstwo tak zwany Zachód przyjmuje z wielkimi obawami – że komunista i zaraz wywali całą gospodarkę. Tymczasem Brazylia notuje wielki postęp, mnóstwo ludzi wychodzi z ubóstwa, rosną aspiracje, a potem przychodzi następczyni prezydenta Luli, Dilma Rouseff, która traci władzę w wyniku politycznego skandalu i na drodze impeachmentu (choć dziś wiemy – i Domosławski precyzyjnie to pokazuje – że ów skandal i impeachment mocno były szemrane).
I wreszcie na scenę wkracza Jair Bolsonaro, dotąd traktowany jak marginalne kuriozum politycznej sceny, człowiek opowiadający rzeczy, które, wydawać by się mogło, nie mają szansy wybrzmieć w publicznej przestrzeni demokratycznego kraju, i człowiek ów wygrywa wybory. Przejmuje stery państwa, by w kolejnych wyborach przegrać z Lulą, który otrząsnął się z kłopotów i powrócił do walki. Jest w tym coś wręcz szekspirowskiego.
To tylko jedna z wielu opowiedzianych tu historii, które nie tylko mają niezaprzeczalny walor fabularny i są, po ludzku, ciekawe, ale także oferują dużo więcej. Bo gdy autor wgryza się tak w historie ze świata, to okazuje się, że podawane nam ich proste – serwowane z doskoku – wytłumaczenia niespecjalnie się sprawdzają.
Warsztaty interpretacji
Doskonale widać to na przykładzie Wenezueli, której autor poświęca sporo uwagi i miejsca. Przypadek tego kraju jest dość dobrze znany polskiemu odbiorcy: Hugo Chávez przebijał się regularnie do mediów, także tych nad Wisłą, najczęściej ukazywany jako enfant terrible Ameryki Południowej, dwudziestopierwszowieczny imitator Fidela Castro. Do czego doprowadziły jego rządy – doskonale wiemy, Wenezuela wprawdzie najgorsze lata ma na razie za sobą, ale mówimy o kraju w pewnym sensie upadłym, klasycznym przypadku paradoksalnej z pozoru sytuacji, gdzie siedzące na ogromnym bogactwie (czyli złożach ropy) państwo wpędza się w nędzę i chaos. Toteż przeciętny i zorientowany konsument mediów nad Wisłą wie, co ma myśleć o Chávezie i jego polityce.
Tymczasem Domosławski opowiadając tę historię od początku do (aktualnego) końca i stawiając wcale nie bardzo skomplikowane pytania, uzmysławia nam, że to nie jest takie jednoznaczne i proste, że z perspektywy Wenezuelczyka pewne kwestie jawią się zupełnie inaczej niż dla Polaka, bo nasze myślowe uzusy i doświadczenia historyczno-ustrojowe nijak się mają do tych znad Morza Karaibskiego.
Pod koniec książki autor odnosi się wprost do kwestii latynoskiego postrzegania wojny na Ukrainie za pomocą dwóch symbolicznych postaci: Latynosa Joségo i Polaka Józefa, którzy patrzą na to samo, ale widzą co innego. Niby to oczywiste, ale przecież naprawdę trudno jest nam wyjść z samych siebie i spojrzeć na świat oczyma kogoś z drugiej strony globu. I nie, nie chodzi o to, żeby przyjąć cudzą perspektywę, bo niby dlaczego mielibyśmy to robić, tylko o to, żeby przyjąć do wiadomości, że ktoś inną niż my perspektywę mieć może, a nawet musi. Opowiadając o konkretnych przypadkach, Domosławski robi nam coś w rodzaju warsztatów z interpretowania doniesień mediów, do warstwy informacyjnej dokłada tę interpretacyjną.
Tego rodzaju ćwiczenie nie jest sztuką dla sztuki, mowa tu przecież często o kwestiach, które nas żywo dotyczą bądź mogą dotyczyć. Oczywiście pewne zjawiska zachodzące w Ameryce Łacińskiej są dla nas „egzotyczne”, raczej trudno je odnieść do naszych realiów, są za to konieczne, żeby rozumieć, co i dlaczego dzieje się w tamtym regionie – i, szerzej, w wielu miejscach globalnego Południa. Na przykład kwestia rasy: nie da się sensownie opowiedzieć o najnowszych dziejach Boliwii i jej prezydenta Evo Moralesa czy o krótkiej i dramatycznej prezydenturze Pedra Castillo w Peru, jeśli nie weźmie się pod uwagę tego, jakie jest etniczne pochodzenie tych dwóch polityków i co dla andyjskiego kraju oznacza fakt, że na czele państwa stanie miedzianoskóry lider z prowincji, a nie bladolicy pan z dużego miasta, wykształcony na amerykańskiej uczelni.
Inne historie jednak uderzają swoją uniwersalnością, jak choćby opowieść o zawirowaniach politycznych w Chile, o których nasze media, owszem, donosiły, ale, jak zwykle, punktowo. Tymczasem w Chile doszło do wyjątkowo śmiałego eksperymentu państwowego, kiedy to mające już dość neoliberalnego i odziedziczonego po dyktaturze ładu społeczeństwo wygenerowało awangardowy projekt ustawy zasadniczej. Ostatecznie przepadł on w referendum, ale to jaki był to projekt, jak powstał i dlaczego przepadł, to kwestie i pytania zasadnicze o to, jak dziś działają zachodnie społeczeństwa i jakie są dziś możliwe rewolucje albo refolucje. Nad Chile powinien się zastanawiać każdy, kogo obchodzi robienie polityki i zmiany społeczne.
Kwestia stylu
Domosławski jest przy tym, jak we wszystkich swoich poprzednich książkach, zwolennikiem reportażu napisanego klasycznie. Nie eksperymentuje z formą, nie igra na granicy faktów i literackości: my, czytelnicy, wiemy dokładnie, skąd czerpie poszczególne informacje, co jest czyjąś wypowiedzią, co obserwacją autora, co komentarzem, co pozostawionym bez odpowiedzi pytaniem.
Autor od dekad zajmuje się Ameryką Łacińską, czyta, słucha, jeździ, rozmawia; czasami wielokrotnie wraca do tych samych rozmówców i tych samych miejsc – i to daje unikatowy materiał. Są tu też znakomite fragmenty, jakby nieco z boku, spisane na marginesie wielkich wydarzeń, krótkie portrety postaci powiązanych ściśle bądź luźniej z głównym tokiem opowieści: zaduma nad Henrym Kissingerem, którego cień nie raz kładł się na historii Ameryki Łacińskiej, kilka słów o Eduardo Galeano, autorze tzw. Biblii latynoskiej lewicy, „Otwartych żył Ameryki Łacińskiej”, o Diego Maradonie, o kardynale Bergoglio, czyli papieżu Franciszku…
Domosławski potrafi zatrzymać się na chwilę przy swoich głównych bohaterach, politykach z pierwszych stron gazet, i spojrzeć na nich jako na zwykłych ludzi, może wcale nie takich strasznych i nie takich śmiesznych, jak skłonni bylibyśmy myśleć w medialnym ferworze: passusy poświęcone późnej miłości prezydenta Luli czy osobowości prezydenta Castillo to, poza wszystkim innym, istne nowelistyczne perełki.
Być może część czytelniczek i czytelników sięgając po tego Domosławskiego, miała już okazję trzymać w ręku inną opasłą i holistyczną cegłę poświęconą temu samemu regionowi, czyli „Ñamerykę” Martína Caparrósa, względnie zada sobie pytanie, czy wybrać pierwszą, czy drugą pozycję. Uczciwa odpowiedź powinna brzmieć: sięgnijcie po obie, bo, wbrew pozorom, to zupełnie inne książki, a ich zestawienie świetnie uwypukla cechy każdej z nich.
„Ñameryka” to refleksja nad współczesną tożsamością hiszpańskojęzycznej Ameryki (czyli: bez Brazylii), bardzo osobista próba odpowiedzi na pytanie, jaka ona jest; tekst hybrydowy, bo łączący partie reportażowe z esejem czy traktatem. „Rewolucja nie ma końca” to od początku do końca reportaż, relacja z wydarzeń ostatnich dwóch dekad, która mówi wiele o Ameryce Łacińskiej, ale opisane tu mechanizmy nietrudno wypatrzeć i gdzie indziej; Domosławski zaś nie filozofuje, tylko relacjonuje, konfrontuje czytelników z faktami i stawia pytania. W wielu przypadkach ma jakieś swoje odpowiedzi, ale najwyraźniej woli, żebyśmy sobie ich sami poszukali.

Artur Domosławski REWOLUCJA NIE MA KOŃCA. PODRÓŻE W KRAINIE BUNTU I NADZIEI, Wydawnictwo Literackie 2024
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.



















