Reklama

Marija Grigorijewna ma zmęczoną twarz

Marija Grigorijewna ma zmęczoną twarz

05.03.2017
Czyta się kilka minut
Przez całe życie była nauczycielką w miejscowej szkole. Wychowała 51 roczników. Dziś jest symbolem miasta, którego mieszkańcy od trzech lat usiłują przetrwać na linii frontu rosyjsko-ukraińskiego.
Mural na bloku w Awdijiwce przedstawiający Mariję Grigorijewną, luty 2017 r. Fot. Monika Andruszewska
B

Blok stoi na obrzeżach miasta. Postsowiecka klasyka. Dziewięć pięter.

Zna go dziś cała Ukraina. Żadna relacja telewizyjna z Awdijiwki nie może się obejść bez ujęcia tego miejsca. Tuż za budynkiem biegnie bowiem droga prowadząca wprost na ukraińskie pozycje frontowe. A dalej jest już miasto Donieck, czyli stolica tzw. Donieckiej Republiki Ludowej, rosyjskiego parapaństwa.
Pociski artyleryjskie wystrzeliwane z Doniecka na Awdijiwkę zwykle przelatują nad tym blokiem. Czasem też w niego uderzają: fasada jest posiekana odłamkami, balkony powyginane. Tu i tam zieją wielkie dziury.
„Boże, chroń Awdijiwkę!” – napisał ktoś na ścianie niebieskim sprayem.

Prośba to zrozumiała. Bo Awdijiwka ma pecha: miasto, które przed wojną liczyło 35 tys. mieszkańców, od prawie trzech lat sąsiaduje z linią frontu rosyjsko-ukraińskiego – pozostając ciągle po jego ukraińskiej stronie.

Ilu ludzi tu dziś żyje, nie wie nikt. Nawet ukraińska administracja wojskowo-cywilna. Ona może tylko szacować: twierdzi, że jakieś 20-22 tys. Ścisłych danych nie ma, bo ludzie ciągle wyjeżdżają. Albo przyjeżdżają.

Nie wiadomo więc też, ilu wyjechało po ostatnich walkach – gdy przez kilkanaście dni, na przełomie stycznia i lutego, nazwa „Awdijiwka” (najwyraźniej na tyle egzotyczna, że w europejskich mediach transkrybowana na różne sposoby) występowała przez chwilę na czołówkach prasowych i telewizyjnych. Aby potem znów z nich zniknąć, jak wcześniej.

Twarz

Ze ściany bloku patrzy na nas kilkumetrowy mural. Można tak powiedzieć – patrzy – gdyż przedstawia twarz starszej kobiety.

Twarz jest poorana siecią zmarszczek, a także śladami po pociskach. Te ostatnie wyglądają jak świeże rany.

Artysta miał pewnie dobre intencje. Może sądził, że portret starej nauczycielki, znanej z nazwiska, która wychowała w tym mieście wiele pokoleń uczniów, będzie jakąś tarczą – dla bloku i dla osiedla. Że młodemu człowiekowi po tamtej stronie zadrży ręka, gdy wyceluje lufę armaty lub czołgu między te zmęczone, patrzące z uwagą, dobre oczy.

Ale jeśli artysta miał takie nadzieje, to się chyba pomylił. Pewnie nie wziął pod uwagę, że ostrzałem z tamtej strony nie kierują chłopcy z Awdijiwki, walczący dziś po stronie rosyjskiej.

W relacjach medialnych – na Zachodzie, często też w Polsce – w takim momencie pisze się zwykle nadal, pewnie trochę automatycznie: „po stronie prorosyjskich separatystów”.

Tymczasem oddziały, które stoją tutaj naprzeciw armii ukraińskiej, to – używając nomenklatury przyjętej już jakiś czas temu w samej tzw. Donieckiej Republice – Pierwszy Korpus Armijny (w kolejny, Drugi Korpus, zorganizowane są siły zbrojne tzw. Ługańskiej Republiki). Oba korpusy podporządkowane są ściśle armii rosyjskiej, zależne od niej logistycznie, często też kierowane przez rosyjskich wojskowych.

A Rosjaninowi, który kieruje ogniem artylerii Pierwszego Korpusu, twarz na ścianie bloku w Awdijiwce nie mówi nic. Może nawet ułatwia mu pracę, bo podkreśla wyrazistość celu.

– Podobno ona dostała za ten mural milion hrywien! Kupili za to willę pod Awdijiwką i mieszkanie w Kijowie! – tak twierdzi starszy przechodzień. Choć mieszka po ukraińskiej stronie frontu, najwyraźniej sercem jest po tamtej stronie. – Słyszałem, że jej mąż pojechał do Kijowa, a ona siedzi tu w Awdijiwce i zmusza dzieci rosyjskojęzyczne, żeby mówiły po ukraińsku. To amerykański szpieg! Jeszcze się doczeka zapłaty, jak nasi chłopcy przyjdą!

Ulica

Kobieta z muralu nazywa się Marija Grigorijewna.

– Zagraniczni dziennikarze powyjeżdżali. Rozczarowani, że już tak bardzo nie strzelają – opowiada. – Ciężkie ostrzały nas nękały, w dzień i w nocy. A potem jakby ucichły.

– Zapraszałam ich wszystkich do siebie, robiłam im pierogi – mówi Marija Grigorijewna, wspominając dziennikarzy. – Tłumaczyłam, że to dobrze, że nie strzelają, bo nam tu trzeba żyć. O nie! Znowu!
Rozmowę przerywa nam seria eksplozji.
Gdy docieram do miejsca, z którego dobiegały wybuchy, już ucichło. Ulica jest pełna ludzi. Co się stało? –

Porozumienia mińskie się stały – rzuca ktoś sarkastycznie.

Ludzie wpatrują się w dziurę ziejącą na miejscu, gdzie wcześniej blok mieszkalny miał czwarte i trzecie piętro. Pod nogami walają się fragmenty balkonów, szkło, tynk.

– Mamo, żyję – szlocha dziewczyna obok do telefonu.
Ludzie dyskutują, jakiej broni użyto.
– Czołg! – zapewnia ktoś.
– Gdzie tam, moździerz! – polemizuje ktoś inny.

Opowiadają, że odłamek miał trafić w głowę przechodnia. Że mężczyzna umarł w ambulansie. – A, to ten, co niedawno mówił źle o Ukrainie, za to go zabili! Specjalnie naprowadzili pocisk – twierdzi ktoś.
Zapada złowrogie milczenie.

Między miejscowymi przepychają się strażacy i żołnierze ukraińscy. Próbują dotrzeć do wejścia do budynku.
– O, przyjechali... Znowu chcecie nas rozstrzelać? Nie wyjedziecie stąd, dopóki wszyscy tu nie pomrzemy! – syczy do nich starsza kobieta.

Zmęczony żołnierz ociera pot z czoła. – Babciu, to nie my strzelamy. Przecież też żyjemy w tym mieście, nie możemy strzelać z czołgu sami do siebie.

– Pomyślcie, proszę! To fizycznie niemożliwe. Ich pozycje... to znaczy ukraińskie pozycje są tuż obok, a żeby strzelać z artylerii, musi być stosowna odległość – popiera go strażak, najwyraźniej miejscowy. – Ludzie, rozjedźcie się, utrudniacie akcję ratunkową.

Choć ostrzał prowadzono ewidentnie z Doniecka, gapie wciąż spoglądają na żołnierzy złowrogo. Ktoś spluwa pod nogi.

– Wybaczcie ludziom – uspokaja żołnierzy jakaś kobieta. – Oglądają rosyjską telewizję, w której mówią, że Ukraińcy mają jakąś amerykańską broń, którą strzelasz w niebo, a ona wraca w prawie to samo miejsce. Ludzie są na granicy wytrzymałości. My tu tak żyjemy od trzech lat!

– My też tak żyjemy od trzech lat! – zwraca jej uwagę żołnierz.

– No tak, ale wy możecie pojechać do domu. A nasze domy są tu – kobieta pokazuje zrujnowany budynek.

Strażacy zamykają dostęp do bloku, chcą wyjmować ludzi spod gruzów, więc zbiegowisko powoli się rozchodzi. Rozmowy o wojnie zastępują sąsiedzkie plotki. I informacje, gdzie i kiedy przyjedzie kolejna pomoc humanitarna, wysyłana przez wolontariuszy z innych części Ukrainy.

Miejscowi mężczyźni kupują piwo w pobliskim sklepie.

– Żeby żołnierze już stąd wyjechali. I ukraińscy, i moskalscy! – wznoszą toast.

Nauczycielka

Marija Grigorijewna oświetla latarką przedpokój.

Przeprasza za warunki. Jakby to ona odpowiadała za brak prądu.

Nie mieszka w willi, tylko w skromnym mieszkaniu. Kilkaset metrów od bloku, na którym namalowano jej twarz. Śmieje się, gdy mówię, że niektórzy nazywają ją szpiegiem USA.

– To jeszcze nie jest najgorsze. Niektórzy mówią, że namalowali mnie na muralu, bo byłam pierwszą cywilną ofiarą wojny. Lepszy szpieg, ale żywy! Ja się tam sobie na tym muralu w ogóle nie podobam. Taka brzydka i stara jestem na tym obrazie. Lepiej, jakby namalowali coś ładnego.

W Awdijiwce wszyscy wiedzą, że Marija Grigorijewna jest całym sercem za Ukrainą. Czy nie boi się, że ktoś się zechce na niej zemścić? Odpowiada słowami ukraińskiego poety Wasyla Stusa: „Jak dobrze, że śmierci się nie lękam / I nie pytam, czy ciężki jest mój krzyż”.

– Nie, miejscowych się nie boję. Wiadomo, dobrzy i źli ludzie są wszędzie. Boję się bomb. Bomba nie pyta.

A tak naprawdę, to co mogę zrobić? – zamyśla się. – Zacząć mówić po rosyjsku? Wyrzec się miłości do mojego kraju? I jeszcze ja pani powiem, że uczę w szkole od 51 lat. Wychowałam 51 roczników dzieci. I nie znam nikogo, kto by walczył po tamtej stronie – twierdzi. – Owszem, znam ludzi, którzy mieszkają teraz w Doniecku. Ale nikogo, kto by brał broń do ręki. No to kto tam walczy?

Zeszyty

– Teraz dzieci chcą się uczyć ukraińskiego – twierdzi Marija Grigorijewna. – I czasem znają go lepiej niż rodzice, wychowani jeszcze w Związku Sowieckim. A potem dziecko wraca do domu i słyszy: „Co ty tam wymyślasz, gadaj po rusku!”.

Pokazuje ozdobny album ze zdjęciami uczniów w tradycyjnych koszulach, wyszywankach. Na szkolnych akademiach. Wokół zdjęć starannym pismem wykaligrafowano sentencje. Marija Grigorijewna czyta: „Będę się uczyć złotej mowy”. Albo: „Język to dusza narodu. Kto kocha ukraiński, ten kocha Ukrainę”. I jeszcze: „Dwa kolory, moje dwa kolory. Oba na płótnie, w duszy mojej oba. Dwa kolory, moje dwa kolory. Czerwony to miłość, czarny – żałoba”.

– Choć ostatnio było więcej żałoby – powiada. – Na święto niepodległości, w sierpniu, zawsze dawałam dzieciom zadanie: miały napisać, za co lubią swój kraj. Pisały, że kochają Ukrainę za koksownię, za rzeczkę, za zboże na polach. A teraz piszą: „Po co nam wojna”, „Zabili mojego brata”, „Sąsiadów zawaliło w piwnicy”, „Wyjechałem na dwa lata, ale potem wróciłem, zobaczyłem zbombardowane miasto i płakałem”.
– Przeglądam zeszyty uczniów i słyszę szum rakiet „Grad”. Myślę o tym, że pisali prace domowe z latarką, w piwnicach. Niepewne, czy nie uderzy pocisk – głos jej drży.

– Kiedy w nocy jest ostrzał, dzieci przychodzą do szkoły blade i niewyspane. A potem stawiają pytania, na które nie znam odpowiedzi. Młodszym mylą się wojny, Putina nazywają Hitlerem. Starsze żalą mi się, że II wojna światowa była prostsza. Wszyscy wiedzieli, że Niemiec to wróg. „A teraz wróg to kto? – pytają. – Donieck? Przecież wcześniej do Doniecka jeździliśmy na szkolne wycieczki!”.

Wiktor

– Czy jestem symbolem Awdijiwki? – Marija Grigorijewna powtarza pytanie. – A bo ja wiem? Tu jest całe moje życie. Mam 74 lata, nie zatrudnią mnie już w żadnej innej szkole. Dzięki Bogu, mam pracę. Bo jak nie pracuję, to siedzę i się boję. Gdyby mąż był ze mną, pewnie byłoby łatwiej – zawiesza głos.

– On został ranny już trzy lata temu. Miasto było odcięte od wody. Wydawano ją w specjalnych punktach, dwa razy dziennie. Wychodziłam do pracy, a mąż powiedział, że nabierze wody. Coś wyczułam, powiedziałam, żeby nie szedł, bo jeszcze trochę zostało. Ale poszedł. Podczas zajęć przybiega uczeń i mówi: „Marijo Grigorijewna, tylko się nie denerwujcie, był ostrzał, ale wasz mąż żywy”. Pocisk spadł na kolejkę stojącą po wodę. Potem mówili, że medycy chcieli już odłożyć męża na stos ciał, ale zauważyli, że żyje. Tylko nogę miał zmiażdżoną. Tutaj, powyżej uda.

Wspomina: – Rok leżał w szpitalu. Operacje, badania, znów operacje. Już tego nie zliczę. Zabraliśmy go do domu w marcu 2016 r. A tu trzy miesiące później znów ostrzały. Chcieliśmy biec do piwnicy i ta noga się pod nim złamała. Okazało się, że miał pękniętą panewkę biodrową, w szpitalu tego nie zauważyli. I znów: badania, diagnozy. Mąż ma 79 lat. W tym wieku kości nie chcą się zrastać. Lekarze w zasadzie mówią mi wprost, że ludzi w tym wieku już nie warto leczyć. A my chcemy żyć!

– On chodzi tylko o kulach. Siadać w ogóle nie może. O, na przykład śniadanie je o tak – Marija Grigorijewna staje na jednej nodze i nachyla się nad kubkiem. Próbuje pokazać, jak trudno jeść na stojąco, gdy ręce zajęte są kulami.

– Ludzie mają swoje wojny – powiada. – A ja od trzech lat walczę o to, żeby mój Wiktor Dmitrowicz stanął na nogi.

– Znamy Mariję Grigorijewnę. Przywoziła nam pierogi na posterunek. Wszyscy gadają, że jest symbolem ukraińskiego Donbasu. A tu się za nią pies z kulawą nogą nie obejrzy – denerwuje się Siergiej, ukraiński żołnierz. – Narzekamy, że Europa już prawie nie reaguje na wojnę u nas. A tu tak samo nikt nie reaguje, że Marija Grigorijewna nie ma pieniędzy na leczenie męża.

Siergiej: – Na początku to była jeszcze sensacja, jak strzelali. „Łamanie porozumień mińskich”. Potem się przyzwyczaili. Teraz sensację robi ostrzał cywilnych budynków, ale tylko, jak ktoś zginie. Choć też nie zawsze. Bo jak na ulicy Gagarina zginęły dwie osoby, to świat milczał.

Strach

Obok jej bloku stacjonuje ukraińskie wojsko. W budynku, gdzie było przedszkole.

– Sąsiedzi narzekają, że nasze bloki tę ich bazę jakoś zasłaniają, że dlatego wybrali to miejsce. Że jesteśmy żywą tarczą, tak mówią. No ale z drugiej strony, gdzie mają ci żołnierze mieszkać? Na gołym polu? Parę razy widać było, że tamci, ci z drugiej strony, starają się w tę bazę trafić. Pociski padały o tu, na ulicy. Całe mieszkanie się trzęsło – pokazuje zasypany gruzem i szkłem balkon. – Tak, to nie jest dobre miejsce, na obrzeżach i jeszcze koło tej bazy.

Gdy zaczyna się nocny ostrzał, Marija Grigorijewna śpi w korytarzu. Zawsze z torebką w ręce, by dokumenty i pieniądze były w jednym miejscu. – Wczoraj zginął mąż nauczycielki z mojej szkoły. Szkoda wielka. Młody człowiek. Wyszedł z domu kupić mleko dla syna. I gdy przechodził, tam uderzył pocisk.

– Czasem panicznie boję się bomb – dodaje. – To taki dziwny strach, jakby zwierzęcy. Choćby ze trzy dni temu: wychodzę na korytarz, a tu bach, uderzyło kilka ulic dalej. Czy bezpiecznie jest wyjść? No ale wtedy myślę, że dzieci przecież przyjdą do szkoły, będą na mnie czekać. I idę.

Kruki

– Ależ te kruki kraczą – wzdryga się Marija Grigorijewna, wpatrując się w ptaki za oknem. – Boję się, że to zły znak. Człowiek już szuka proroctw z natury. Bo jak to inaczej przewidzieć? Każdego dnia to samo. Przyleci bomba albo nie przyleci. Tuż przed wojną kupiliśmy drugie mieszkanie, bo myśleliśmy, że to, w którym teraz mieszkam, oddamy wnukowi.

– Oszczędności całego życia... Zbombardowali. I tamto mieszkanie, tamte nasze oszczędności, to teraz ruiny. Gdybym miała dziś te pieniądze, opłaciłabym operację męża – milknie.

– Wystarczy wyszukać w internecie: 1+1, Kanał Ukraina, Inter, Espresso – wymienia media ukraińskie, które zrobiły o niej materiały.

Odkąd jest mural, chyba każdy ukraiński polityk, który odwiedza Awdijiwkę, jedzie zrobić sobie zdjęcie z Mariją Grigorijewną. Potem wyjeżdża, a ona zostaje.

Telefon

Czwartek, 2 marca. Sztab „Operacji Antyterrorystycznej” (jak oficjalnie nadal określa się wojnę) podaje, że rosyjska artyleria ponownie ostrzeliwuje dzielnice mieszkalne w Awdijiwce. Nie ma wody i prądu.
Dzwonię już z Kijowa do Mariji Grigorijewnej, aby spytać, czy wszystko dobrze. Odbiera z płaczem: – Jest strasznie, znów strzelają. Pocisk uderzył w nasz blok, ale nie wybuchł. Obok, w piątą klatkę schodową, a ja mieszkam w czwartej. Wszyscy wybiegliśmy na dwór. Nawet nie zabrałam kurtki, tylko torebkę. Stoimy już tak trzy godziny, czekamy na saperów. Ten pocisk jest taki wielki. Jakby wybuchł, chyba nas by zabił. Nikt nie przyjeżdża. Nie wiemy, co robić. Jest zimno. O, znów strzelają. Boję się, tak się boję. ©

POMOC DLA AWDIJIWKI
„Stowarzyszenie Pokolenie” – skupiające ludzi z dawnej opozycji w PRL, którzy dziś pomagają Ukrainie – prosi o pomoc finansową na rzecz bohaterki tekstu Mariji Grigorijewnej i innych osób, które straciły domy w Awdijiwce, zwłaszcza podczas ostatnich walk. Zebrane środki zostaną przekazane w Awdijiwce przez naszych wolontariuszy. Przelewy (z hasłem „Awdijiwka” w tytule przelewu) można przekazywać na konta:

Przelew krajowy:
ING Bank Śląski 89105012141000002319853707

Przelew zagraniczny:
SWIFT/BIC: INGBPLPW IBAN: PL89105012141000002319853707

Adres: Stowarzyszenie Pokolenie, ul. Drzymały 9/4, 40-059, Katowice

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]