Jadwiga nadal czeka

Ich synowie walczyli w Donbasie, do domu nie wracają już od ośmiu lat. Mimo to nie porzuciły nadziei, że żyją.
z Kijowa
Czyta się kilka minut
Jadwiga Łozińska z fotografią zaginionego w sierpniu 2014 r. syna Andrija. Fotografia wykonana w ramach projektu „Polskiej Pomocy”, finansowanego ze środków MSZ. ALEX ZAKLECKI / ALEX ZAKLECKI
Jadwiga Łozińska z fotografią zaginionego w sierpniu 2014 r. syna Andrija. Fotografia wykonana w ramach projektu „Polskiej Pomocy”, finansowanego ze środków MSZ. ALEX ZAKLECKI / ALEX ZAKLECKI

Wojna na wschodzie Ukrainy, trwająca już prawie osiem lat, nie przyciąga dziś uwagi mediów spektakularnymi bitwami. Ale nawet gdy cichną strzały na froncie, nie cichnie cierpienie kobiet, które czekają na synów. Takich jak Jadwiga, która od ośmiu lat spędza każde święta sama. Gotuje wigilijne potrawy dla dwóch osób, stawia na stole dwa kieliszki do szampana, dwa talerze.

„Szanowny prezydencie, zwraca się do pana matka zaginionego w 2014 r. żołnierza” – tak Jadwiga zaczyna swoje przesłanie do Wołodymyra Zełenskiego na nagraniu wideo, niedawno opublikowanym w internecie. Mówi drżącym głosem, z trudem panuje nad emocjami: „Mój syn zdecydował się iść walczyć za kraj. Gdyby tylko wiedział, że będę szukać go sama osiem lat. Gdyby wiedział, że Ukraina o nim po prostu zapomni”.

JEJ ANDRIJ NIE WRÓCIŁ z bitwy pod Iłowajskiem, gdy w sierpniu 2014 r. do Donbasu wkroczyły regularne wojska rosyjskie i otoczyły ukraińskie oddziały. Ukraińcom zaproponowano warunki wyjścia z okrążenia, jednak wbrew ustaleniom Rosjanie otworzyli ogień do wycofujących się ukraińskich kolumn. Zniekształcone nie do poznania ciała leżały potem tygodniami na okolicznych polach. Do niewoli trafiło kilkuset Ukraińców, z których większość wróciła już do domów. Brakuje pełnej informacji, ilu wciąż jest przetrzymywanych jako jeńcy. Jadwiga wierzy, że wśród uwięzionych jest jej syn.

„Już mnie zmęczyło to, że spędzam kolejne święta sama! Dlatego wraz z innymi matkami zaginionych przyjedziemy do Kijowa i będziemy czekać na prezydenta pod jego biurem. Zapraszamy. Nawet jeśli nie może nam pan pomóc w powrocie naszych dzieci do domów, przynajmniej nie spędzimy świąt samotnie” – mówiła Jadwiga w swoim przesłaniu.

ZGODNIE Z ZAPOWIEDZIĄ tuż przed Wigilią do Kijowa przyjeżdża kilkanaście matek żołnierzy zaginionych na froncie. Jest 15-stopniowy mróz. Granitowe ściany budynku pozostają zimne i nieprzystępne. Kobiety rozstawiają swoje banery i zdjęcia synów, ślizgają się po lodzie. Czekają. Ale bez skutku, prezydent Zełenski nie wychodzi do matek.

– Półtora roku temu poinformowano mnie, że znaleziono ciało mojego syna. Podobno było 99 proc. zgodności DNA, więc doszło nawet do ekshumacji. A tu w trumnie – ciała kilku żołnierzy wraz z osobistymi rzeczami. I to z zupełnie innej brygady niż ta, w której był mój syn! Ciała bohaterów, którzy walczyli za kraj, powrzucano razem do worków jak śmieci! I jak niby mamy wierzyć państwowym ekspertyzom? Nasze historie obnażają nieudolność państwa i dlatego nikt nie chce z nami rozmawiać – mówi mi Jadwiga.

W ubiegłych latach ukraińskie instytucje pozamykały niemal wszystkie sprawy żołnierzy zaginionych podczas walk. Praktyka jest taka, że zaginionych uznaje się za poległych – nawet jeśli są przesłanki, że ciało należy do innej osoby albo że ktoś może być w niewoli.

– Mamy konkretne żądania. Przez te wszystkie lata ustawa o osobach zaginionych istnieje tylko na papierze, ale w praktyce nie działa. Wciąż nie stworzono oficjalnego rejestru osób zaginionych. Gdybyśmy same nie zbierały informacji o synach, to władza w ogóle by nie wiedziała, kto z żołnierzy zaginął podczas wojny! – opowiadają mi kobiety.

GRUPKĘ ZMARZNIĘTYCH MATEK pod Administracją Prezydenta dostrzegają natomiast weterani walk w Donbasie i wolontariusze. Ktoś dzwoni po znajomych dziennikarzy, ktoś inny do artystów, którzy przybywają do matek, aby pośpiewać z nimi kolędy. Na widok dziennikarzy z budynku wychodzi żwawo kilku przedstawicieli biura prezydenta. Przed kamerami wysłuchują kobiet, obiecują coś zmienić. Matki cieszą się, że ktoś do nich wyszedł. Ale wydają się nie mieć złudzeń, że to tylko słowa.

– Politycy nie przejmują się problemami naszych dzieci, bo ich synowie nie walczyli na wojnie – mówi jedna z kobiet. – Dobrze, że choć zwykli ludzie współodczuwają nasz ból.

– Każda matka zna ten niepokój, gdy dziecko nie odbiera telefonu – dodaje inna. – Każda zna lęk, gdy dziecko wybiera się w daleką podróż i nie wiadomo, czy jest zdrowe, najedzone, bezpieczne. A my nie wiemy nic. Nasi synowie nie wracają do domu już od ośmiu lat. ©

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

TP Online: Dostęp roczny online

Grafika na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 3/2022