Reklama

Liga Mistrzów: trzydzieści lat marzeń

Liga Mistrzów: trzydzieści lat marzeń

z Madrytu
31.05.2019
Czyta się kilka minut
Jest coś zwyczajnie prorockiego w okładkowym haśle ostatniego numeru „Tygodnika”: „po 30 latach marzeń” nie dość, że jadę na finał Ligi Mistrzów jako wysłannik redakcji, w której przepracowałem niemal całe to trzydziestolecie, to jeszcze jadę oglądać drużynę, z którą właśnie przed trzema dekadami związałem swoje serce.
Radość trenera Tottenhamu Mauricio Pochettino i jego piłkarzy po awansie do finału Ligi Mistrzów, Amsterdam, 8 maja 2019 r. / Fot. Adam Davy / Press Association / East News
Radość trenera Tottenhamu Mauricio Pochettino i jego piłkarzy po awansie do finału Ligi Mistrzów, Amsterdam, 8 maja 2019 r. / Fot. Adam Davy / Press Association / East News
P

Po trzydziestu latach marzeń, które zaczynały się jeszcze za żelazną kurtyną, dziś, na pokładzie samolotu do Madrytu, nagle staje mi przed oczami cała ta historia, mająca swój początek w zatłoczonym krakowskim autobusie, kiedy w poniedziałkowy ranek, w drodze z Prądnika Czerwonego do V Liceum usiłowałem rozłożyć egzemplarz sportowego dziennika „Tempo”, by na jednej z końcowych stron odnaleźć wynik tułającej się gdzieś w III lidze Cracovii, a kiedy mi się nie udało, zatrzymałem wzrok na stronie ostatniej, która tradycyjnie zawierała informacje o meczach ligi angielskiej. Dziwnym zrządzeniem losu prowadzący ją dziennikarz, nazwiskiem Krzysztof Mrówka, znalazł gdzieś informacje o spotkaniu Pucharu Anglii, w którym występował zespół o malowniczej nazwie Tottenham, i podał nie tylko wynik czy strzelców bramek, ale także składy i krótki opis boiskowych wydarzeń. Czytając, odniosłem wrażenie, że o kilku występujących tam zawodnikach już słyszałem, może też trochę (byłem doprawdy nieletni) rozśmieszała mnie językowa zabawa, każąca myśleć o londyńskim zespole „to ten cham”, może zaczynały mi dźwięczeć w uszach rymujące się nazwiska graczy drugiej linii Hoddle-Waddle, w każdym razie od tamtego poniedziałku próbowałem już w miarę regularnie sprawdzać, jak sobie radzą.


Czytaj także: Futbol jest okrutny – piłkarski blog autora tekstu


Nie było to bynajmniej proste w czasach bez internetu czy telewizji kablowej – w czasach informacji reglamentowanych tak dokumentnie, że niekiedy nawet desperackie telefony do redakcji „Tempa” nie pozwalały się dowiedzieć, jak właściwie w miniony weekend poszło Tottenhamowi. Nawyk sprawdzania zaczął zresztą w międzyczasie zmieniać się w coś więcej, a któregoś razu licealny kolega, mający szczęście mieć krewnych za granicą, podzielił się nie tylko puszką gazowanego napoju, ale i egzemplarzem bogato ilustrowanego magazynu sportowego: nazwiska zaczęły otrzymywać twarze. Na razie tyle musiało wystarczyć – reszta była nieustającą pracą wyobraźni, w pewnym momencie (podczas wyjazdu na zimowe ferie do ciotki nad Bałtyk, gdzie miałem wkuwać czytanki o kołchozowych myśliwych do poprawki z rosyjskiego) prowadzącą nawet do stworzenia swojej własnej Ligi Mistrzów, wprowadzenia do niej zarówno Cracovii i Tottenhamu, a potem pisania fikcyjnych relacji z meczów tych drużyn.

Historia niespełnień

To będzie w przyszłości ważny wątek – kibicowanie splatające się z pisaniem, ale też kibicowanie splatające się z myśleniem (lub nie) o rzeczywistości, radzeniem sobie z nieuniknionymi rozdarciami i chodzeniem na kompromisy. Weźmy np. rok 1989, kiedy transmitowany akurat przez komunistyczną telewizję półfinał rozgrywek, które Ligą Mistrzów miały stać się dopiero za jakiś czas – między słynnym Milanem i jeszcze słynniejszym Realem Madryt – rozgrywano w dniu zakończenia obrad Okrągłego Stołu, a ja ani myślałem się martwić tym, że mogę nie zdążyć go obejrzeć w związku z przedłużającą się przerwą w pokazywanych również przez TVP rozmowach między władzą a opozycją. Tak, w tej kibicowskiej historii był moment, w którym od wielkiego Milanu z van Bastenem, Rijkaardem i Gullitem w składzie (o Maldinim nie wspominając), ważniejsza była drużyna Solidarności, z Wałęsą, Mazowieckim i Kuroniem (o Turowiczu nie wspominając) – i cieszę się, że mogę go wspominać na chwilę przed okrągłą rocznicą 4 czerwca.

Oglądanie Tottenhamu w ostatnich miesiącach PRL-u nie wchodziło rzecz jasna w grę. Może i dobrze, bo historia kibicowania tej drużynie miała się wkrótce okazać historią niespełnień. Pojawiające się w niej czasem wielkie gwiazdy futbolu – w ciągu tych 30 lat byli to np. Gary Lineker, Paul Gascoigne, Jürgen Klinsmann, David Ginola, Luka Modrić czy Gareth Bale – pokładane w nich nadzieje spełniały rzadko albo w pojedynkę nie były w stanie dokonać cudów. Chłopiec z krakowskiego autobusu zdążył w tym czasie stać się mężczyzną, co oznaczało także uświadomienie sobie, do jakiego stopnia kibicowanie stało się dlań czynnością zastępczą, pozwalającą uciekać przed prawdziwym życiem. Z perspektywy lat potrafię już przyznać, że najbardziej w życiu bałem się o swoją przyszłość nie tylko wtedy, gdy na tynieckim cmentarzu uczestniczyłem w pogrzebie Jerzego Turowicza, ale i kiedy na walijskim stadionie moja drużyna przegrywała w półfinale Pucharu Anglii mecz z Arsenalem i traciła szanse na awans do europejskich pucharów, co oznaczało konieczność pogodzenia się z odejściem kolejnej gwiazdy, kapitana drużyny i reprezentanta Anglii, niejakiego Sola Campbella.

Pomysł, by tę historię zacząć opisywać, by spróbować nadać jej sens przy pomocy zasłyszanej (podczas meczu finałowego Ligi Mistrzów, a jakże – jednego z najsłynniejszych w dziejach tych rozgrywek, między Manchesterem United a Bayernem w 1999 r.) formuły „Futbol jest okrutny” i by upierać się przez lata, że jest to formuła uniwersalna, opisująca doświadczenie każdego kibica każdej drużyny pod słońcem, był z pewnością terapeutyczny. Zarazem: jak każde powtarzane zbyt często sformułowanie, fraza „Futbol jest okrutny” (będąca tytułem najpierw prowadzonego przeze mnie bloga, później książki) niosła w sobie jakąś sztywność, z upływem czasu coraz bardziej uwierającą.

Wszystko jest możliwe

Momentów przełomowych byłoby w tej historii sporo. Niektóre płynęły ze zmianami polityczno-cywilizacyjnymi: Polska stała się niepodległym krajem, można już w niej było kupić zagraniczną prasę, pojawiła się telewizja satelitarna, a wraz z nią możliwość obejrzenia meczu ukochanej drużyny – po dziesięciu latach kibicowania zapośredniczonego przez lekturę tamten, przegrany oczywiście, mecz z Manchesterem United w sierpniu 1997 r. zapowiadał się jak randka z dziewczyną poznaną dekadę wcześniej na kolonii. Pojawił się internet, a wraz z nim klubowa strona, transmisje radiowe i streamy ze spotkań, których na satelicie nie oferowano. Pojawiła się możliwość wyprawy na stadion, w moim przypadku wciąż odkładana na czas, kiedy dzieci dorosną.


Czytaj także: Kompletna i nie tak znów krótka metafizyka piłki nożnej – Michał Okoński przed mundialem 2020


Bo zmiany szły także w życiu, gdzie kibicowanie wskoczyło w końcu na właściwe miejsce – zamiast manią, uciążliwą obsesją czy sposobem na ucieczkę od codziennych problemów – stało się opowieścią o więzi i wspólnocie, która zresztą wcale nie musi się zwracać przeciwko „onym”, rywalom z dzielnicy czy innego miasta. Stało się opowieścią o pięknie zbiorowego wysiłku, znajdującym odzwierciedlenie nie tylko na boisku, ale i w wielu innych dziedzinach życia (weźmy np. redagowanie pisma). Stało się historią brania odpowiedzialności, np. za własne promieniowanie ojcostwa – od lękliwego zakładania, że synowie znajdą sobie inne, fajniejsze zespoły do kibicowania, do spostrzeżenia, że bycie wzorem i punktem odniesienia polega też na dzieleniu się sposobem, w jaki przyjmuje się zwycięstwa i porażki drużyny, której kibicujemy wspólnie, i smakowania tej frajdy, którą niesie wspólne oglądanie z tymi, których się kocha. Stało się wreszcie opowieścią o przekraczaniu własnych ograniczeń i wierze w to, że kiedy bardzo się starasz, kiedy masz wiarę w siebie i przyjaciół swoich, tak naprawdę wszystko jest możliwe. Nie tylko na boisku.

To pewnie najważniejsza zmiana, jaka się dokonała w ciągu tych 30 lat. Kiedy chłopiec się zorientował, że kibicowanie Tottenhamowi będzie raczej drogą przez mękę i wystawianiem się na ciągłe pośmiewisko, na zmianę barw klubowych było już za późno: trudno to pojąć, a jeszcze trudniej opisać, ale łatwiej zmienić pracę, miejsce zamieszkania, nawet wyznanie i życiowego partnera niż drużynę, z którą się związało. Robiąc więc dobrą minę do złej gry, znosiłem kolejne ciosy: poza stadionem wspomniane już odejścia piłkarzy, którzy uznawali, że trawa na innych boiskach okaże się bardziej zielona, na ich miejsce zaś przyjścia zawodników, o których opowiadało się później z mieszaniną politowania i goryczy (był wśród nich, niestety, także polski akcent, niejaki Grzegorz Rasiak, którego nieuznany gol w debiucie – w meczu z Liverpoolem skądinąd, w 2005 r. – mógłby służyć za metaforę wszystkich kibicowskich rozczarowań, szczęście było wszak tak blisko…) czy inne fatalne decyzje klubowego zarządu, np. zwalniającego w chwili nagłego upustu frustracji kolejnych trenerów, którzy zdawali się tak dobrze zapowiadać. 

Czas odnaleziony

Na stadionach lista katastrof była tak duża, że przed jednym z meczów z drużyną, której kibicuję, słynny trener Manchesteru United sir Alex Ferguson zrezygnował z przedmeczowej odprawy, mówiąc do swoich piłkarzy trzy zaledwie słowa: „Lads, it’s Tottenham” (To jest Tottenham, chłopaki), wychodząc z założenia, że sami wiedzą, jak najlepiej ograć tę zbieraninę miłych, ale pozbawionych charakteru i woli walki zawodników. Było w tym coś więcej niż zwykła konieczność uznania, że inni są lepsi (albo że mają większe pieniądze, w świecie współczesnej piłki coraz częściej stanowiące gwarancję sukcesu) – w dziejach klubu zdarzyły się klęski o randze biblijnej plagi, jak ta w ostatniej kolejce sezonu 2005/06, kiedy szansy na grę w wymarzonej Lidze Mistrzów pozbawiło Tottenham zbiorowe zatrucie nieświeżą lazanią. Lista sędziowskich pomyłek, katastrofalnych kontuzji, nieodpowiedzialnych czerwonych kartek, kuriozalnych bramek samobójczych, ale też przegranych meczów, w których przewaga wydawała się nie do roztrwonienia, zmuszała fanów londyńskiego klubu do przywłaszczenia sobie zdania kibicującego skądinąd lokalnemu rywalowi pisarza Nicka Hornby’ego, że naturalny stan fana futbolu to gorzkie rozczarowanie.

Hornby, autor „Futbolowej gorączki”, zauważał także, że kibice nie uznają czasu teraźniejszego – żyją wyłącznie w mitycznym czasie przeszłym, karmiąc się wspomnieniami o meczach niegdyś, np. przed półwieczem albo jeszcze dawniej, wygrywanych (największe sukcesy Tottenhamu datują się na początek lat 60. XX w.), albo w czasie przyszłym, który ma w końcu przynieść odmianę złego losu. 


Czytaj także: Kto nie dotknął piłki ni razu – Michał Okoński o futbolu jako dziedzinie kultury


Rzecz w tym, że dla drużyny z północnego Londynu od pięciu mniej więcej lat istnieje jednak czas teraźniejszy: po trwającej kilkanaście sezonów trenerskiej karuzeli uczący się na własnych błędach prezes Daniel Levy trafił wreszcie na właściwego człowieka, Argentyńczyka Mauricia Pochettina, ten zaś nie przyjął do wiadomości rzekomo zapisanych w klubowym DNA ograniczeń i zbudował drużynę, która nie dość, że po raz trzeci z rzędu gra w Lidze Mistrzów (a w przyszłym roku zagra również), to jeszcze zdołała awansować do jej finału.

Gole i łzy

Prorocki ten tytuł z okładki „Tygodnika Powszechnego”, bo o tym, że Tottenham zajdzie tak daleko, nie marzył chyba nikt. Do sezonu drużyna przystępowała niemal bez przygotowania (dziewięciu podstawowych zawodników grało jeszcze na ubiegłorocznym mundialu, kiedy reszta zespołów szykowała się już do rozgrywek angielskiej Premier League) i bez wzmocnień, bo w związku z budową stadionu trzeba było ograniczać wydatki. W dodatku oddanie nowego obiektu opóźniło się o wiele miesięcy: zamiast u siebie Tottenham musiał wciąż grać na wynajmowanym Wembley. Tegoroczne występy w Lidze Mistrzów zaczęły się od feralnej – bo drużyna prowadziła już i straciła dwa gole w końcówce – porażki z Interem, potem na własnym boisku uległa Barcelonie, a kiedy kolejny raz roztrwoniła prowadzenie i tylko zremisowała z PSV Eindhoven, wydawało się, że jest już po wszystkim.

U Pochettina jednak „po wszystkim” nie istnieje – wymęczone zwycięstwa w rewanżach z Interem i PSV, a później remis (też zaczęli od szybko straconego gola…) z Barceloną pozwoliły awansować do fazy pucharowej rozgrywek, gdzie zagrali koncertowo z Borussią Dortmund (choć i tu nie obyło się bez momentów dramatycznych, heroicznej gry i obronionego karnego przez bramkarza Hugo Llorisa), później okazali się lepsi od najlepszej w tym roku angielskiej drużyny, Manchesteru City legendarnego trenera Pepa Guardioli (tutaj z kolei o awansie w siedmiobramkowym thrillerze zdecydowały dwie decyzje sędziego oglądającego sporne sytuacje na wideo: najpierw uznającego gola dla Tottenhamu, a w ostatnich sekundach meczu anulującego w związku z minimalnym spalonym bramkę mającą dać awans do półfinału zespołowi z Manchesteru). W półfinale piłkarze z Londynu ograli nieustraszonych – wcześniej wygrywających np. z Realem i Juventusem – młodzieńców z Ajaksu Amsterdam, mimo iż na 45 minut przed końcem rywalizacji byli od nich gorsi o trzy gole; tu również rozstrzygająca bramka padła w ostatnich sekundach spotkania. W stolicy Holandii będący wcześniej uosobieniem spokoju i samokontroli Mauricio Pochettino płakał na murawie rzewnymi łzami, a ja cieszyłem się, że można jeszcze obejrzeć w przestrzeni publicznej płaczącego mężczyznę.

Pamiątkowe zdjęcie

Niezorientowanym wypada wyjaśnić, że od czołowych klubów Europy – Realu, Barcelony, Manchesteru United, Manchesteru City, Paris Saint Germain, Bayernu, a także obecnego rywala w finale Ligi Mistrzów, Liverpoolu – dzieli tę drużynę finansowa przepaść. Że choć w kadrze jest kilka znanych nazwisk – kapitan mistrzów świata Lloris, kapitan reprezentacji Anglii, skądinąd wracający dopiero do zdrowia po kontuzji Harry Kane (jego występ w finale jest niepewny), duński rozgrywający Christian Eriksen – to o większości piłkarzy z Londynu trzeba powiedzieć, że w najważniejszym meczu europejskiej piłki klubowej nie wystąpią już nigdy. Co zresztą również stanowi kontekst w opowieści o sukcesie trenera Pochettina: Argentyńczyk zbudował zespół, w którym każdy się liczy, a przed wylotem do Madrytu mówił, że chce, by tradycyjne pamiątkowe zdjęcie przed pierwszym gwizdkiem zrobiono nie wybranej przez niego jedenastce, ale wszystkim, których zabrał na to spotkanie, także tym, którzy „tylko” usiądą na ławce rezerwowych. Inni kupują jak wariaci i bez opamiętania, on albo daje swoim piłkarzom czas, by (jak najlepszy w tym sezonie, będący pośmiewiskiem w dwóch poprzednik Moussa Sissoko) wkomponowali się w zespół, albo wypatruje zdolnych młodzieńców w drużynach juniorskich.

Przed półfinałami z Ajaksem trener Tottenhamu chwalił rywali za to, że czują się wolni i potrafią „wyrazić się na boisku” również dlatego, że nikt na nich nie stawia; że mają w sobie niewinność, która pozwala powiedzieć po prostu „Chodźmy grać w piłkę”. Zapamiętałem ten cytat, bo wydawał mi się pasować do postawy jego własnych piłkarzy. Podobnie jak inne słowa Argentyńczyka: że owszem, wierzy w przeznaczenie, ale wsparte ciężką pracą. I że kiedy ciężko pracujesz, robiąc to, co kochasz, nie czujesz stresu, tylko pasję.


Czytaj także: Kolano Mabbutta: Michał Okoński o Tottenhamie w 2008 r.


To rzadkość w wywiadach z trenerami, jakże często chowającymi się za taktyczną nowomową albo serwującymi dziennikarzom okołopiłkarskie banały typu „mecz ewidentnie się nam nie ułożył”. To rzadkość i jeszcze jeden powód, by doceniać pracę Argentyńczyka: w świecie, który mówienie o uczuciach i emocjach zdaje się uważać za tabu, on mówi niemal wyłącznie o nich. Doprawdy obstawanie przy kimś takim, że „futbol jest okrutny”, wydaje się kompletnie nie na miejscu.

Do gwiazd i jeszcze dalej!

Tak, wiedzę o tym, jak się wygrywa finały Ligi Mistrzów, posiedli w innych klubach. Owszem, w innych klubach mają środki, które pozwalają takie mecze wygrywać. Tottenham jednak nie przyjmuje tego do wiadomości – tak jak bohater Pixarowskiego „Toy Story”, niejaki Buzz Astral, którego zawołanie „Do gwiazd i jeszcze dalej!” w jednej z poprzednich rund Pochettino nieświadomie zacytował, nie przyjmował do wiadomości, że jest tylko zabawką i tak naprawdę latać nie potrafi.

Superman z okładki „Tygodnika Powszechnego” ma kulę u nogi, a jednak wzbija się w powietrze – po 30 latach marzeń. Ja po 30 latach marzeń kończę ten tekst w samolocie do Madrytu, a jeszcze zanim wyłączyłem telefon, dostałem z domu esemesa, że moi najbliżsi zdecydowali się jeszcze raz obejrzeć szaloną końcówkę meczu Tottenhamu z Ajaksem. Tak, to jest ten czas, kiedy nie myślę z nostalgią o przeszłości i udaje mi się nie robić wielkich nadziei na przyszłość: żyję chwilą.

PS. Opowieść o Liverpoolu i jego obecnym trenerze Jürgenie Kloppie, podobnie jak historię jego niemal tak samo sensacyjnego jak w przypadku Tottenhamu awansu do finału Ligi Mistrzów (w półfinale z Barceloną, mającą w składzie wielkiego Leo Messiego, odrobili trzybramkową stratę z pierwszego meczu), również daje się snuć w tonacji romantyczno-lirycznej. Pewnie okazja pojawi się w dniu jutrzejszym, coś trzeba w końcu zrobić z tym czasem wielkiego oczekiwania.

Podróż reporterska Michała Okońskiego do Madrytu, na mecz Tottenham-Liverpool, była możliwa dzięki uprzejmości Santander Bank Polska, oficjalnego sponsora Ligi Mistrzów UEFA.

Podyskutuj z autorem na blogu „Futbol jest okrutny”

 

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Dziennikarz, redaktor wydań specjalnych i publicysta działu krajowego „Tygodnika Powszechnego”, specjalizuje się w pisaniu o piłce nożnej i o stosunkach polsko-żydowskich. W redakcji od...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]