Leokadia miała cztery lata, gdy w 1940 r. została zesłana do III Rzeszy wraz z rodzicami. Dziś wróciła do Niemiec jako świadek, jeden z ostatnich

Muzeum Pracy Przymusowej w Czasach Narodowego Socjalizmu to nowa instytucja, otwarta w maju w Weimarze. Ma tłumaczyć Niemcom ten mniej znany rozdział w dziejach III Rzeszy. Otwierali ją 88-letnia Polka Leokadia Wieczorek i 95-letni Serb Ivan Ivanji.
z Weimaru
Czyta się kilka minut
Otwarcie Muzeum Pracy Przymusowej w Czasach Narodowego Socjalizmu. Wstęgę przycinają byli pracownicy przymusowi, m.in. Ivan Ivanji (na wózku) i Leokadia Wieczorek. Weimar, 17 maja 2024 r. // Fot. Fundacja Miejsc Pamięci Buchenwald i Mittelbau-Dora / Materiały prasowe
Otwarcie Muzeum Pracy Przymusowej w Czasach Narodowego Socjalizmu. Wstęgę przycinają byli pracownicy przymusowi, m.in. Ivan Ivanji (na wózku) i Leokadia Wieczorek. Weimar, 17 maja 2024 r. // Fot. Fundacja Miejsc Pamięci Buchenwald i Mittelbau-Dora / Materiały prasowe

W Weimarze z początkiem maja otwarto Muzeum Pracy Przymusowej w Czasach Narodowego Socjalizmu. W Polsce ten rozdział zbrodniczej działalności aparatu III Rzeszy jest dość dobrze znany – w historiach prawie trzech milionów polskich rodzin z okresu II wojny światowej przewija się wątek przodków, którzy zostali zesłani na roboty przymusowe do Niemiec.

Dlatego z polskiej perspektywy można początkowo ze zdziwieniem zareagować na główną motywację twórców nowej instytucji na mapie Weimaru. Motywacją tą jest bowiem powszechna niewiedza społeczeństwa za Odrą. – To jest w Niemczech z pewnością mniej znany rozdział historii – mówi w rozmowie z „Tygodnikiem” Daniel Logemann, dyrektor nowego muzeum. – Tego tematu nie ma w programie szkolnym. Niektóre instytucje w Niemczech podejmowały już to zagadnienie, ale my jako pierwsi przedstawiamy je całościowo.

Logemann bardzo dobrze zna losy Polaków w czasie wojny. W latach 2010-15 pracował przy tworzeniu wystawy głównej Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku. Już tam odpowiadał za odpowiednie przedstawienie tematu pracy przymusowej w III Rzeszy.

W sąsiedztwie Goethego

Muzeum nie przez przypadek umiejscowiono w Weimarze. To niewielkie miasto, w którym mieszka 65 tys. ludzi, jest kulturalnym magnesem przyciągającym turystów z całego kraju i z zagranicy. To w końcu tutaj mieszkali i tworzyli giganci niemieckiej poezji: Johann Wolfgang von Goethe i Friedrich Schiller. To tutaj w 1919 r. założono Bauhaus, szkołę artystyczno-rzemieślniczą, która rozpropagowała modernizm w architekturze i wzornictwie na całym świecie.

Ale także w Weimarze, podczas II wojny światowej, narodowi socjaliści zbudowali Gauforum – nowe wzorcowe centrum miasta, w którym zasiadał gauleiter (szef NSDAP w tym regionie) Fritz Sauckel. Ten powieszony po wojnie zbrodniarz wojenny odpowiadał w III Rzeszy za sprawy zatrudnienia, choć w jego przypadku brzmi to jak ponury eufemizm. Sauckel i jego urzędnicy sprowadzili do Niemiec ponad 20 mln pracowników przymusowych z całej Europy. To właśnie w Gauforum otwarto dziś Muzeum Pracy Przymusowej.

Bajka o serdeczności

Jednym z zadań nowego muzeum jest rozprawienie się z pewnym stereotypem na temat pracy przymusowej.

– Oczywiście, pracownicy przymusowi pojawiali się po wojnie w historiach niemieckich rodzin. Jednak głównie mówiono o tym na takiej zasadzie, że ktoś tam faktycznie u nich pracował na gospodarstwie, jakiś Polak – wyjaśnia Daniel Logemann. – Brakowało w tych relacjach świadomości, że to był zbrodniczy, dobrze zaplanowany na potrzeby wojny proceder na masową skalę, który dotknął miliony ludzi.

Daniel Logemann, dyrektor Muzeum Pracy Przymusowej w Czasach Narodowego Socjalizmu w Weimarze, maj 2024 r. // Fot. Kathleen Böttcher / Materiały prasowe

Logemann zwraca uwagę, że w wielu niemieckich rodzinach przetrwał do dziś mit, iż nawet jeśli w danym gospodarstwie lub firmie pracowali pracownicy przymusowi, to przynajmniej byli dobrze traktowani.

– Powtarzano, że przecież mogli siedzieć razem przy stole z gospodarzami, że byli niemal jak członkowie rodziny. I może faktycznie czasami tak było, choć udokumentowano fatalne warunki wielu pracowników przymusowych. A co równie ważne, oni nigdy nie znaleźli się tam dobrowolnie – mówi Logemann.

– Wielu trafiło na roboty do Niemiec prosto z łapanek. Rozdzielano ich od rodzin, nie mogli dostawać listów. O tym wszystkim nie mówiło się w rodzinnych przekazach. Mówiło się tylko, że przykładowo Piotrek albo Paweł mieli się u nas dobrze. W większości niemieckie rodziny nie widziały nawet powodu, żeby poznać i zapamiętać ich nazwiska – przekonuje niemiecki historyk.

Całe moje dzieciństwo

Jednym z nielicznych wciąż żyjących świadków, którzy przeżyli koszmar zsyłki na roboty przymusowe do Niemiec, jest Leokadia Wieczorek. Polka była gościem honorowym podczas otwarcia muzeum 8 maja. Została przyjęta z honorami i przecinała czerwoną wstęgę, symbolicznie otwierając wystawę główną dla zwiedzających.

– To było coś wspaniałego, móc być w tym miejscu. Na każdym kroku czułam przyjaźń. Powtórzę, przyjaźń – mówi Leokadia Wieczorek w rozmowie z „Tygodnikiem”. Dziś 88-letnia, jest prezeską dolnośląskiego okręgu Stowarzyszenia Polaków Represjonowanych przez III Rzeszę.

Leokadia Wieczorek z rodzicami, Weroniką i Władysławem Gaickimi, 1945 r. // Archiwum prywatne

Po czym słabnącym głosem dodaje, że po obejrzeniu wystawy wszystko do niej wróciło: – Całe moje dzieciństwo tam.

Życie Leokadii została postawione na głowie w kwietniu 1940 r. Pewnego dnia niemieccy policjanci weszli do domu o piątej nad ranem, kazali się spakować i bez słowa wytłumaczenia zawieźli całą rodzinę na dworzec w Wieluniu. Tam ludzi wciskano do wagonów bydlęcych. Rodzice tylko domyślali się, że uwięzienie jest konsekwencją decyzji ojca, który odmówił podpisania Volkslisty.

Czteroletnia Leokadia wraz z rodzicami, dziadkami i innymi bliskimi została zesłana do wsi Westerburg koło miasta Habelstedt w Dolnej Saksonii. W gospodarstwie rolnym, do którego trafili wraz z większą polską grupą, dorośli przez cały dzień zajęci byli pracą. Ona zostawała sama.

Wspomina spartańskie warunki, ciągły brak jedzenia i dyskryminację, choćby ze strony miejscowych dzieci należących do Hitlerjugend, które rzucały w nią kamieniami.

– Chciałabym, żeby dzieci w moim wieku nigdy nie przeżyły tego, co ja przeżyłam w czasie wojny. To była tragedia. Nie miałam dzieciństwa, nie mogłam się uczyć, a po powrocie straciłam mamę, która rozchorowała się w Niemczech od ciężkiej pracy – mówi Leokadia.

Jej historia nie ma nic wspólnego z wizją przechowywaną w niemieckich rodzinach: o rzekomej serdecznej gościnie, z jaką mieli spotykać się pracownicy przymusowi.

Darmowa siła robocza

Wystawa główna nowego muzeum krok po kroku rozprawia się z wygodnymi niemieckimi mitami na temat pracowników przymusowych. Jej kolejne etapy pokazują zbrodniczy charakter procederu.

W gospodarstwach rolnych, gdzie do pracy zmuszono najwięcej obcokrajowców, warunki bytowe pracowników w dużym stopniu zależały od gospodarza. Ale decyzja o ludzkim traktowaniu była ryzykowna – propaganda III Rzeszy na każdym kroku podkreślała, żeby trzymać „podludzi” z Europy Wschodniej na dystans. Specjalne broszury przypominały, by pod żadnym pozorem nie usadzać ich przy wspólnym stole z niemiecką rodziną.

– Zdarzały się przypadki, że sąsiedzi donosili na kogoś, kto dobrze traktował pracowników przymusowych. A za to groziło zesłanie do obozu koncentracyjnego – mówi Logemann.

Muzeum pokazuje też, że choć niemal każdy Niemiec napotykał na swej drodze pracowników przymusowych, a miliony Niemców – w tym także wielkie koncerny – wzbogacały się na darmowej sile roboczej, to prawie nikt po wojnie nie został pociągnięty do odpowiedzialności.

Poszkodowani polscy obywatele musieli czekać aż do transformacji demokratycznej w Polsce i do zjednoczenia Niemiec. Dopiero w 2000 r., po długich (i chwilami nerwowych) negocjacjach międzynarodowych państwo niemieckie powołało fundację, która w kolejnych latach wypłacała zadośćuczynienie dla żyjących jeszcze ofiar, a także dla wywiezionych wtedy dzieci. Ich wysokość była jednak – w zestawieniu z ich cierpieniem – raczej symboliczna.

Nowe zagrożenie

Otwarcie Muzeum Pracy Przymusowej ma dziś aktualny wymiar polityczny.

Jesienią tego roku w Turyngii, gdzie leży Weimar, oraz w dwóch innych wschodnich landach Niemiec, Saksonii i Brandenburgii, odbędą się wybory do parlamentów krajowych (landtagów). W sondażach od długiego czasu na pierwszym miejscu utrzymuje się nacjonalistyczna Alternatywa dla Niemiec (AfD). Aktualne sondaże w Turyngii dają jej poparcie rzędu 30 procent.

Właśnie w tym landzie AfD jest szczególnie radykalna, głównie za sprawą niesławnego lidera. Björn Höcke chce zerwać ze społecznym konsensusem, który sprowadza się do kultywowania pamięci o zbrodniach własnego narodu w czasie dyktatury III Rzeszy i brania za nie odpowiedzialności. Z tego względu po 1945 r. społeczeństwo (zachodnio)niemieckie unikało patriotycznych uniesień i manifestowania narodowej dumy. AfD chce to zmienić.

Höcke zapowiedział już zmianę podejścia do niemieckiej historii o 180 stopni. Pomnik ofiar Holokaustu w Berlinie nazwał hańbą. Na wiecach wyborczych sięga po hasło używane przez nazistów „Wszystko dla Niemiec”. Ponieważ używanie tego terminu, tak jak symboliki nazistowskiej, jest zabronione, lider AfD został niedawno skazany przez sąd na karę grzywny.

Pracownicy muzeum chcą podjąć próbę wyrwania mieszkańców Weimaru i turystów z ich strefy komfortu. To nie są tylko historie z zamierzchłej przeszłości. Muzealnicy i historycy robią wszystko, by do ludzi dotarło, że naród obecnie szczycący się poszanowaniem demokracji, praworządności i praw człowieka, w latach 30. XX w. zaledwie w ciągu kilku lat przeistoczył się w morderczą dyktaturę. Nic nie jest dane na zawsze.

Ivan odszedł we śnie

– Nie mam już urazy do Niemców – mówi Leokadia Wieczorek w rozmowie z „Tygodnikiem” i wspomina pewną historię z dzieciństwa: – Po tym, jak przyjechaliśmy do Niemiec, jeden z mężczyzn, którzy musieli nam ustąpić miejsca w budynku, tak mnie popchnął, że spadłam do piwnicy. Krew leciała mi z buzi i z uszu. Niemiecki weterynarz zawiózł mnie do szpitala tam powiedział, że jestem Niemką, i tak uratował mi życie. Później wiele razy przychodził do nas wieczorem, kiedy rolety były już zasłonięte, i leczył polskie dzieci. To nie znaczy, że wszyscy Niemcy byli dobrzy, ale nie wszyscy byli źli.

Z myślą o nowym muzeum dodaje: – Edukacja ma wpływ na człowieka, na to, kim będzie.

W jego otwarciu uczestniczył również 95-letni Ivan Ivanji, więzień obozów Auschwitz i Buchenwald. Przyjechał z Belgradu. Wraz z Leokadią Wieczorek przecinał tę samą wstęgę. Uczestniczył w oprowadzaniu po wystawie. Uśmiechnięty i pełen wigoru, odpowiadał świetnym niemieckim na pytania dziennikarzy. Wieczorem przyjął zaproszenie organizatorów do restauracji. – Oczywiście, mam ochotę na szparagi i wino – miał powiedzieć.

Po czym w nocy zmarł w hotelowym łóżku, we śnie.

Odszedł w Weimarze, kilkanaście kilometrów od obozu w Buchenwaldzie, gdzie walczył o przeżycie. Przez całe swoje życie jako tłumacz i pisarz pracował na rzecz zagojenia wojennych ran i porozumienia.

„Wykonał swoją pracę” – napisał jego syn Andrej w mediach społecznościowych.

On tak. W rękach następnych pokoleń jest jej kontynuowanie.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny" – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Grafika na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 22/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Ostatni świadkowie wracają do Niemiec