Reklama

Lektury pobożne

Lektury pobożne

27.03.2007
Czyta się kilka minut
Kim jest ten człowiek?
"

"Ewangelia ta została spisana, ażeby wszyscy mogli poznać prawdę o Judaszu Iskariocie i roli, jaką odegrał on w życiu i tragicznej śmierci Jezusa z Nazaretu"

(1, 1). Choć powstała w innym niż­ znane nam cztery Ewangelie celu (tamte spisano, aby wszyscy mogli poznać prawdę o Jezusie), Ewangelia według Judasza opowiada o Jezusie i niemal całkowicie pokrywa się z opowieściami Mateusza, Marka, Łukasza i Jana, co łatwo sprawdzić, bowiem umieszczone na marginesie tekstu noty wskazują, gdzie należy szukać miejsc paralelnych. Niemal, bo kwestionuje opowieść o narodzeniu, pokpiwa z niektórych rzekomych cudów Jezusa, jak np. z chodzenia po jeziorze, odrzuca wiarę w zmartwychwstanie, którym się właściwie nie zajmuje, ale nade wszystko różni się od tamtych tym, co opowiada o Judaszu.

Opowieść spisał syn Judasza, Beniamin, kiedy siedemdziesięcioletniego ojca odwiedził w Khirbet Qumran nad Morzem Martwym, w twierdzy esseńczyków. Zanim opowieść została dokończona, ojciec odesłał Beniamina do domu. Esseńczykom zagrażało śmiertelne niebezpieczeństwo, zbliżali się Rzymianie. Rzeczywiście, cztery dni później rzymski legion zajął twierdzę. Judasz z siedmioma towarzyszami zostali pojmani i bez sądu straceni. "Umarł tak, jak Jezus, ukrzyżowany przez Rzymian".

Na opowiedzenie swej historii synowi, którego widział po raz pierwszy po wielu latach, stary Judasz zdecydował się wtedy, gdy usłyszał, że wśród kłamliwych o nim opowieści jest i ta o trzydziestu srebrnikach. To go tak rozgniewało, że "zażądał, by spisana została jego opowieść, tak by każdy mógł się dowiedzieć, co naprawdę się wydarzyło, kiedy był uczniem proroka Jezusa".

A naprawdę było tak, że opuściwszy w Wielki Czwartek Wieczernik Judasz udał się do domu uczonego w Piśmie, który - o czym zapewnił Judasza - zebrał zwolenników Jezusa, którzy postanowili ocalić go od śmierci. Chodziło o to, by proroka bezpiecznie odprowadzić do Galilei. W Jerozolimie jego obecność nie mogła być dłużej tolerowana przez wrogów, a także przez Rzymian. Spotkanie miało nastąpić na Górze Oliwnej.

Potem nastąpiły znane wydarzenia. Judasz odkrył, że został przez uczonego w Piśmie podle oszukany. Widząc go wśród tych, którzy przyszli aresztować Jezusa, z krzykiem rzucił się na niego z pięściami, lecz strażnicy chwycili go za ręce i powstrzymali. Mógł tylko splunąć z obrzydzeniem. Kiedy Jezus przebywał w domu Kajfasza, kapłani sączyli w uszy wszystkich, dopytujących się o wiadomości, że Jezus został zdradzony przez jednego z uczniów, którego imię brzmiało Judasz. "Uczeni w Piśmie i faryzeusze nie chcieli, by ich uważano za tych, którzy wydali wyrok śmierci na Jezusa" (23, 3), dlatego wydali go Rzymianom. Nie chcieli też, by odium za pojmanie spadło na nich, dlatego szerzyli wiadomość o zdradzie ucznia. Niestety, wersję tę przyjęli Piotr i inni. Potem ktoś wymyślił nieprawdopodobną opowieść o samobójstwie Judasza, nieprawdopodobną, bo "żadnemu pobożnemu Żydowi nie przyszłoby do głowy targnąć się na własne życie" (25, 34); on nawet o tym nie wiedział. Napiętnowany mianem zdrajcy nie wrócił do rodziny, lecz ukrył się u esseńczyków nad Morzem Martwym, gdzie po latach odnalazł go dorosły już syn.

Jest to, rzecz jasna, twór literackiej wyobraźni. Współpraca z profesorem biblistyki, ojcem Francisem Moloneyem, ustrzegła autora przed błędami i sprawiła, że opowieść posiada wszelkie cechy prawdopodobieństwa. On sam, pisarz szeroko znany jako mistrz powieści sensacyjno-obyczajowych (sprzedano 125 milionów egzemplarzy jego książek), a także polityk, po wyjściu z więzienia, dokąd trafił za złożenie fałszywych zeznań, napisał tę książkę o Jezusie. Wątek "prawdziwej" historii Judasza jest w niej oczywiście ważny, pod nim jednak kryje się punkt centralny, wyrażony w powracającym kilkakrotnie pytaniu: "Kim jest ten człowiek?", a mówiąc prościej, w pytaniu o prawdę zdumiewającego proroka z Galilei, Jezusa.

O naszych braciach, zwierzętach i radości nieczytania gazet

Ks. Alessandro Pronzato jest jednym z najbardziej popularnych pisarzy religijnych we Włoszech. Urodzony w 1932 r., poświęcił się pisaniu, głoszeniu konferencji i nauczaniu. Lubi wspominać, że Paweł VI, przeczytawszy kilka jego książek, pochwalił ich "błyskotliwy i przenikliwy" styl, który zresztą niektórzy uważają za przesadnie bezceremonialny.

Wyświęcony na księdza w 1956 r., wykładowca katechetyki, dziennikarz, duszpasterz, rekolekcjonista, były dyrektor Centrum Duchowości w Valtellina, współpracuje z kilkoma czasopismami i prowadzi regularne audycje we włoskim (nie mylić z innym) Radiu Maryja. Opublikował ponad sto dwadzieścia książek z duchowości chrześcijańskiej, przetłumaczonych na kilkadziesiąt języków świata, wiele także na język polski. Pierwsza część "W poszukiwaniu..." ukazała się w tym samym co obecna wydawnictwie w roku 2006.

Bywa, że płodni i popularni jak Pronzato pisarze religijni wpadają w manierę, stopniowo stają się nieznośni i nie do wytrzymania przewidywalni, co zresztą, o dziwo, nie szkodzi ich popularności. Nie wiem, czy naturalny, swobodny, lecz jednocześnie elegancki język księdza Pronzato można uznać za manierę. Wiem, że wśród rodaków zajmujących się pisaniem religijnych książek wyróżnia się naturalnością i prostotą. I co tu gadać, to, co pisze, jest zwykle niezwykle świeże, wręcz zaskakujące. Kaznodziejom, którzy cierpią na brak konceptu, radzę lekturę jego książek. Broń Boże, nie po to, by ich treść potem opowiadać na ambonie - zbyt duże ryzyko, że w powtarzaniu jego opowieści coś sknocą - ale żeby uczyć się jego patrzenia na sprawy ludzkie i boskie.

Dobrą lekturą może być i ta książka. Temat, zbliżony do tematu cyklu naszego felietonisty Marcina Króla, prowadzi autora po obrzeżach katechizmu. Cnoty zapomniane to (nie wyłącznie) takie, które jeszcze w katechizmie się nie znalazły, bo albo dotyczą rzeczywistości nieznanej w czasach pisania klasycznych i potem powielanych do dziś katechizmów, albo utonęły w abstrakcyjnym wykładzie. Kto słyszał w kościele wykład o takich cnotach jak wrażliwość, sztuka pocieszania, improwizacja, naruszanie norm (sic!) itd.? Czy się ktoś poważnie zastanowił nad "radością nieczytania gazet"? Dodam, że Pronzato jest zatwardziałym ich czytelnikiem każdego dnia.

W tej książce szczególnie piękne są rozdziały o zwierzętach: "Troska o wszystkie istoty", "Współczucie dla zwierząt", "Oślica przemówiła do człowieka", "...A jeżeli to zwierzęta nas ocaliły?". Czasem wręcz komiczne opowieści o zwierzętach w Biblii, o świętych, dawnych i współczesnych, którzy kochali swoje psy i koty, mnóstwo anegdot, wszystkie po to, by podważyć fałszywy dylemat: lepiej kochać bliźniego czy zwierzęta? "Lepiej chronić wojenne sieroty i dzieci bite przez rodziców w miejskich ruderach, czy małe foczki wyrzucone na lód albo niedźwiedzie, które wariują w ogrodach zoologicznych? - pisze Pronzato. - Odpowiedź: trzeba wybrać wszystko, wszystko trzeba zrobić. Nie można pominąć żadnej cierpiącej czy umierającej istoty".

Cieszę się, że w wydawnictwie Salwator ukazało się po polsku już ponad dwadzieścia książek Alessandra Pronzato. Jego styl, inteligencja, jego pogodne, odważne i głębokie chrześcijaństwo i jego język powinny dobrze zrobić naszym polskim, katolickim duszom.

Mnisi miasta

O Monastycznej Wspólnocie Jerozolimskiej można się było u nas dowiedzieć już dawno, z książki jej założyciela Pierre'a-Marie Delfieux "Źródło na pustyni miast" (Wydawnictwo Księży Marianów, 1991), dawno wyczerpanej. To instytut zakonny, żyjący rytmem wielkiego miasta, a jednocześnie prowadzący głębokie życie modlitwy. Pierwsza Wspólnota powstała w 1975 r. w Paryżu; dziś wspólnoty istnieją w Strasburgu, Florencji i Brukseli, mówi się o zamiarach stworzenia wspólnoty w Polsce. Zrzeszają ok. 180 członków z blisko 30 krajów, w tym także z Polski. Tworzone są przez braci i siostry, którzy składają śluby posłuszeństwa, ubóstwa i czystości. Kobiety i mężczyźni mieszkają osobno w wynajętych mieszkaniach. Trzy razy dziennie wspólnie się modlą. Ich liturgia zawiera elementy zaczerpnięte z chrześcijańskiego Wschodu i Zachodu. Na utrzymanie pracują w świeckich zawodach, ale tylko na pół etatu. Nie chcą się bogacić, zależy im na tym, by mieć czas na modlitwę. Mówi się o nich czasem "mnisi miasta". W Paryżu miejscem ich modlitwy liturgicznej jest, z woli ówczesnego arcybiskupa Paryża kard. Marty'ego, kościół św. Gerwazego.

Lektura książki Pierre'a-Marie Delfieux "Miasto w sercu Boga" jest bardzo specyficzna. Człowiek żyjący wiarą mówi językiem wiary o sprawach wiary. Żadnych koncesji dla języka "z tego świata", bo dla niego nie ma dwóch światów: tego i tamtego. Zanurzeni w życie miasta, codziennie wyruszający do swoich miejsc pracy, "mnisi miasta" są jednocześnie zanurzeni w rzeczywistości Boga. Tytuły niektórych rozdziałów - "Siedem filarów świętości", "Dlaczego się modlić?", "Jak się modlić?", "Tajemnica Kościoła", "Dziewictwo konsekrowane dla wiecznych godów" - dobrze ilustrują ten język. Jednocześnie, chcę to podkreślić, ten język jest zrozumiały.

"Chciałbym pokazać w sposób bardzo konkretny, bardzo widoczny, że Kościół jest jedną z najbardziej poruszających rzeczywistości, a dla nas, chrześcijan, najcudowniejszą tajemnicą" - pisze Delfieux. I następuje pełna zachwytu i zdumienia medytacja o trwałości Kościoła, jego uniwersalności, żywotności, różnorodności, o jego zdolności wpływania na dzieje świata bez proporcjonalnych narzędzi. Rozważania, co do których sam autor podejrzewa, że są nazbyt liryczne i apologetyczne. Nie są, bo jest w nich autentyczny zachwyt, który czytelnikowi się udziela.

Książka pokazuje, co znaczy dzielić się z innymi wiarą. Rodzaj literacki ryzykowny, bo wiadomo: jednego poruszy, innych może rozśmieszyć. W traktatach i rozprawach, nawet w pisaniu historii, autor jest bezpieczny, osłania go mur erudycji, struktura myślenia. W dawaniu świadectwa, czyli dzieleniu się przeżyciem własnej wiary, jest nagi i bezbronny. Świadectwo jako forma przekazu wiary kusi, niestety - mamy wiele tekstów imitujących świadectwa. Bladych, nudnych, czasem denerwujących. Dlatego prawdziwe świadectwa lśnią niezwykłym blaskiem. Jak ta książeczka. Ale nikomu nie powiem: "musisz ją przeczytać". Bo w tych sprawach nic się nie musi.

Nowy Brewiarz

Nie nowy, ale wznowienie starego. Pallottinum, które jako jedyne w Polsce ma prawo wydawania ksiąg liturgicznych, w 1988 roku zakończyło mozolną pracę nad wydaniem w języku polskim modlitw brewiarzowych, odmawianych przez wszystkich księży i wiele zakonnic. Polski przekład, owoc wielkich wysiłków, wszedł w użycie. Kler już dawno przestał się modlić po łacinie, modli się psalmami i hymnami w języku ojczystym, co z pewnością sprzyja zrozumieniu i głębszemu przeżyciu tej codziennej kapłańskiej modlitwy liturgicznej. Bo jest to modlitwa codzienna każdego diakona, księdza i biskupa. Ujęta w cztery tomy, każdy na odpowiednią porę roku (kościelnego), towarzyszy modlitwa brewiarzowa księdzu w domu i w podróży, na wycieczce w góry i w rowerowej wyprawie.

Polskie wydanie modlitwy brewiarzowej, kiedyś z wielką radością powitane (i rozkupione), ma jeden mankament: wolumen, objętość. Brewiarz - poza pierwszym, adwentowym tomem - ma wymiary średniej cegły. Pallottinum obiecuje od lat drugie wydanie, w którym nie tylko kalendarz (w starym dawno się skończył) sięgnie naszych czasów, nie tylko znajdą się w nim nowi polscy święci (na razie są na luźnych wkładkach), ale i papier będzie cieńszy, waga mniejsza i rozmiar znośniejszy. I wydali tom pierwszy, którego rozmiar był najmniej dokuczliwy. Owszem, nieco mniejszy, zdawał się zwiastować odchudzenie następnych. Niestety, następnych nadal nie ma. W takich Włoszech, nie mówiąc o formacie najnowszych wydań brewiarza, a w końcu to są te same teksty, wydano niewielki tomik zawierający wszystko, na cały rok, z wyjątkiem czytań, co pozwala po lekturach odprawionych w domu resztę obowiązujących modlitw zabrać do kieszeni.

Tylko Pallottinum ma prawo do wydawania brewiarza. Zanoszę więc do Pallottinum prośbę o poręczny, choćby tych rozmiarów co we Włoszech, nowy brewiarz. Nawet jeśli stare wydania zalegają magazyny. Nowe, poręczne natychmiast się rozejdą. A nawet jeśli poniesiecie materialne straty, to i tak od znużonych dźwiganiem opasłych starych wydań starych księży zyskacie wdzięczność.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Urodził się 25 lipca 1934 r. w Warszawie. Gdy miał osiemnaście lat, wstąpił do Zgromadzenia Księży Marianów. Po kilku latach otrzymał święcenia kapłańskie. Studiował filozofię na Katolickim...

Dodaj komentarz

Uwaga! Przypominamy o ciszy wyborczej. Trwa ona od północy z 10 na 11 lipca do momentu zakończenia głosowania w wyborach prezydenckich 12 lipca. W tym czasie nie wolno prowadzić agitacji wyborczej, również w internecie. Za złamanie zakazu agitacji grozi kara grzywny.

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]