Reklama

Kwestia standardów

Kwestia standardów

11.02.2021
Czyta się kilka minut
W sprawie cywilnej przeciw Barbarze Engelking i Janowi Grabowskiemu sąd rozczarował obie strony sporu: nie nałożył na pozwanych kagańca, choć zarazem przypomniał, że zasady obowiązują nas wszystkich, którzy piszemy o historii.
Barbara Engelking i Jan Grabowski podczas premiery „Dalej jest noc” w Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN, 22 kwietnia 2018 r. / Fot. JACEK DOMINSKI/REPORTER
K

Królowi Salomonowi autorzy biblijni przypisują nie tylko poczucie sprawiedliwości, ale też umiejętność rozwiązywania skomplikowanych na pozór spraw sądowych w sposób zdroworozsądkowy. W tym sensie stwierdzenie, że salomonowy jest wyrok, który 9 lutego sąd pierwszej instancji wydał w cywilnym procesie „Filomena Leszczyńska versus Barbara Engelking i Jan Grabowski”, to nie tylko zabieg retoryczny.

Co bowiem zrobił w gruncie rzeczy warszawski sąd? Mówiąc obrazowo: przekłuł balonik słów i emocji, który od jakiegoś czasu pompowało wielu uczestników dyskusji publicznej, sympatyzujących z jedną lub drugą stroną tego sporu. 80-letnią Filomenę Leszczyńską wspierała organizacja, która nazywa się Redutą Dobrego Imienia i uważa, że walczy o dobre imię Polski i Polaków w kraju i na świecie. Nie sposób oprzeć się przy tym wrażeniu, że działacze Reduty mogli chcieć wykorzystać ten przypadek, traktując seniorkę instrumentalnie; z drugiej strony ktoś mógłby zadać pytanie, czy gdyby nie oni, 80-latka z podlaskiej wioski byłaby w stanie podnieść publicznie swoją sprawę. Jednak również pozwani historycy otrzymali mocne wsparcie – zwłaszcza w ostatnich dniach liczne były apele i listy solidarnościowe różnych organizacji (ich ton i treść – a mowa była w nich czasem o zagrożeniu dla wolności słowa – sprawiały czasem wrażenie, że autorzy być może nie zapoznali się z materią sprawy).


Filomena Leszczyńska / FOT. REDUTA DOBREGO IMIENIA / MATERIAŁY PRASOWE

Odrzucone skrajności

Na czym polegało to, trzymajmy się metafory, przekłucie balonika? Na tym, że sąd sprowadził przedmiot sporu do wymiaru zdroworozsądkowego.

Po pierwsze, sąd oddalił skrajne aspiracje obu stron sporu. Gdyby się z nimi zgodził, z jednej strony mogłoby to prowadzić do nałożenia kagańca na badania historyczne nad Holokaustem (i nie tylko zresztą nad nim, także np. na badania nad aparatem terroru PRL i ludźmi go współtworzącymi), w tym do autocenzury. Mogłoby tak się stać, gdyby sąd przyznał stronie pozywającej 100 tys. zł zadośćuczynienia i nałożył na pozwanych obowiązek umieszczenia ogłoszeń z przeprosinami w mediach (kosztujące zapewne dziesiątki tysięcy złotych). Sąd odrzucił również tę radykalną linię obrony, którą (słuchając także komentarzy po wyroku, po stronie sympatyków Barbary Engelking i Jana Grabowskiego) można by zinterpretować w ten oto sposób, że historycy powinni być równi i równiejsi: że tych spośród nich, którzy badają temat Polaków będących w Holokauście wspólnikami Niemców, nie obowiązują te same standardy co innych.

Po drugie, sąd skoncentrował się na kwestii, która – abstrahując na moment od takich czy innych intencji – była tu kluczowa: czy 80-letnia krewna Edwarda Malinowskiego, nieżyjącego od dawna sołtysa wsi Malinowo w powiecie Bielsk Podlaski, może na drodze sądowej zakwestionować tezę postawioną w rozdziale antologii „Dalej jest noc”, którego autorką była prof. Barbara Engelking, a redaktorem naukowym prof. Jan Grabowski. Teza brzmiała, że Malinowski był współwinny śmierci kilkudziesięciu Żydów.

Na marginesie: tym, którzy sugerowali, że chodzi o błahostkę, bo sołtysowi poświęcono kilka linijek w pracy liczącej tysiąc kilkaset stron (nie sugeruje tego – chcę zaznaczyć – autor tekstu, który ukazuje się w ramach naszego dwugłosu), można zaproponować ćwiczenie intelektualne: czy powtórzyliby swoją tezę, gdyby w podobnie grubym tomie poświęconym np. tajnym służbom PRL znalazło się kilka linijek konstatacji, rzuconych bez dostatecznego materiału dowodowego, że np. jakiś znany polityk obecnej opozycji był konfidentem Służby Bezpieczeństwa? W obu przypadkach chodzi o człowieka, a nie o „nawóz historii”.


CZYTAJ TAKŻE

ARTYKUŁ MICHAŁA OKOŃSKIEGO: Sąd Okręgowy w Warszawie zajął stanowisko w sprawie dotyczącej sporu o książkę „Dalej jest noc”: dwoje redaktorów tomu ma przeprosić Filomenę Leszczyńską za podanie nieścisłych informacji dotyczących jej nieżyjącego stryja. Nieprawomocny wyrok kwestionujący jeden akapit nie oznacza jednak zakwestionowania tysiąca siedmiuset stron >>>.


Sprawy życia i śmierci

Uznając, że możliwe jest kwestionowanie na drodze prawnej stwierdzenia z pracy historycznej, iż ktoś z mojej (twojej) rodziny był winnym współudziału w wielokrotnym morderstwie – bo do tego sprowadza się zarzut wobec sołtysa – sąd musiał odpowiedzieć na pytanie będące konsekwencją poprzedniego: czy autorzy „Dalej jest noc” mieli podstawy, by sformułować takie stwierdzenie (w gruncie rzeczy – wyrok publiczny na konkretnego człowieka, mającego nazwisko i rodzinę).

Sąd uznał, że materiał źródłowy nie pozwala na tak kategoryczne sformułowanie – i skazał pozwanych na wystosowanie przeprosin za „nieścisłe informacje” (określenie i tak dość łagodne). Przeprosiny nie narażą pozwanych na koszty finansowe: mają zostać opublikowane na własnej stronie internetowej Centrum Badań nad Zagładą Żydów i w postaci listu do powódki. Sąd nakazał także zmianę tego fragmentu w kolejnych wydaniach.

Czy ta decyzja jest sprawiedliwa? Patrząc na materiał źródłowy (przedstawiony przez samą Barbarę Engelking: w tekście opublikowanym na stronie Centrum Badań nad Zagładą Żydów zaprezentowała materiały, na których się opierała; nie ma tu miejsca na ich szczegółowe omówienie – zainteresowani mogą sięgnąć do tego źródła), wydaje się, że na pytanie, czy Malinowski był współwinny śmierci kilkudziesięciu Żydów, najbardziej rzetelna odpowiedź brzmi: tego nie wiemy. I zapewne nigdy się ostatecznie nie dowiemy, bo nie ma możliwości zweryfikowania dostępnych materiałów – chyba że kiedyś pojawią się jakieś nowe, przesądzające w jedną czy drugą stronę.

Dziś wiemy tylko (albo, jak kto woli, aż), że w archiwaliach tej sprawy są zarówno okoliczności obciążające sołtysa (kilka osób z wioski twierdziło, że wydał grupę 18 ukrywających się Żydów Niemcom; natomiast przywołana tu przez Engelking relacja Estery Drogickiej nie może być dowodem ani winy, ani niewinności sołtysa, bo nie była ona świadkiem tych wydarzeń), jak też odciążające go (fakt, że żydowscy partyzanci, którzy postanowili zemścić się za śmierć rodaków, zabili miejscowego leśniczego, uznając go winnym denuncjacji, natomiast sołtysa oszczędzili – jak czytamy, odwiedzili go, ograbili, ale nie ukarali śmiercią). Barbara Engelking posunęła się za daleko, zbyt lekko formułując w swoim tekście jako stwierdzenie faktu coś, co w materiale archiwalnym pozostaje podejrzeniem (na marginesie: 18 to raczej kilkanaście niż kilkadziesiąt).

Czy sąd mógł zdecydować inaczej? Szukając odpowiedzi, sięgnijmy po analogię. Od wielu lat toczy się w Polsce dyskusja na temat ujawniania materiałów tajnych służb PRL. Od historyka (czy dziennikarza), który chce postawić tezę, że konkretny człowiek wymieniony z nazwiska donosił tym służbom, wymaga się dziś wiele: solidnych dowodów, nie poszlak. Czy podobnych oczekiwań nie można formułować wobec historyka (czy dziennikarza), który twierdzi, że ktoś wymieniony z nazwiska wydawał Żydów? Być może od tego drugiego należy nawet oczekiwać więcej – wszak w pierwszym przypadku stawką była utrata czyjejś wolności, pracy, rzadko kiedy śmierć. A w tym drugim – zawsze śmierć.

Dyskusja będzie trwać

Książka pod redakcją Engelking i Grabowskiego ukazała się trzy lata temu. Dziś, po trwającej nieustannie dyskusji publicznej, można by już skompletować niemałą antologię z poważnych publikacji polemicznych, które kwestionują metodologię użytą w „Dalej jest noc”, wykorzystanie i interpretację źródeł itd. (w tym pomniejszanie polskiej pomocy i powiększanie polskiej współwiny). A także swoiste żonglowanie liczbami praktykowane przez Jana Grabowskiego, które wpływa mocno na odbiór całej pracy Centrum Badań nad Zagładą Żydów. Te kolejne już liczby – ostatnio ma to być już znacznie ponad 200 tys. Żydów, którzy mieli stracić życie za sprawą Polaków (tak sugeruje Grabowski w wydanej niedawno książce „Polacy, nic się nie stało!”) – przypominają praktyki niektórych publicystów związanych ze środowiskami kresowymi, którzy emocjonalnie eskalują coraz to wyższe liczby Polaków, jacy mieli zginąć z rąk Ukraińców (sto tysięcy ofiar urasta tu niekiedy do kilkuset tysięcy).

Ta dyskusja będzie toczyć się dalej – wyrok z 9 lutego w żaden sposób jej nie ogranicza. Przypomina natomiast (znów: tylko albo aż), że zajmowanie się materią historyczną, gdzie w grę wchodzi ocena ludzkich zachowań w sytuacjach skrajnych (obojętne, czy dotyczy to relacji polsko-żydowskich, czy innego tematu dotykającego spraw życia, śmierci, a także godności ludzkiej), nakłada szczególną odpowiedzialność za słowa. Że historyków i dziennikarzy obowiązują tutaj zawsze takie same standardy. ©℗


CZYTAJ TAKŻE

MICHAŁ OKOŃSKI: W książce „Dalej jest noc” nie chodzi o polską winę. Nie chodzi o nas i o nasze samopoczucie. Chodzi o tych, którzy zginęli, i którzy też byli przecież „nasi”.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Dziennikarz, kierownik działów Świat i Historia. Ur. 1967 r. W „Tygodniku” zaczął pisać jesienią 1989 r. (o rewolucji w NRD; początkowo pod pseudonimem), w redakcji od 1991 r. Specjalizuje...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Dobry artykul i bardzo wywazony, podobnie chyba jak decyzja sadu. Temat wywoluje emocje w calym swiecie, dzis np pojawil sie w Toronto w stacji radiowej CFRB1010 ktora nie pamietam kiedy zajmowala sie czymkolwiek zwiazanym z Polska. Dobrze ze autor przypomnial o emocjach zyjacych potomkow "bohaterow" tamtych czasow. Historycy nie moga zapominac, ze ich badania dotykaja zywej tkanki i ich konkluzje musza byc niezaprzeczalne. W przeciwnym razie podwazaja rzetelnosc ich badan i moga stac sie, w niezamierzony sposob, argumentem dla tych ktorzy twierdza,ze te badania maja zalozona teze "szkalowania dobrego imienia Polski". Odrobina zdrowo-rozsadkowego podejscia jest tu jak najbardziej na miejscu. Salomonowy wyrok i dobra analiza

Gdyby RDI ograniczyła się do pozwu o pomówienie bez żądań o odszkodowanie i zadęcia patriotycznego to sytuacja pozwanych byłaby znacznie słabsza. Ciekawe ile gremiów historyków ujęło się za Jasiewiczem

Mam nadzieję, że pan Okoński też się z nią zgadza, i też w tym kontekście. A może jednak nie, panie MO?

A szkoda. Podoba mi się, że reprezentuje zdrowy rozsądek poparty rzetelną wiedzą. Rzadki zwierz w naszych rozhisteryzowanych elitach.

To ja zapytam red. Pięciaka. Ile jest tych publikacji, które jakoby narosły przez trzy lata. I to poważnych? Ja znam kilka niepoważnych. Ale rzetelnej analizy dzieła tak ochoczo poddawanego osądowi - że Autorowi to nie przeszkadza - nie ma. I tyle

@Max Stanulewicz w czwartek, 11.02.2021, 23:42. Hmmm... W katalogu BN figuruje 58 pozycji mających w opisie frazę "Dalej jest noc". Odrzucając z listy wyników (na podstawie pobieżnego przeglądu) książkę pod tym tytułem oraz jakieś omówienie tłumaczeń amerykańskich poetów i rękopis Ficowskiego, zostajemy z 55 recenzjami pracy pp. Engelking i Grabowskiego. W pełni rozumiem, że na gruntowny przegląd literatury tematu nawet pasjonat może nie znaleźć sił i czasu i nigdy nie dowiedzieć się, czy czegoś mądrego nie napisał np. red. Okoński w TP ("Pamięć o Ablu", nr 17/2018). Spróbujmy przyjąć formalne kryterium selekcji, korzystając z pracy bibliotekarzy BN. Artykuły publicystyczne (29) sobie darujmy, jeden z czasopisma katolickiego tak samo, z tygodników opinii (28) chyba też... O, jest! Artykułów z czasopism naukowych jest pięć. Niby nie za wiele, ale jak na jedną książkę w ciągu zaledwie 3 lat po jej wydaniu to chyba całkiem nieźle. Acta Poloniae Historica, Res Gestae : czasopismo historyczne, Przegląd Historyczny : dwumiesięcznik naukowy, Wielogłos : pismo Wydziału Polonistyki UJ, Teksty Drugie : teoria literatury, krytyka, interpretacja. Wśród autorów jeden niemiecki historyk Zagłady (autor m.in. pięciu książkowych opracowań monograficznych) oraz czworo polskich badaczy z UJ, UW, IBL PAN i Uniwersytetu Pedagogicznego w Krakowie. Proszę zauważyć, że nie ma tutaj ani jednej publikacji historyków z IPN, które wydłużyłyby listę co najmniej o kolejnych 5 pozycji. Nie mam pewności, że nickiem Max Stanulewicz przedstawia się profesor UAM dr hab. Maksymilian Stanulewicz, ale jeśli tak, to proszę o uzasadnienie tak niespotykanie surowej oceny pracy kolegów z innych, nie mniej zacnych uczelni. Chyba że Max wybrał kilka swoich lektur przypadkowo i akurat nie trafił na nic poważnego. Ale czy to poważne podejście do tematu? ;)

prof. M. Stanulewicz, to uzasadnienie tak surowej oceny może stać się również zagadnieniem psychoterapeutycznym, choć prof. Kępiński twierdził, że to określenie tautologiczne i że należy mówić o "rozmowie".

@Robert Forysiak w piątek, 12.02.2021, 08:26. Ale ja naprawdę nie miałem zamiaru nikogo zaczepiać. To było tylko jedno żartobliwe zdanie na koniec długiego i chyba w miarę rzeczowego komentarza. Chętnie przeczytałbym taką metakrytyczną analizę recepcji książki, która, niezależnie od swojej wartości, już mocno zaistniała w sferze opiniotwórczej (sugerowałbym artykuł w dziale "Tygodnik czytelników" jako formę właściwszą od komentarza pod artykułem). Choćby po to, żeby wiedzieć, czy warto czytać samą książkę albo którekolwiek z tych omówień. ;) Tak, wiem, już się podkładam tym "czy warto czytać" - znaczy: nie czytałem - ale opiniotwórcy też nie zawsze to robią. Przykład jeden, za to wymowny [http://kompromitacje.blogspot.com/2018/02/aleksijewicz-powoluje-sie-na-grossa.html]

zdystansowana kwestia nie miały nic z uwodzących energią lub wzniosłością słów, skoro odpowiedź żadna nie nadeszła...

kolejny krok w merytorycznej dyskusji o przestępstwach i zbrodniach popełnionych podczas wojny przez Polaków, przez dekady temacie tabu

Ludzie siedzieli pozamykani w chałupach i pili wódkę. Pili bo się bali. A jak się gdzieś w pobliżu pojawili Żydzi to ich przeganiano. Jeśli jednak ktoś się zlitował i podał zupę albo kawał chleba biednym ludziom no to kłopot gotowy. Prędzej czy później Żydzi dostawali się w ręce Niemców, którzy zazwyczaj potrafili wycisnąć odpowiedź na proste pytanie: kto tobie pomagał. No więc może rzeczywiście Żydzi bali się Polaków ale też Polacy bali się Żydów.
Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]