Zbigniew Mentzel: Od lat jesteś stale obecny w środowisku twórców. Kiedy zaczęło się to Twoje duszpasterzowanie?
Ks. Andrzej Luter: Nie potrafię określić dokładnie. Zapewne mój pierwszy kontakt z twórcami nastąpił na planie „Ziemi obiecanej” Andrzeja Wajdy. Jako kilkunastoletni szczeniak wcisnąłem się w pobliże ekipy i podpatrywałem, jak pracuje Mistrz. Byłem świadkiem kręconej na ulicy Lipowej, w „moich” Pabianicach, tragicznej sceny.
Mam na myśli samobójstwo Trawińskiego, którego grał Andrzej Łapicki. Strzał w głowę zbankrutowanego lodzermenscha. Byłem bardzo poruszony. Przypomniałem sobie ten dzień 45 lat później, kiedy podchodziłem do ambonki w kościele dominikanów, by powiedzieć kazanie na pogrzebie Andrzeja Wajdy. Poczułem domknięcie czasu. „Lato się przełamało”.
Tak, jestem z twórcami kultury. Czuję z nimi wewnętrzną więź. Wiele rozmów, spotkań, także tych związanych z udzielaniem sakramentów.
Ktoś złośliwy powiedziałby, że to snobizm.
Daj spokój, nie przejmuję się takimi opiniami. Na szczęście nie zamykam się zresztą tylko w tzw. środowiskach twórczych. Izolowanie się w jakiejś jednej hermetycznej „bańce” to zawsze zafałszowywanie rzeczywistości.
Chcę być wolny od jakichkolwiek koterii, tych – nie daj Boże! – politycznych, medialnych, ale także tych kościelnych. Chcę być otwarty na wszystkich i na każdego pojedynczego człowieka. Mam nadzieję, że mi się to udaje.
Papież Franciszek mówił: „Proszę, nie czyńcie z Kościoła komory celnej: tu wchodzą sprawiedliwi, ci, którzy są w porządku, a tam wszyscy inni. Nie. Kościół nie jest taki. Sprawiedliwi i grzesznicy, dobrzy i źli, wszyscy, wszyscy, wszyscy”. A papież Leon mówił niedawno do księży: „Dzisiaj bardziej niż kiedykolwiek, zwłaszcza tam, gdzie liczby wydają się wskazywać na dystans między ludźmi a Kościołem, trzymajcie drzwi otwarte! Pozwólcie wchodzić i bądźcie gotowi, aby wyjść. To kolejna tajemnica waszego życia: jesteście kanałem, a nie filtrem”.
Ale ciągnie Cię do sztuki.
No cóż, uzależniłem się, wpadłem w ten nałóg w latach 70. i szczęśliwie trwam w nim do dziś. W Polsce lata „wczesnego i schyłkowego Gierka” to był czas poetyckiej Nowej Fali, krytyki „świata nieprzedstawionego”, kina moralnego niepokoju, słuchania na zmianę Doorsów i Kaczmarskiego, Pink Floydów i Okudżawy, Janis Joplin i Wysockiego.
Później, w latach 80., już jako młody kleryk, miałem szczęście poznać osobiście wielu polskich twórców. Prowadziłem z nimi wywiady dla „telewizji seminaryjnej”, czyli po prostu nagrywane na kasety VHS. Pamiętam rozmowy z Krzysztofem Kieślowskim i Stefanem Kisielewskim. A pod koniec lat 90. TVP zaakceptowała mój pomysł na „Rozmowy na koniec wieku”. Prowadzili je Katarzyna Janowska i Piotr Mucharski. Pierwszą nagrywaliśmy w czytelni UJ z Czesławem Miłoszem. Niektóre takie kontakty i rozmowy wywarły duży wpływ na mnie jako księdza.
Opowiedz choćby o jednym takim zdarzeniu.
W 1989 r., tuż przed święceniami kapłańskimi, postanowiłem przeprowadzić rozmowę z Julianem Stryjkowskim, wielkim pisarzem żydowskiego pochodzenia, którego ojczyzną był język polski. W stanie wojennym publikował opowiadania w dominikańskim wydawnictwie „W drodze”.
Zgodził się na rozmowę. Na jego biurku leżały sterty szesnastokartkowych zeszytów w kratkę, bo pisał swoje powieści ręcznie, w takich właśnie zeszytach, a potem ktoś musiał to wszystko przepisać na maszynie. Na początku zaczął opowiadać o spotkaniu z Janem Pawłem II w Kościele Świętego Krzyża. Był oszołomiony. Opowiadał o papieżu jak o Bogu.
Nie był katolikiem ani nawet wierzącym Żydem.
Ale miał swoją wizję Absolutu.
Rok później, po święceniach kapłańskich, zaprosiłem go na swoją drugą mszę świętą w życiu. Odprawiałem ją w kościele na Placu Zbawiciela. Jest niedziela, wychodzę do ołtarza. Patrzę, a w przedostatniej ławce siedzi ten stary, drobny, mały, ledwo widoczny człowiek. Wzruszyłem się. Kilka tygodni później opowiadał pięknie o tej mojej mszy dla „Tygodnika Powszechnego” w rozmowie z Ewą Berberyusz.
Przed wyjazdem na pierwszą parafię, poza Warszawę, odwiedziłem go jeszcze raz. I znowu widzę te sterty zeszytów. Pytam, co teraz pisze. „Nie mogę powiedzieć, bo nigdy już by mnie ksiądz nie odwiedził”. Byłem zaskoczony. Zrozumiałem te słowa dwa lata później, gdy przeczytałem „Milczenie”, bo o to opowiadanie mu chodziło. Z ogromną szczerością porusza w nim temat swojego homoseksualizmu.
Mijały lata. Pracowałem w Łowiczu w katedrze. I nagle w lipcu 1996 r., ni stąd, ni zowąd, postanowiłem do niego zadzwonić, tak bez powodu. Odebrał telefon. Zorientowałem się po głosie, że był bardzo słaby. Ciężko chorował. A jednak mocnym szeptem zdołał wykrzyczeć z radością jedno zdanie: „To jednak mnie ksiądz nie potępił!”. Jedyne, co mogłem mu powiedzieć, to że nie mam prawa nikogo potępiać, zwłaszcza za jego ludzką tożsamość. Wkrótce, może dwa tygodnie po tej rozmowie, Stryjkowski zmarł.
Zawsze też będę pamiętał o słowach, które napisał w swojej wielkiej powieści „Przybysz z Narbony” i powtórzył w rozmowie ze mną: „Żydów palono, mordowano zawsze, z przerwami. Nam dzięki Bogu udało się żyć w przerwie”. Od tamtej rozmowy bardzo często dzwonię „bez powodu”, może ktoś czeka na ten telefon.
Jak dziś rozmawiać o tym, co najważniejsze?
Od eschatologii nie uciekniemy. Ona nas dopadnie wcześniej czy później. Odpowiem za o. Wacławem Hryniewiczem. Pisał on, że gdy czyta się eschatologiczne fragmenty Ewangelii, widzi się paradoks w postawie Chrystusa. Z jednej strony wizja śmierci, a z drugiej – ogromne przywiązanie do życia. Słowo „życie” w Jego ustach pojawia się najczęściej. Przyniósł nam słowa żywota, dał nam pokarm żywota. Ale potem, kiedy sam zbliża się do śmierci, daje o sobie znać trwoga, lęk przed śmiercią. Ludzki lęk w Bogu.
Jezus stanął zatem przed problemem zamiany tego, co jest przekleństwem człowieka, na coś, co byłoby wyzwoleniem. Zmienić naturę śmierci – najbardziej ambitne w dziejach ludzkości przedsięwzięcie Jezusa z Nazaretu. Zmartwychwstał, żeby nas zbawić.
Śmierć jest filarem życia. Twój Mistrz, Zbyszku, prof. Leszek Kołakowski pisał: „Człowiek jest bytem ku śmierci i ona współokreśla naszą egzystencję. Jest przeto stosowne, by zaliczyć ją do filarów życia, chociaż jest końcem, a nie częścią”. Akceptacja śmierci i protest przeciw niej to dwie nieusuwalne strony naszego życia. Mimo skazania na śmierć, mamy żyć pełnią życia. Tu leży istota chrześcijaństwa. Jezus wtargnął w ten nasz nieunikniony konflikt między życiem i śmiercią. Oto jest zmartwychwstaniem! Jego przesłanie to nie apokalipsa, a afirmacja życia. O tym pisali Hryniewicz i Kołakowski.
W czasie słusznie minionym artyści uznawali Kościół za jedyną w Polsce oazę wolności. Kulminacją był okres stanu wojennego. Wiemy, że z tego przymierza nic zgoła nie pozostało. Dzisiaj Kościół i większość artystów traktują się krytycznie, podejrzliwie, o ile nie wrogo. Czy jest szansa na „nowe przymierze” między nimi?
Kościół katolicki, jak sama nazwa wskazuje, jest uniwersalny, powszechny i powinien być otwarty na wszystkich, także na agnostyków i ateistów, których wśród artystów jest niemało. Nie lękajmy się! Kościół ma łączyć, a nie dzielić, zwłaszcza jeśli podziały na dobrych i złych katolików albo na wierzących i niewierzących wykorzystywane są w brutalnej walce politycznej o władzę.
To banalne prawdy i wstydzę się, gdy je powtarzam. Ale trzeba je powtarzać po tysiąckroć: przesłanie Kościoła jest przesłaniem pokoju i miłości, a nie walki i nienawiści.
Przykładów, że tak nie jest, znajdziemy wiele.
O wiele łatwiej to deklarować niż praktykować. I to dotyczy wszystkich stron ideowych. Ja skupiam się na „mojej” stronie. Zbyt często zapomina się, że „dusza religijna” może być duszą człowieka poszukującego, niepewnego, wątpiącego w dogmaty religijne; człowieka, który jednak ma szacunek dla tradycji religijnej (nawet jeśli nie był w tej tradycji wychowany) i jest otwarty na Tajemnicę.
Błędem jest narzucanie takim ludziom już na starcie ortodoksji. Błędem jest niechęć do szukania języka, który by do nich trafiał. Oczywiście mam tu na myśli nie tylko twórców kultury, ale wszystkich ludzi młodych duchowo, czyli zdolnych do wewnętrznych przemian. Chodzi mi o język przekonujący, że chrześcijaństwo jest w dzisiejszym świecie nadal potrzebne, choć niektórzy myślą, że nie da się go połączyć z duchem nowoczesnej racjonalności i oszałamiającym rozwojem technologii.
Pytasz, czy jest szansa na „nowe przymierze”? Czas takich przymierzy minął, one okazują się płytkie, krótkotrwałe i koniunkturalne, dziś najważniejsze to być ze sobą, obalać mury niechęci i być.
Leszek Kołakowski zamiast słowem „Bóg” wolał posługiwać się wyrażeniem „Duch Sensonośny”. Pisał też, że „cały nasz empirycznie dostępny kosmos jest przejawieniem innej rzeczywistości, empirycznie wprost niedostępnej, ale że nie są zasadniczo niemożliwe próby odczytania tej drugiej rzeczywistości przez jej ulotne znaki w świecie”.
Sądzę, że takie poczucie może być bardzo atrakcyjne dla młodych ludzi, doskonale wiedzących, czym jest komputerowa „chmura”, w której mieści się nieskończenie wiele danych.
„Duch Sensonośny” wydaje mi się genialnym sformułowaniem. Genialnym, bo może trafić do każdego z nas, bo wszyscy możemy się przy nim spotkać. Kim jest ów Duch, który nadaje sens naszemu życiu? Czasami zdumiewają mnie pewni siebie kaznodzieje, którzy zawsze wiedzą, co Jezus miał na myśli. Ja z wiekiem coraz mniej wiem. Wierzę w Jezusa Chrystusa, Boga-Człowieka, który umarł na krzyżu, aby nas zbawić.
O innej rzeczywistości niż ta, której doświadczamy empirycznie, trudno coś pewnego powiedzieć, przecież o Bogu więcej nie wiemy niż wiemy. Zgadzam się z profesorem Kołakowskim, że można odczytać ulotne znaki tej „innej rzeczywistości” tu i teraz. Żyjemy przecież życiem wiecznym, tak wierzę. Wielka sztuka przychodzi nam tu z pomocą.
Wróćmy zatem do sztuki jako „pięknego śladu” obecności Ducha. W „Liście do artystów” Jan Paweł II wyjaśniał, że Kościół nie potrzebuje sztuki nieautentycznej, która nie jest koniecznością duszy, poszukiwaniem prawdy i sensu, tylko politycznym czy partyjnym obstalunkiem albo agresywną blagą i dlatego pozostaje w głębokiej sprzeczności z istotą religii. Czy potrafimy dzisiaj odróżniać sztukę autentyczną od nieautentycznej?
Myślę, że sztuka, która jest koniecznością duszy, musi być pozbawiona jakiejkolwiek ortodoksji. Poszukuję, więc wierzę. Kiedy ktoś mi mówi, że już znalazł Boga, że już dotarł do Tajemnicy, że niewzruszona racja jest po jego stronie, od razu nabieram do niego dystansu. Mam też swój subiektywny, może naiwny, wskaźnik autentyczności dzieł sztuki: czy przeczytaną książkę chcę przeczytać raz jeszcze? Albo czy zobaczony w kinie film mam ochotę obejrzeć znowu?
Daj przykład takiego filmu.
„Rękopis znaleziony w Saragossie” Hasa oglądałem bodaj dwudziestokrotnie i za każdym razem odkrywałem tam coś, czego wcześniej nie dostrzegłem. Całkiem inaczej było z „Pasją” Mela Gibsona, filmem starannie zrealizowanym, ale epatującym okrucieństwem. Przyznaję, że po premierze byłem wstrząśnięty, ale od razu pomyślałem, że nigdy więcej nie chcę tego filmu oglądać.
Nazwałeś go nawet „klasyczną jednorazówką”.
Inaczej było z „Ewangelią według świętego Mateusza” Piera Paola Pasoliniego – ateisty przecież i homoseksualisty, wiecznego buntownika potępianego przez prawicę i lewicę. A jednak jego „Ewangelia” znalazła się na watykańskiej liście czterdziestu pięciu filmów zalecanych przez Kościół. Reżyser zadedykował go „uśmiechniętemu papieżowi Janowi XXIII”. Arcydzieło ewangeliczne! Nikt przed nim ani po nim nie zrobił lepszego filmu na podstawie Ewangelii.
A którą z ostatnio przeczytanych książek chciałbyś przeczytać po raz drugi?
Właśnie przeczytałem najnowszy zbiór wierszy Marcina Świetlickiego „Wypisy” i na pewno będę do niego wracał. Jest tam wiersz „Piosenka bezbożna”, który kończy się słowami:
Bo na bezbożu
I my bóg.
To chyba dobra pointa naszej rozmowy.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.









