Najpierw podziękowanie za ten zaszczyt. Jest on dla mnie cenny, bo do faktycznego stanu rzeczy (całe niemal dorosłe życie przeżyłem i przepracowałem w Krakowie) dodaje on niezwykłego blasku. Dziękuję za zaszczyt, na który nie zasłużyłem. Zdaję sobie sprawę z jego wagi.
Kiedy trafiłem do Krakowa
Tak się stało, że niemal całe dorosłe życie spędziłem w Krakowie. Trafiłem tu po KUL-u w roku 1964 i jestem tu do dziś, po wypełnieniu − gorszym lub lepszym − różnych funkcji w kraju i za granicą.
Z Krakowem dziś łączy mnie wiele, ale najbardziej łączy mnie więź, która powstawała przez lata. Więź z ludźmi, rzecz jasna, choć żyjąc w Krakowie, trudno nie zaprzyjaźnić się też z zabytkami.
Chcę dziś wspomnieć tych ludzi, którzy stali się dla mnie bliscy – nie wszystkich, wszystkich się nie da tu pomieścić. Najpierw chcę wspomnieć Jerzego i Annę Turowiczów. I ich córki, oczywiście. Lata przeżyte na Lenartowicza, gdzie zamieszkałem jako sublokator, a potem stałem się jakby członkiem rodziny, uważam za ważne. Mądrość Jerzego Turowicza i wielkie serce pani Anny odegrały ważną rolę w moim kształtowaniu siebie.
Lenartowicza − Turowicz − radość życia
Jerzy Turowicz pokazał mi, co to jest nieustanne studiowanie, samodzielne myślenie i radość życia. Był człowiekiem odważnym i mądrym. Wiedział, kiedy musi być niezłomny, a kiedy może i powinien godzić się na kompromisy. Jego sposób bycia naczelnym redaktorem „Tygodnika Powszechnego” był nie do odtworzenia. Z jednej strony był to leseferyzm – zdawało się – zupełny, z drugiej była to dyscyplina wynikająca z natury rzeczy, czyli z robienia katolickiej gazety w Polsce Ludowej.
Krótko mówiąc, nauczyłem się przy Jerzym, że są sytuacje, gdzie mówić nie warto, i sytuacje, w których milczeć nie wolno. Wspomnę tu tylko jedno wydarzenie – Jerzy podpisał bardzo ryzykowne pismo do władz, za co został zresztą ukarany kolejnym ograniczeniem dozwolonego nakładu, a jednocześnie... akceptował każdorazowe przedstawianie pisma do cenzury.
Nauczyłem się przy Jerzym, że są sytuacje, gdzie mówić nie warto, i sytuacje, w których milczeć nie wolno.
Jednocześnie był naprawdę przyjacielem. Na Lenartowicza byłem lokatorem wynajmującym pokój, ale w istocie byłem członkiem rodziny, kimś swoim, a nie żadnym podnajemcą. Nie zapomnę nigdy, jak co niedziela, kiedy do mnie przychodzili studenci (u św. Anny nie było dla nas lokalu), Turowiczowie wycofywali się do dwóch najodleglejszych pokoi, oddając mi do dyspozycji znaczną część mieszkania. I to wcale nie było wcześniej ustalone. Co dziwniejsze, pani Anna znała wszystkich. Nie wiem, jak do tego doszła, ale nieobecna była naprawdę bardzo obecna i ważna. Oni po prostu tacy byli. A to trwało dobrych kilka lat.
Więź z „Tygodnikiem” trwa nadal. O tym by można wiele. Z podziwem obserwuję realizację wskazówki Jerzego Turowicza, że pismo musi być to samo, ale nie takie samo.
Święta Anna − Pietraszko − ironia biskupa
Drugą postacią, którą chcę dziś wspomnieć, jest mój szef w pionie kościelnym, biskup Jan Pietraszko, proboszcz parafii św. Anny, do której skierował mnie abp Wojtyła. Biskup Jan przemawiał przede wszystkim swoją postawą, swoim stylem myślenia. Biskup, który mówił ironicznie o swoim biskupim stroju, który w kurii urzędował w czarnej sutannie, chyba bez krzyża i piuski; który czuł, jak dalece biskupie ozdoby oddzielają go od zwykłego człowieka, był nie tylko nietypowy, ale bliski ludziom.
W biskupiej krasie u św. Anny zasiadał do wspólnego stołu chyba raz do roku. Za to wiele razy widziałem go, jak wracał pewnie z jakiejś wizytacji, zmęczony fizycznie i psychicznie, i widziałem go też w niedzielę. Na ambonie (skąd zwykle przemawiał), kiedy głosił drugą wersję − poprawioną po porannym kazaniu. To zawsze było znakomite. Biskup (chyba) pisał kazanie, ale go nie czytał. Nigdy nie były to banalne kazania. Umiał czytać Ewangelię. Przychodziłem zawsze na mszę o dziesiątej, choć miałem mszę św. wieczorem. Przychodziłem, żeby posłuchać biskupa.
W rozmowach był powściągliwy. Uwagi nie zwracał, czasem prosił, żeby komuś przekazać jakąś jego uwagę − ale bez podawania autorstwa. Mówił, że uwaga zwrócona przez biskupa − to może być zbyt trudne dla adresata. Obcowanie z biskupem Janem było doskonałą lekcją w codziennym życiu.
Duszpasterstwo − Wojtyła − budowanie kościołów
Trzecią osobą, którą chcę wspomnieć, jest arcybiskup, potem kardynał Wojtyła. Chciał mnie, jako duszpasterza akademickiego, widzieć raz na miesiąc. Właściwie nie pamiętam, żeby to wyraził, ale ja przychodziłem co miesiąc i co miesiąc było to spotkanie dla mnie bardzo ważne. Ważne, bo on rzeczywiście był ciekawy świata, w którym pracowałem. Nie tylko słuchał, ale mówił o swoich doświadczeniach z tej pracy.
Bardzo mu się spodobało, że z czasem obozy dyskusyjno-wypoczynkowe zmieniłem na obozy budowlane. Budowaliśmy kościoły tam zwłaszcza, gdzie budowanie społecznym wysiłkiem szło kiepsko. Zresztą na tych budowach, zwłaszcza na wsiach, to był rzeczywiście trud.
Arcybiskup nigdy nas, mimo zapowiedzi, nie odwiedził, ale się tym naprawdę interesował. Był za to zawsze obecny na rekolekcjach dla chorych. O innych formach pracy duszpasterstwa akademickiego mu opowiadałem. Kiedyś powiedział mi, że studenci chętnie się angażują w ciężką pracę, że nie trzeba się bać takich zadań. To było jedno z ważnych wskazań. Przekonałem się, że tak jest rzeczywiście.
Potem kard. Wojtyła już jako Jan Paweł II był długo moim szefem. Kiedy pracowałem − na jego zaproszenie − w Watykanie, redagując polskie wydanie „L'Osservatore Romano”. O tym można by długo...
Studenci − Służba Bezpieczeństwa − inny świat
Na koniec wymienię studentów − z konieczności wspólnie. Byłem ich duszpasterzem, byłem dla nich. Starałem się być tam, gdzie oni. To oczywiście była kropla w morzu, ale kropla, która przyciągała innych.
Potem wyjechałem. Kiedy wróciłem, kard. Wojtyła polecił mi zajmować się ludźmi po studiach. To był świat całkiem inny, bardzo ważny. Więź, która z tamtych czasów pozostała, do dziś jest dla mnie bardzo ważna.
Poczucie sensowności tego, co robię, było źródłem mojej satysfakcji, a jednocześnie budziło stałe zainteresowanie Służby Bezpieczeństwa. Nie będę się o tym rozwodził, powiem tylko, że było to zainteresowanie stałe − dowiadywałem się o tym od czasu do czasu „dzięki” donosicielom. W każdym razie nie miało większego wpływu na to, co robię.
Oczywiście obok zasadniczego nurtu prac i zajęć była moja rodzina. To było bardzo ważne. Wiem, że z mojego powodu spotykały mego najmłodszego brata szykany. Rodzina zawsze była i jest ważnym dla mnie wsparciem. Dziękuję.
Święty Florian − Macharski − nowy rozdział
Po sześciu latach bycia generałem zakonu z siedzibą w Rzymie, z woli kard. Macharskiego osiadłem w parafii św. Floriana. To był nowy rozdział w moim życiu. Bardzo ważny, choć formalnie byłem nikim. Znów przez długie lata św. Florian był miejscem pracy duszpasterskiej, która dopełniała pracę w redakcji „Tygodnika P”. Lata w parafii św. Floriana są trudne do streszczenia. To czas dla mnie bardzo ważny. Wszystkich, których wtedy spotkałem − poczynając od dwóch proboszczów i księży − serdecznie wspominam.
Także później, gdy wróciłem do domu zakonnego w Warszawie, cotygodniowe przyjazdy do Krakowa były kontynuacją dawnej obecności. Nie mieszkałem już u św. Floriana, lecz nadal odprawiałem tam mszę św. i siadałem w konfesjonale.
Kraków − Barański − nieustająca wdzięczność
Zamieszkałem w domu należącym do Andrzeja Barańskiego. Mieszkam tam do tej pory, choć chwilowo w domu opieki. Za tę możliwość pozostawania w Krakowie dziękuję Andrzejowi Barańskiemu. Za to żywię nieustającą wdzięczność.
Wiem, że w historii tego miasta jestem małym punkcikiem, który w miarę czasu będzie coraz mniejszy, ale zostanie, bo w Krakowie wszystko zostaje.
Większą część życia przeżyłem w Krakowie. Czy pożytecznie? Sąd nie należy do mnie. Spotkałem tu wspaniałych ludzi, także z naszej rodziny, spotkałem wspaniałych świeckich, wspaniałych księży. Wiem, że w historii tego miasta jestem małym punkcikiem, który w miarę czasu będzie coraz mniejszy, ale zostanie, bo w Krakowie wszystko zostaje. Za wyróżnienie, które dziś mnie spotyka, jestem ogromnie wdzięczny.
To w każdym razie jest jakaś nieśmiertelność.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.















