Królowie są wieczni

Każda śmierć jest końcem świata, ale śmierć monarchy to wyzwanie o charakterze kosmicznym. O ile odejście jednostki wywraca do góry nogami świat jej najbliższych, zgon władcy staje się groźbą dla całej wspólnoty.

16.09.2022

Czyta się kilka minut

Król Karol III i książę William przed trumną Elżbiety II w Pałacu Westminsterskim, 14 września 2022 / MARCO BERTORELLO/AFP/East News
Król Karol III i książę William przed trumną Elżbiety II w Pałacu Westminsterskim, 14 września 2022 / MARCO BERTORELLO/AFP/East News

Kazimierz Wielki zmarł, nie doczekawszy się męskiego potomka. Nawet tę katastrofalną dla dynastii Piastów okoliczność potrafił jednak obrócić na swoją korzyść. W zamian za wsparcie polityczne i militarne zaoferował przejęcie tronu polskiego Ludwikowi, królowi Węgier. Kiedy wreszcie Kazimierza powaliły komplikacje związane ze źle leczonym złamaniem nogi, zaprzyjaźniony monarcha czekał już w blokach startowych, gotów na przejęcie korony. (Właściwie to szykował się do tego za każdym razem, gdy Kazimierz poważniej chorował. Co najmniej raz rozpoczął już nawet rozmowy w tej kwestii z poddanymi polskiego króla.)

Nowa sytuacja nie wszystkim przypadła do gustu. W kronice Janka z Czarnkowa czytamy, że polscy dworzanie bardzo obawiali się nowego władcy i nowych porządków. Bali się, że „cudzoziemiec na króla wyniesiony, który będzie chciał postępować podług obyczajów swojego narodu, będzie usiłował zmienić obyczaje i zwyczaje Polaków, nieznanych tutaj rodaków swoich wyniesie ponad ludzi miejscowych i tym sposobem dążąc do zniweczenia praw i swobód Polaków, wywoła ku sobie nienawiść tudzież waśnie wzajemne, ci zaś, którzy mieli prawo do tronu, będą dążyli do odzyskania dziedzictwa swych przodków”.

Polacy zdecydowali się na zaskakujący krok. Choć z naszej perspektywy wydaje się w zasadzie niewinny, w średniowiecznych wyobrażeniach stanowił bardzo poważne wyzwanie rzucone nowemu władcy. Szybko pochowali Kazimierza, nie czekając na przybycie następcy. Niewiele wiemy o tym pogrzebie. Zapewne był to prosty pochówek, zgodny z piastowskimi rytuałami.

Kiedy Ludwik dotarł na miejsce, nie był zachwycony. Możemy to wywnioskować z rozmachu, z jakim zorganizował... ponowny pogrzeb poprzednika. Wspomniany Janko z Czarnkowa poświęca ceremonii sporo uwagi. We wszystkich kościołach krakowskich odprawiono egzekwie w obecności nowego króla, biskupów, książąt i wielkiej ilości szlachty. Przez miasto wyruszył kondukt. Na czele znajdowały się cztery wozy, każdy zaprzęgnięty w cztery piękne konie, wszystko przybrane bogatym czarnym suknem. Za wozami czterdziestu konnych rycerzy w pełnych zbrojach, za nimi jedenastu niosących chorągwie księstw oraz dwunasty, z chorągwią Królestwa Polskiego. Każdy z nich miał tarczę z odpowiednim znakiem.

Trzech królów

Dla kogoś, kto tak jak ja zawodowo zajmuje się znakami i zbiorową wyobraźnią, taki pogrzeb to prawdziwa gratka. Ale nie trzeba być semiotykiem, żeby domyśleć się sensu tych wszystkich symboli. Jak wielokrotnie podkreślał Umberto Eco – średniowiecze było epoką znaków. Za pomocą obrazów, gestów i rytuałów przedstawiano wówczas szerokiej publiczności zawiłe kwestie religijne, polityczne i prawne.

Jeźdźcy i chorągwie to oczywiście symboliczny wyraz jedności w wielości. Podczas procesji obserwujemy też przegląd stanów. Ale dalej sytuacja robi się nieco bardziej skomplikowana. Oto bowiem na końcu żałobnego konduktu, za wszystkimi duchownymi, dworzanami i licznymi darami, które w trakcie pogrzebu rozdawano, podążało aż trzech królów. Niesiony na marach martwy Kazimierz, jego następca Ludwik, a także tajemnicza postać na szczególnie pięknym koniu, pokrytym purpurą. Rycerz z zasłoniętą twarzą odziany był w złocistą szatę królewską i miał na sobie wszystkie stosowne insygnia. Kim był?


ZOBACZ TAKŻE:

Najdłużej panująca brytyjska monarchini, symbol brytyjskości. W żałobie po śmierci Elżbiety II widać wagę jej postaci. Naprawdę była niezastąpiona >>>>


Trzeci król symbolizował abstrakcyjną instytucję monarchy. Byt, który pozostaje żywy, nawet kiedy umiera ten czy inny utożsamiony z nim człowiek. W ten sposób Ludwik, który wbrew przydomkowi „Węgierski” pochodził z francuskiej dynastii Andegawenów, zaszczepił na polskim gruncie zachodnią formę średniowiecznych pogrzebów królewskich oraz ideę, że korona może być trwalsza nie tylko niż jednostkowe życie, ale nawet niż dynastia.

W tym celu niezbędne było spotkanie trzech królów – umarłego, żywego i wyobrażonego. To właśnie dlatego Ludwik nie poprzestał po prostu na odwiedzeniu grobu poprzednika, ale zdecydował się na powtórny pogrzeb.

Chaos i ciągłość

Każda śmierć jest końcem świata, ale śmierć monarchy to wyzwanie o charakterze kosmicznym. O ile odejście jednostki wywraca do góry nogami świat jej najbliższych, zgon władcy staje się groźbą dla całej wspólnoty. Czy ziemie i ludy zjednoczone charyzmą władcy albo jego militarną skutecznością, miłością do korony albo (częściej) strachem przed nią pozostaną scalone po śmierci zdobywcy? Śmierć władcy otwiera szczelinę, przez którą do świata wtargnąć może chaos. Wojna o sukcesję, secesje podbitych regionów, rozpad państwa. Za wojną zaś podążają głód i zarazy. Jeden władca to jeden podatek i jeden zaciąg do wojska. Emancypacja lokalnych kacyków i niekończące się spory o każdą dolinę, łąkę, każde pole to koszmar gorszy od najgorszego tyrana.

Nic dziwnego, że średniowiecze miało prawdziwą obsesję na punkcie śmierci władcy. Jako najgorszą katastrofę antycypowali ją, przeżywali i wspominali prości chłopi i bogacze, jej problematyka zaprzątała umysły wybitnych teologów i prawników.


ZOBACZ TAKŻE:

TRENING CZYNI KRÓLOWĄ. JAK PANOWAŁA ELŻBIETA II >>>


Te rozważania przytacza urodzony w Poznaniu niemiecki historyk Ernst Kantorowicz w klasycznej już monografii „Dwa ciała króla”. Tym razem nie chodzi jednak o ciało zmarłego monarchy i ciało jego żywego następcy. Drugim ciałem jest korporacja – wspólnota ludzka i organizm prawny trwalszy niż życie jednostki (to słowo brzmi dla współczesnego czytelnika znajomo, ale kojarzy się z czymś całkiem innym; wrócimy do tego za chwilę). Średniowieczni prawnicy stworzyli „ideę wiecznotrwałości całego ciała wspólnotowego (głowy wraz z członkami), jak i tworzących je poszczególnych części” – czytamy u Kantorowicza. Głową tego bytu politycznego i prawnego był, oczywiście, monarcha. Głowa, niczym w prawdziwym ciele, miała kluczowe znaczenie, bo „jej brak mógł uczynić całe ciało korporacyjne niekompletnym lub niezdolnym do działania”. Trzeba było więc zapewnić, że polityczne ciało nie zostanie zdekapitowane.

Możemy odszukać jeszcze głębsze źródła takiego myślenia i ceremonii z nim związanych. Henry Sumner Maine, jeden z klasyków antropologii, uczynił ich poszukiwania przedmiotem swojej rozprawy „Ancient Law” („Prawo starożytne”). Choć jego ewolucjonistyczne podejście do kultury i swobodny stosunek do źródeł są dziś przedmiotem krytyki, główna idea zawarta w „Ancient Law” inspirowała kolejne pokolenia badaczy, w tym wspomnianego Kantorowicza.

„Korporacja nie umiera nigdy” – to zdanie powraca w książce Maine’a jak mantra. „Śmierć jednostki nie wpływa bowiem na kolektywną egzystencję zbiorowego ciała”. W przypadku monarchii najważniejszy aksjomat brzmi zatem według „Ancient Law”: „król nie umiera nigdy, jest bowiem korporacją sole”, a więc jednoosobową korporacją. Jego urząd jest natychmiast obejmowany przez następcę.

Tak długo, jak relacje międzyludzkie oparte są na jednostkowej charyzmie, miłości, sile czy wierności, ich konfiguracje będą zmieniać się za każdym razem, gdy wymianie ulega jeden z tworzących grupę elementów – pisze Maine. Śmierć jednostki oznacza wówczas konieczność rekonfiguracji całego układu. Dlatego właśnie niezbędna jest eksternalizacja – przeniesienie reguł z płaszczyzny międzyludzkiej na bardziej abstrakcyjną. Zemsta ustępuje miejsca prawu (o tym procesie pięknie opowiada Ajschylosowa „Oresteja”), strach przed siłą zmienia się w poszanowanie instytucji władzy, jednostkowa sprawczość cedowana jest na coraz bardziej abstrakcyjną instytucję państwa. Stopniowo rodzi się opiewany przez Thomasa Hobbesa Lewiatan – potwór powstały z połączonych ludzkich mocy, któremu każdy z nas oddaje cząstkę swojej wolności w zamian za zapewnienie bezpieczeństwa. W ten sposób unikamy „wojny wszystkich przeciw wszystkim”.

Dziwaczne rytuały monarchii okazują się fundamentem, na którym zbudowaliśmy oświeceniową, racjonalną koncepcję państwa narodowego.

Coca-Cola jak monarchia

W ten sposób odkrywamy ścieżkę prowadzącą od prastarych noworocznych obrzędów, w których władca symbolicznie powtarza boski akt stworzenia świata, przez średniowieczne pogrzeby królewskie, aż do współczesności. Bo przecież i my na co dzień mierzymy się z wyzwaniem podtrzymania instytucji trwalszych niż jednostkowe ludzkie życie. Można wręcz powiedzieć, że dziś wyzwanie to stało się ważniejsze niż kiedykolwiek. Im szybciej zmienia się świat wokół nas, im gęściej splecione są nici międzyludzkich zależności, tym bardziej paląca okazuje się ta potrzeba. Choć mogłoby się wydawać, że jest przeciwnie, postęp i globalizacja wcale nie unieważniły potrzeb leżących u źródeł ceremonii królewskiego pogrzebu.

Większości z nas słowo „korporacja” raczej nie kojarzy się z meandrami średniowiecznej filozofii prawa, lecz z Coca-Colą, Google albo Apple. Warto sobie uświadomić, że zostały one powołane w zasadzie w tym samym celu. Spółka akcyjna, podobnie jak średniowieczny monarcha, jest osobą prawną, której zadaniem jest trwała synchronizacja wysiłków, planów i oczywiście kapitałów wielu jednostek. Przodkami współczesnych korporacji są rozwiązania prawne takie jak wenecka commenda – forma prostej spółki, w ramach której kapitan gwarantował statek i umiejętności, a bogaty kupiec towar. Po udanej wyprawie zysk z przedsięwzięcia dzielono.


ZOBACZ TAKŻE:

Serial „The Crown” jest fascynującym portretem monarchii w świecie mass mediów, liberalnego świata i kultu celebrytów >>>>


W momencie, w którym przedsiębiorcy zaczęli podejmować gigantyczne przedsięwzięcia dalece wykraczające poza możliwości finansowe i operacyjne nawet kilku zamożnych ludzi, konieczne stało się powołanie do życia nowego bytu, w ramach którego wielu akcjonariuszy zrzucałoby się wspólnie na realizację inwestycji.

Już osiemnastowieczni prawnicy, filozofowie i legislatorzy zdali sobie sprawę, że taka forma organizacji powołuje do życia potężny byt, przerastający zdolności ludzkiej kontroli, którego jedynym celem będzie bogacenie się. W Wielkiej Brytanii powoływania do życia tak rozumianych korporacji zabroniono już w roku 1720. XIX wiek to renesans korporacji związany w znacznej mierze z kolonializmem oraz budową infrastruktury, głównie kolei. Początkowo, z nielicznymi wyjątkami, wolno je było powoływać do życia jedynie na określony czas, dla realizacji konkretnego przedsięwzięcia. Następnie akcjonariusze odbierali swój zysk (albo przełykali stratę) i rozchodzili się do domów.

Z dekady na dekadę w kolejnych krajach korporacje zaczęły jednak uzyskiwać coraz większą swobodę działania (prym wiodły tu Stany Zjednoczone). Kluczowa dla ich rozwoju okazała się zgoda na to, by jedne korporacje kupowały akcje innych. To dzięki temu na przełomie XIX i XX wieku następuje proces błyskawicznej ich konsolidacji. A w miarę jak korporacje rosną, maleje znaczenie poszczególnych akcjonariuszy, zwiększa się za to podmiotowość samego bytu prawnego.

Korporacje mogą podbijać, podpisywać pakty, rozwijać swe dominia. Przede wszystkim zaś – nie umierają. Śmierć nawet najbardziej charyzmatycznego CEO albo wymiana (zwykle z gigantyczną odprawą) członków rady nadzorczej nie oznacza końca korporacji. W ten sposób wielkie spółki giełdowe stają się czymś na wzór współczesnych monarchii.

Archetyp i marka

Warto zadać w tym kontekście pytanie o relację odwrotną. Czy współczesne monarchie nie upodabniają się czasem do korporacji? Z punktu widzenia semiotyki brytyjska rodzina królewska jest dziś potężną franczyzą kulturową żyjącą nie tylko z podatków i posiadanych włości, ale też z umiejętnego monetyzowania własnego wizerunku – dokładnie tak, jak robi to Disney ze swoimi księżniczkami.

W marketingu dużą popularnością cieszy się dziś teoria archetypów skodyfikowana przez Margaret Mark i Carol Pearson w książce „The Hero and the Outlaw” („Bohater i banita”). Mark i Pearson przekonują, że skuteczne budowanie marki polega na trwałym powiązaniu jej z którymś z dwunastu archetypów, czyli wzorców osobowych, znanych nam z baśni, mitów i hollywoodzkich przebojów.

Jednym z archetypów jest władca. „Władca wie, co czynić, żeby uniknąć chaosu i przejąć kontrolę” – czytamy w „The Hero and the Outlaw”. To archetyp symbolizujący nasze pragnienie ładu, stabilności i trwałości. Reprezentują go dziś topowe marki bankowe, ale też producenci luksusowych samochodów czy zegarków. Wszyscy ci, których domeną jest wyznaczanie wzoru, niedoścignionego ideału i dawanie poczucia stuprocentowej pewności i bezpieczeństwa. Nie będzie zaskoczeniem, że wiele z tych marek w swojej komunikacji w otwarty sposób nawiązuje do idei „królewskości” i do symboli władzy monarszej.


CZYTAJ WIĘCEJ o monarchii brytyjskiej w naszym specjalnym serwisie poświęconym KRÓLOWEJ ELŻBIECIE II >>>>


Interesujące pytanie brzmi: czy monarchia brytyjska nie jest dziś najważniejszą marką wykorzystującą w swojej komunikacji archetyp władcy? Władcą władców, wzorem dla innych marek? Kilka lat temu Brandirectory, organizacja zajmująca się wyceną marek, opublikowała raport, w którym monarchię brytyjską jako markę wyceniono na niemal osiemdziesiąt miliardów dolarów. To dużo. Wciąż mniej niż najdroższe marki świata (Apple według tej samej metodologii wyceniane jest na 355 mld), ale monarchia mieści się wśród najpotężniejszych graczy. Warto pamiętać, że jest to wycena uwzględniająca nie dochody, straty czy posiadane dobra, lecz „kapitał symboliczny” – wartość logo, nazw produktów, a w przypadku dworu królewskiego – twarzy, nazwisk, obrazów ikonicznych budynków. To taka finansowa miara przywiązania konsumentów na całym świecie. W interesującym nas przypadku być może także miara ich lęku przed chaosem i pragnienia porządku.

Głowa i korona

Zamykając nasze rozważania nad związkiem królewskich pogrzebów z poczuciem ciągłości i bezpieczeństwa, warto się odnieść jeszcze do jednej ważnej kwestii. Święta zasada „umarł król, niech żyje król” zyskiwała najbardziej dosłowny wymiar w akcie królobójstwa. Trudno o czytelniejszy sposób transmisji niż zabicie starego władcy przez młodego pretendenta.

Problem śmierci władcy i zapewnienia ciągłości stał się jednym z klasycznych zagadnień antropologii po publikacji rozprawy Jamesa George’a Frazera „Złota gałąź”. Książkę otwiera opowieść o losach króla-kapłana z niepokojem wyglądającego śmierci z rąk następcy. „Aby objąć stanowisko, musiał zgładzić swego poprzednika, a urząd po nim piastował do chwili, gdy sam ginął z ręki następcy silniejszego i bardziej przemyślnego” – czytamy u Frazera. „(...) ludy pierwotne niekiedy wierzą, iż bezpieczeństwo ich, a nawet bezpieczeństwo świata związane jest z życiem jednego z tych bogów-ludzi, względnie ludzkich wcieleń bóstwa. Ale żadna opieka, żadne środki ostrożności nie mogą zapobiec starzeniu się człowieka-boga i wreszcie jego śmierci. (...) Jest tylko jeden sposób na uniknięcie tego niebezpieczeństwa. Człowiek-bóg musi zostać zabity, gdy tylko pojawią się oznaki, że siły zaczynają go opuszczać, a duszę jego trzeba przenieść w energicznego następcę, zanim zagrażający rozkład ją uszkodzi”.

„Godność nigdy nie ginie, chociaż jednostki umierają każdego dnia” – podsumowuje to zagadnienie Frazer. Polityczna nieśmiertelność monarchii była w ten sposób zręcznie powiązana z kruchością poszczególnych monarchów.

Swoją drogą, było to wyzwanie, przed którym stawali rewolucjoniści od czasów oświecenia. Skoro królobójstwo (w wersji symbolicznej lub dosłownej) leży u podstaw „sztafety” konstytuującej ideę monarchii, to jak uśmiercić monarchię? Jak zabić władcę tak, by nie stworzyć politycznej pustki, którą natychmiast zajmie następca? W jaki sposób, by posłużyć się słynnymi słowami Olivera Cromwella, „obciąć głowę razem z koroną”? Odpowiedzią na to wyzwanie był przerażający publiczny teatr polityczny rewolucji francuskiej – skomplikowane rytuały będące swoistym odwróceniem ceremoniału koronacyjnego.

Nieśmiertelni

We współczesnych dyskusjach o monarchii, na przykład brytyjskiej, często utożsamia się ją z wartościami konserwatywnymi. Królowa rzekomo ucieleśniała stare przeciw nowemu, tradycję przeciwstawianą postępowi. Jednak w kontekście rytuałów takich jak pogrzeby królewskie jest to myślenie anachroniczne. W czasach, gdy te zwyczaje i instytucje powoływano do życia, świata w ogóle nie opisywano w kategoriach starego i nowego. Postrzegano go zasadniczo jako niezmienny. Rzeczywistości nie dało się „ulepszyć”, aż do oświecenia idea postępu w zasadzie nie funkcjonowała. Królowie symbolizowali nie „stary porządek” czy „stare dobre czasy”, lecz porządek w ogóle. Jego przeciwieństwem nie była nowoczesność albo zmiana, lecz chaos, rozkład i śmierć.

W tym sensie królewskie koronacje i pogrzeby były i wciąż są wydarzeniami z tego samego porządku, co następstwo pór roku. Królowie są wieczni. Nie dlatego, że nie umierają. Przeciwnie. Śmierć króla jest drogą do nieśmiertelności monarchii.

A nawet gdy wyrzekniemy się monarchii, gdy za pomocą potężnych rytuałów złożymy do grobu ostatniego króla wraz z koroną, prastare rytuały, które władcy ci ucieleśniali, pozostaną z nami. Bo chaos cały czas czai się tuż za granicą ludzkiej rzeczywistości.

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]
Semiotyk kultury, doktor habilitowany. Zajmuje się mitologią współczesną, pamięcią zbiorową i kulturą popularną, pracuje w Instytucie Kultury Polskiej Uniwersytetu Warszawskiego. Prowadzi bloga mitologiawspolczesna.pl. Autor książek Mitologia współczesna… więcej

Artykuł pochodzi z numeru Nr 39/2022