Władczyni ludzkich snów

Pamiętam swoje spotkanie z nią, kiedy wciąż była tylko księżniczką, wizytowała promocję w szkole oficerskiej. Z jakiegoś powodu zatrzymała się, żeby ze mną porozmawiać. Zapadły mi w pamięć piękne szare oczy i łagodny głos.

19.04.2006

Czyta się kilka minut

Elżbieta II Windsor, maj 2002 r. /
Elżbieta II Windsor, maj 2002 r. /

Elżbieta II zmarła w czwartek, 8 września 2022 r. Królowa Wielkiej Brytanii miała 96 lat i zasiadała na brytyjskim tronie od 1952 r. Była jedną z najdłużej panujących głów państwa w historii.

Przypominamy tekst Neala Aschersona opublikowany w TP nr 17/2006:

Za plecami królowej stał groźny sierżant sztabowy, który milcząco kontrolował, czy każdą swoją odpowiedź opatruję słowem "Madame" (w wyszczekiwanej żołnierskiej wersji "ma'am").

Potem, w 1953 r., stałem w deszczu i patrzyłem, jak jej kareta jedzie do Opactwa Westminsterskiego na koronację. Jej samej nie było widać we wnętrzu złotej karety, ale ciągnął za nią orszak książąt i władców z całego świata, w tym z Imperium Brytyjskiego. Tłum najbardziej upodobał sobie królową Salote z Tonga, uśmiechniętą matronę, która jechała otwartym powozem i jej szata z garbowanego roślinnie materiału nasiąkła deszczem.

Pod największym wrażeniem byłem jednak kilka lat temu, jako jeden z 500 gości bankietu wydanego na cześć prezydenta Węgier w Zamku Windsorskim. Stół, uginający się od baśniowych złotych i srebrnych naczyń, ciągnął się w dal. Za każdym krzesłem stał lokaj w liberii. Wszyscy podnieśliśmy się z miejsc, kiedy zabrzmiały trąby i weszła królowa, poprzedzona przez dworzanina, który poruszał się tyłem. Jedzenie podano na talerzach i misach z przepięknie zdobionej wiktoriańskiej porcelany. Po stu latach używania każde naczynie było w nieskazitelnym stanie - ani jednej szczerby, ani jednej rysy. Ciekawe, zastanawiałem się, ilu służących było potrzebnych do ręcznego mycia i suszenia każdego talerza z osobna przez ponad sto lat? Ile tysięcy takich talerzy jest trzymanych w zapasie na wypadek, gdyby trzeba było wymienić naczynie nieostrożnie porysowane widelcem przez jakiegoś ambasadora?

W połowie bankietu zrobiło się bardzo głośno. Zespół dudziarzy, w ceremonialnych szkockich spódniczkach i bermycach, wszedł na salę i zaczął powoli maszerować wokół stołu. Hałas był tak wielki, że nie dało się rozmawiać. Na twarzach węgierskich gości zobaczyłem osłupienie, a potem rozbawienie. Jako Szkot miałem mieszane uczucia. Owszem, straciliśmy imperium, zdawała się mówić królowa, ale nadal mamy zwierzchność nad dzikimi plemionami, które przybyły nam złożyć wiernopoddańczy hołd.

Napięty kalendarz wizyt

Tutaj, w Windsorze, wydawało się, że monarchia nic nie straciła ze swego starodawnego dostojeństwa, majestatu, bogactwa i poczucia ciągłości. Pojechałem kiedyś do Sandringham, wiejskiej siedziby królewskiej w Norfolk, gdzie każdy korytarz jest obwieszony półkami z zapomnianymi darami gromadzonymi podczas podróży po Commonwealth i reszcie świata. A przecież pozycja monarchii brytyjskiej wcale nie jest tak niewzruszona. Kilka lat przed wspomnianym przeze mnie bankietem gościem królowej w Zamku Windsorskim był prezydent Lech Wałęsa. Podczas pożegnania powiedział jej podobno dwie rzeczy. "Łóżko Waszej Wysokości było bardzo wygodne, ale takie duże, że nie mogłem znaleźć Danuty. I jeszcze jedna sprawa. Jestem elektrykiem i przestrzegam Waszą Wysokość, że jeśli nie każe wymienić instalacji, to dojdzie do nieszczęścia". Wkrótce potem w Zamku Windsorskim wybuchł pożar i wiele sal spłonęło.


KRÓLOWA ELŻBIETA II: CZYTAJ WIĘCEJ W SERWISIE SPECJALNYM >>>


Patrząc na dym, który wylewał się przez dach zamku, wielu Brytyjczyków uznało to za zły znak. W ostatnim dziesięcioleciu XX wieku magia monarchii wyraźnie osłabła. Królowa mówiła publicznie o "Annus Horribilis", kiedy małżeństwa jej dzieci się rozpadały, czego kulminacją był rozwód księcia Karola z księżną Dianą w 1996 r. Brytyjskie media występowały w roli rzeczników jednej lub drugiej strony długiego sporu przedrozwodowego, gdyż Karol i Diana przedstawiali społeczeństwu swoje argumenty za pośrednictwem wybranych dziennikarzy. Publiczna krytyka monarchii jako instytucji stała się zjawiskiem powszechnym, z czym po raz ostatni mieliśmy do czynienia na początku XIX wieku. Wybuchła nakręcana przez media "wojna między pałacami", czyli między Kensington, gdzie mieszkała Diana, i Buckingham, oficjalną siedzibą królowej. Diana była przedstawiana jako bogini miłości i spontaniczności, co kontrastowano z "zimną" i oficjalną atmosferą dworu królowej. Większość społeczeństwa głęboko przeżyła śmierć i pogrzeb Diany w 1997 r. i przez kilka tygodni monarchia była poddawana zajadłej krytyce. Sytuację uratował Tony Blair, nowo wybrany premier, który przekonał królową, żeby przerwała wakacje w Szkocji i wróciła do Londynu. Wielu obserwatorów przewidywało jednak, że utrata sympatii społeczeństwa do monarchii okaże się nieodwracalna.

Tymczasem w ciągu kilku lat królowa odzyskała popularność. Znaczna część społeczeństwa darzy wielkim sentymentem królową, która zbliża się do osiemdziesiątki, a mimo to wciąż ma napięty kalendarz wizyt i spotkań. Kontrastuje pod tym względem z królową Wiktorią, która na starość przestała pokazywać się publicznie ("Wdowa z Windsoru") i utraciła szacunek wielu zwykłych ludzi. Niemniej instytucja monarchii stoi dzisiaj przed obliczem poważnych problemów i jej przetrwanie nie jest pewne.

Większość tych problemów ogniskuje się wokół sukcesji. Nikt nie wie, czy królowa abdykuje czy też - wzorem Jana Pawła II - zamierza zasiadać na tronie aż do śmierci. Do mediów wyciekają informacje, że królowa nie ma przekonania, czy książę Karol nadaje się do roli monarchy. Jeśli to prawda, nie jest w swych wątpliwościach odosobniona. Być może podziela je nawet sam Karol. W powszechnym przekonaniu ten wrażliwy, melancholijny człowiek, który określił się mianem "buntownika", jest przerażony perspektywą ściśle uregulowanego, sformalizowanego i rozgrywającego się w blasku fleszy życia, które by go czekało jako króla. Padają sugestie, że może zrezygnować z objęcia tronu i jako kandydata do sukcesji zaproponować swego starszego syna, księcia Williama. Jeśli rzeczywiście taki ma zamiar, będzie musiał go w miarę szybko ogłosić. Królowa gorąco jednak wierzy w tradycję i poczucie obowiązku, nie wiadomo zatem, czy zgodzi się na taki plan.

Długie czekanie zawsze źle działa na następców tronu. Edward VII, który był już starszym mężczyzną, kiedy w 1901 r. objął tron, strawił lata czekania na hazardzie, wyścigach konnych i uganianiu się za kobietami, a skandale, w które był uwikłany, przekreśliłyby współczesnego księcia Walii w oczach narodu. Co ciekawe, dzisiejsza Wielka Brytania stoi przed dwoma tego rodzaju problemami. Podczas gdy Karol dobił wieku średniego jako następca tronu, Gordon Brown (minister finansów) od bez mała dziesięciu lat czeka na sukcesję po Tonym Blairze. Obaj panowie, książę i minister, bezsilnie patrzą, jak z upływem lat powoli słabnie ich wigor i reputacja. Jeśli w końcu dojdą do władzy, to czy jeszcze coś zostanie z ich przywódczego autorytetu?

Moja droga, mamy te same problemy!

Szkopuł z monarchiami polega oczywiście na tym, że są dziedziczne. Zasada dziedziczności ma tę zaletę, że działa stabilizująco. Jej mankamentem jest to, że dobrego króla może zastąpić człowiek słaby, głupi, a nawet nikczemny: genetyczna loteria. Jednym ze sposobów na rozwiązanie tego problemu zawsze było przenoszenie lojalności z osoby na instytucję, z monarchy jako człowieka na symboliczną koronę na jego czy jej głowie. Na przykład Jerzy V, który zasiadał na tronie brytyjskim w latach 1910-36 był nudnym, zamkniętym w sobie człowiekiem, który wolał zbierać znaczki, niż spotykać się z poddanymi. Jerzy VI był nieśmiałym mężczyzną, który mało czytał i poważnie się jąkał. Te jednostkowe cechy w żadnym stopniu nie wpłynęły jednak na szacunek do monarchii jako instytucji. Nawet abdykacja Edwarda VIII w 1937 r., chociaż potwierdziła przypuszczenia większości Brytyjczyków, że był to człowiek słaby i pozbawiony poczucia obowiązku, nie zaszkodziła mistyce samej monarchii.

Do zbudowania tego rodzaju ochronnej mistyki potrzebne są dwie rzeczy. Po pierwsze, ustrojowa rola monarchii musi być ograniczona i ściśle uregulowana przepisami i konwenansami, tak aby osobiste decyzje monarchy miały jak najmniejszy wpływ na życie polityczne. Po drugie, potrzebny jest czas. Po koronacji w 1953 r. niemiecki dziennikarz Sebastian Haffner napisał: "Wątpię, czy kiedykolwiek w ciągu ostatniego tysiąclecia monarchia brytyjska zajmowała tak poczesne miejsce w myślach i uczuciach obywateli brytyjskich jak w chwili obecnej". Z podziwem odnotował też "bezmierny prestiż monarchii i niepodzielne władanie wyobraźnią narodu". Swoją rolę odegrał oczywiście fakt, że Elżbieta II była młoda i piękna, ale młodość i uroda nie były warunkami koniecznymi "bezmiernego prestiżu".

"Władanie wyobraźnią narodu" przypuszczalnie osiągnęło apogeum w latach 50. i 60. Wydaje się też, że królewska magia najsilniej działa nocą. Sondaże pokazały, że ponad jednej trzeciej mieszkańców Wielkiej Brytanii regularnie śni się nie tylko królowa, ale też inni członkowie rodziny królewskiej. Co ciekawe, tego rodzaju sny nawiedzają nie tylko lojalnych monarchistów. Republikanie i antymonarchiści, którzy za dnia przekonują, że królową powinien zastąpić pochodzący z demokratycznego wyboru prezydent, budzą się rano ze wstydem, przypominając sobie sen, w którym uratowali królową przed terrorystami albo rozmawiali z księciem Karolem i Camillą przy szklance piwa. Mogę to potwierdzić: sam miewam takie sny.

W książce "The Enchanted Glass" filozof polityczny Tom Nairn zwrócił uwagę, że królewskie sny wpisują się w pewien schemat: "Nie ulega wątpliwości, jaki jest najczęstszy motyw: wspólna herbatka, albo w Pałacu Buckingham, albo w skromnych progach śniącego. I nagle okazuje się, że królowa albo rodzina królewska to »zwykli« ludzie, czasem nawet potrzebujący pożyczyć trochę gotówki albo »niemający ręki do pieniędzy«. W wyjątkowych przypadkach nawiązana zostaje trwała znajomość i królowa regularnie przychodzi na herbatę i zwierzenia". Zdarzają się sny erotyczne, które stały się jednak rzadsze po śmierci księżniczki Margaret, niesfornej siostry królowej. Z reguły królowa pyta o radę w sprawach rodzinnych lub politycznych, prawie zawsze mówiąc śniącemu, że jest jedyną rozsądną, normalną osobą, którą zna. Przy filiżance herbaty otwiera swoje serce, czego nigdy by nie zrobiła wobec dworzan czy ministrów rządu: "Jaka nieznośna potrafi być synowa! Jaki ten świat zrobił się okropny, nikt już nie przestrzega tradycyjnych zasad moralności! Moja droga, mamy te same problemy, ja w moim pałacu, ty w swoim małym mieszkaniu w bloku".

Życie oniryczne Brytyjczyków, chociaż przezabawne, jest zjawiskiem o doniosłym znaczeniu. Po pierwsze pokazuje, że magia monarchii ma prawie religijną siłę: cały naród kornie chyli głowę przed światem nadprzyrodzonym, ale ma nadzieję, że zostanie zbawiony dzięki wizycie bóstwa lub anioła. Po drugie, mistyka monarchii okazuje się głęboko reakcyjna - Nairn nazwał ten fenomen "powabem zacofania". W świecie tych snów członkowie rodziny królewskiej zapraszają śniącego, by powrócił do hierarchicznego świata, w którym obowiązują podziały klasowe, w którym "każdy zna swoje miejsce", w którym odrodziły się tradycyjne wartości rodzinne, w którym "destrukcyjne" nowe koncepcje socjologów i reformatorów szkolnictwa zostały odrzucone, w którym panuje porządek, posłuszeństwo i poczucie obowiązku wobec innych.

Ta królewska mistyka oznacza, że model skandynawski, w którym król albo królowa jadą ulicą na rowerze, w Wielkiej Brytanii jest nie do pomyślenia. Nasz kraj nie jest "królewską republiką", jak na przykład Belgia. Belgowie mają zasadniczo republikańską konstytucję opartą na doktrynie suwerenności ludu i niewiele by się zmieniło, gdyby monarchia została zniesiona. W Wielkiej Brytanii jest inaczej. Nie ma konstytucji ani doktryny suwerenności ludu. Monarchia, chociaż całkowicie utraciła bezpośrednie wpływy polityczne, pozostaje symboliczną, lecz integralną częścią struktury władzy. Parlament jest władzą najwyższą, która nikomu nie podlega, ale w teorii posłowie sprawują tę nieograniczoną władzę w imieniu Korony. Jest to ustrojowa fikcja, ale mit zwierzchniej władzy królowej nie umarł. Około 20 lat temu grupa wyższych urzędników administracji państwowej odmówiła posłuszeństwa ministrowi, kiedy nakazał im wygłosić oświadczenie, o którym wiedzieli, że jest nieprawdziwe. Kiedy przypomniano im, że ich obowiązkiem jest wykonywanie poleceń demokratycznie wybranych polityków, jeden z nich powiedział z dumą: "Podlegam tej małej pani na końcu Mall [ulica prowadząca do Pałacu Buckingham]".

Ciężkie brzemię panowania

W odróżnieniu od innych monarchów królowa zachowała tradycyjne oprzyrządowanie dworu królewskiego, z kosztownym w utrzymaniu labiryntem urzędników, zwyczajów i konwenansów. Mistyka otaczająca rodzinę królewską - bardzo liczną - wyniosła ją na Parnas niedostępnego przywileju, oddzielającego ją od doświadczeń zwykłych obywateli. Dopiero niedawno rząd przekonał rodzinę królewską do rezygnacji z niektórych przywilejów. Kilka lat temu królowa zgodziła się płacić podatki. Grono królewskich "pociotków", krewnych, którym państwo opłaca mieszkanie i świtę służących, zostało znacznie zredukowane. Królewski jacht "Britannia", wbrew nazwie mały liniowiec oceaniczny, został przekazany muzeum morskiemu, a "królewski tabor lotniczy" zastąpiły samoloty czarterowane od RAF-u.

Mistyka dworu królewskiego, ta struktura dostojnego oddalenia, jest tworem dziewiętnastowiecznym. W tamtych czasach nie istniało pojęcie obowiązków króla lub królowej wobec narodu. Panował przeciwstawny pogląd: naród miał obowiązek miłować, szanować i okazywać posłuszeństwo monarsze, którego zadaniem było po prostu królować. Na manchesterskim pomniku królowej Wiktorii z 1897 r. widnieje cytat z Shakespeare'a: "Dajcie swą miłość mi, ja wezmę troski". Mistyka już wtedy działała. Wiktoria była nie tylko królową, ale wszystkimi matkami, wszystkimi wdowami.

W XX stuleciu, epoce demokracji masowej, funkcja monarchii brytyjskiej uległa przeobrażeniu. Teraz król czy królowa mieli być sługami narodu. Skazano ich na nieustanny kierat publicznych obowiązków: objeżdżanie imperium, otwieranie nowych uniwersytetów, odwiedzanie w szpitalach ofiar katastrof, przyznawanie tytułów szlacheckich i medali. Monarchia nie była już wielkopańskim stylem życia, lecz pracą zawodową. Jej olśniewające tradycyjne przywileje i prywatne bogactwo teraz oficjalnie przedstawiano jako wynagrodzenie za wykonywanie obowiązków.

Królowa świadczy tę pracę niezwykle fachowo. Prywatnie podziela upodobania starej angielskiej arystokracji - zwłaszcza pasję do jeździectwa i wyścigów konnych. Jest osobą bardzo inteligentną i podobno przekomicznie naśladuje najnudniejszych spośród dygnitarzy, z którymi się spotyka. Wiadomo, że niektórych premierów lubiła bardziej niż innych (zapałała natychmiastową niechęcią do pani Margaret Thatcher, ale dobrze się czuła w towarzystwie Harolda Macmillana, który umiał ją rozśmieszyć). Jest również dowcipna i ma dystans do siebie. Komentując swoje publiczne pojawienia się, stwierdziła kiedyś: "Aby uwierzyć, muszą zobaczyć".

Czy zrobiła dostatecznie dużo, aby zapewnić monarchii brytyjskiej przetrwanie po opuszczeniu przez nią tronu? Uważam, że popełniła dwa błędy, jeden związany ze stylem bycia, a drugi - poważniejszy - strategiczny.

Pierwszy błąd, odziedziczony po ojcu i dziadku, polega na tym, że królowa mówi o swojej pracy jak o ciężkim brzemieniu, niemal pokucie, którą musi wypełnić dla narodu, ale która nie sprawia jej przyjemności. Zarówno Elżbieta, jak książę Karol, wykonują swoje obowiązki z cierpiętniczymi minami, często wzbudzając w społeczeństwie poczucie winy. Zwłaszcza Karol wszędzie wygląda jak męczennik. W demokratycznej, hedonistycznej epoce to nie jest droga do zyskania popularności. Naród brytyjski uważa się za sponsora kosztownego królewskiego stylu życia, więc chciałby widzieć, że członkowie rodziny królewskiej mają jakąś przyjemność z występowania w tym teatrzyku - tak jak rodzice cieszą się, kiedy widzą, że drogi prezent urodzinowy zachwycił ich dziecko. Ostatnim monarchą, który ewidentnie lubił być królem, był otyły Edward VII (1901-10). Prowadził rozrzutny tryb życia i miał wiele pięknych kochanek. Społeczeństwo kochało go za to. Melancholia może być odbierana jako niewdzięczność. Brytyjczycy są ludźmi życzliwymi, zwłaszcza wobec zwierząt. Skoro królewska praca wiąże się z cierpieniem, naród brytyjski w końcu postanowi uwolnić pokutników od ich brzemienia.

Drugi błąd sięga fundamentów monarchii. Począwszy od lat 60. członkowie rodziny królewskiej usiłują poprawić sobie wizerunek, wpuszczając media do życia prywatnego i kreując się na "ludzi z takimi samymi uczuciami jak wszyscy". Może było to nieuniknione, ale przyniosło bardzo negatywne skutki. Życie prywatne królewskich pociotków, a później dzieci królowej - przede wszystkim Karola i Diany - nie stanowiło wzorców godnych naśladowania. Paparazzi, a nawet "Times" i BBC, stali się krytyczni i natrętni. Sytuacja uległa dalszemu pogorszeniu, kiedy Karol i Diana zaczęli wykorzystywać media do prywatnej wendety.

Królewska mistyka zaczęła nieuchronnie topnieć w blasku medialnego rozgłosu. Zamiast szanować "Koronę", ludzie zaczęli myśleć o monarchii wyłącznie przez pryzmat poszczególnych osób z ich problemami. Skutek przypuszczalnie będzie taki, że jeśli tron obejmie nieodpowiednia osoba, instytucja monarchii upadnie.

***

 

 

 

 

 

  

 

 

 

 

Królowa Elżbieta zawsze dobrze wywiązywała się ze swojej roli. Jej panowanie trwa od ponad 50 lat, co zapewniło Brytyjczykom poczucie ciągłości i bezpieczeństwa w czasach, kiedy Wielka Brytania utraciła imperium, a potem także pozycję światowego mocarstwa. Życie prywatne królowej jest bez skazy, jej popularność przetrwała kryzys, który wybuchł w latach 90., a jednak instytucja monarchii wydaje się coraz bardziej nieistotna.

W obecnej debacie na temat "stworzenia nowego poczucia brytyjskości" (projekt zainicjowany przez Gordona Browna) o monarchii prawie w ogóle się nie wspomina. Królewska mistyka znacznie przygasła. Nie dzieje się tak z powodu wzrostu nastrojów rewolucyjnych czy republikańskich wśród obywateli. Przyczyną jest coraz większa obojętność społeczeństwa. Miłościwie nam panująca królowa należy do grona najmądrzejszych i najbardziej statecznych monarchów brytyjskich, ale jeśli w związku z wahaniami Karola dojdzie do poważnego kryzysu sukcesyjnego, może się okazać, że Elżbieta II jest również ostatnim monarchą brytyjskim.

Przełożył Tomasz Bieroń

NEAL ASCHERSON (ur. 1932) jest wybitnym publicystą brytyjskim, specjalistą od spraw Polski i Europy Środkowo-Wschodniej. Od lat 60. związany z tygodnikiem "The Observer", pisuje też dla "The Independent on Sunday", jest autorem następujących książek: "The King Incorporated", "The Polish August", "The Nazi Legacy", "The Struggles for Poland", "Games With Shadows", "Black Sea" i "Stone Voices". Po polsku wydano dwie jego książki: "Polski Sierpień" i "Morze Czarne".

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]

Artykuł pochodzi z numeru TP 17/2006