We wtorki wieczorem jeżdżę do radia autobusem pustym i aseptycznie jasnym, mijam okna opatrzone znakami Strajku Kobiet i tęczowymi flagami; gdyby nie one, byłby bezczas. Patrzę na nielicznych przechodniów, aż dziwne, że nie idą do tyłu; mijam nagie ściany nieukończonej developerki pomazane już sprejem obowiązkowo chwalącym Legię, i oklejone folią witryny restauracji. Czasem mam cały autobus dla siebie, choć niekiedy ktoś popsuje tę idyllę; facet w ogłaszającej poniewczasie „Christmas!” czapce i masce przedstawiającej straszną rozdziawioną paszczę; dziadek w sandałach na bose stopy; mężczyzna z tanim litrowym piwem w siatce (drugie w ręce), obgadujący przez telefon kolegę, który wpadając w ciągi alkoholowe zbyt dużo wydaje (nawet 400 złotych w jeden dzień), za pozytywny kontrprzykład stawiający siebie, który nawet w ciągach nie szasta wcale pieniędzmi. Jest styczeń i w zawsze roz- chaosowanym radiu też panuje jakaś uroczysta pustka. Niby cicho, ale jak na szkolnym holu po lekcjach czy korytarzu zamkniętego urzędu gazują w powietrzu molekuły tamtego dawnego rwetesu, bałaganu. Melancholia i bezsens zimowych ulic wydają się chwilami tak już wyśrubowane, że zaczynam upatrywać w tym jakiegoś smaczku, wytrawności. Bębnienie deszczu o szyby, maseczki w błocie, mokre buty. Kasjerki tężeją za ladami w półkomie, jabłka są lodowate i mają aromat ziemniaków. To skomplikowane, trudne bukiety, dla wytrawnych smakoszy. A gdyby tak otworzyć się na to, zakochać w tym? Poddać się remanentowi i nieczynności, być jak pusta restauracja z zaklejoną witryną, jak upadła kawiarnia, w której sparciałe fotele i bibeloty-rarogi stoją w witrynie jeden na drugim, czekając na wywózkę zdecydowanie droższą niż one same.
Była koło nas taka tragiczna kawiarnia, idąca jakby do góry nogami do tyłu, gdy wszystko niby tak pędzi do przodu. Za ten niedorzeczny wsteczny krok miała u mnie pięć gwiazdek, choć realnie zasługiwała na minus jedną gwiazdkę z powyłamywanymi nogami.
Na horyzoncie widać było te szklane wysokościowce, od których można dostać kompleksu wyższości, i wszystkie lokale wokół dawno już serwowały kawę ze zrównoważonych upraw z mlekiem bezmlecznym, wychodząc naprzeciw snobizmom dietetyczno-moralnym ochockich bananów z każdą skarpetą od innego młodego polskiego projektanta. Ale tam takie problemy jakby nie istniały. Wolno się sączyła czarna kawa w tym Rio. W lodówce pyszniły się niewegańskie galaretki w kolorach LGBT+. Lody zdecydowanie nierzemieślnicze, nienaturalne, karmel niesłony; odkręcana klamka od toalety, bo nie od tego jest kawiarnia, żeby sobie każdy przychodził i siedział na tronie, ile by chciał, nie mówiąc o wciąganiu kokainy. Było ciemno i każdy stół kupiony był na innym Kole, a każde koło od innego wozu: krzesła w innym stopniu rozchybotania i wysiedzenia; serwety z kompletnie różnymi konstelacjami plam, z każdej można było wywróżyć temu lokalowi inną przyszłość i żadna nie była dobra, lecz na żadnej nie było widać zbliżającej się pandemii. Każda kelnerka miała inne problemy i swój powód, by mieć swój żal do klientów. Każda jedna swą urazę mniej ukrywała, bo też przyłażą, wydziwiają, trzeba koło nich chodzić, dopytywać, być miłym; domu se nie mają? Czajnika nie mają? Wszystko to miało może przywoływać szum starej płyty, niezidentyfikowany czas przeszły, jednak przywoływało tylko lata 90. i popularny ówcześnie nurt aranżacyjny „ostatnie chwile mieszkania zmarłej babci tuż przed przyjazdem ekipy opróżniającej”. Jeśli chodzi o mnie, bardzo rzadko tam chodziłam, bo świece w butelkach, meloniki, maszyny Singera i stare numery „Gali” przerażają mnie. Ale widziałam tam przez szybę cukiernice pełne cukru, różnych starszych ludzi jedzących gluten i popijających laktozą, bardzo zadowolonych. Gdy niedawno zobaczyłam, że lokal splajtował, ścisnęło mi się serce. Czyli będą już tylko fajne, dobrze urządzone, sensowne kawiarnie z dobrą kawą i nieopryskliwymi baristami?
Trwał demontaż okropnych dekoracji, a potem na szybie pojawiła się już folia. Milczący karnawał w nieRio, bawmy się. ©
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.



















