Sielecka, klatka schodowa, przechwytuje mnie żona gościa z administracji: „Byłam u fryzjera”. „Ładnie”. „A dziękuję. Ale nie o to chodzi. My tam zawsze z koleżanką się odświeżamy, raz na miesiąc”. „I dobrze”. „Ona kupuje dwa razy w tygodniu »Wyborczą« i daje mi pakiet. I niech pani powie...”. Podtyka mi gazetę: „...czy to pani?”. „Owszem”. Woła męża: „Mówiłam ci, że to możliwe!”. Wychynął gość z administracji: „Czyli to pani”. „Aha”. „Niby wszystko się zgadzało, poza nazwiskiem”. Żona: „Przecież nie znałeś nazwiska pani Elizy!”. „Toż mówię, że się nie zgadzało. Ale wie pani...”. „Tak?”. „Jeszcze z kamienicy, to ja rozumiem. Ale żeby z klatki naszej ktoś był w »Wyborczej«? Niepojęte!”.
Park Morskie Oko, wieczór, ławka tuż po deszczu. Na sąsiedniej dziadek z wnukiem. Wnuk w pelerynie, dziadek pod parasolem. Spuścili psa wyżłowatego. Lata i węszy przy Pałacyku Szustra, a my kluczymy za nim spojrzeniem. Wnuk: „Ej, jak powiesz o Piorunie, jak padnie?”. Starszy spod parasola: „Na litość boską, o co chodzi?”. „No, jak powiesz: zdechł czy zmarł?”. Cisza po stronie parasola. „Zmarł”. „Aaaa, dziadek! Masz inaczej niż babcia”. „O co znowu chodzi?!”. „Babcia mówi, że »zdycha«, bo tak każe Biblia”. Dziadek: „Powariowaliście wszyscy”. Wnuk: „Sam nie wiesz, dziadek, że wziąłeś dyskusję w aktualnym sporze”. Dziadek: „Mam to gdzieś. Moje zwierzęta zawsze umierały”. „To kwestia słowa”. „To kwestia śmierci. Nie uważam, żebym umierał lepiej. Kiedyś tak myślałem. Dziś kładę się jak pies”. Wstał, skinął ku mnie ręką. „Chodźmy, idzie większy wiatr, będzie łamał drzewa, nic tu po nas”.
Dwie w wieku studenckim w 116: „Mam filozofię żywienia”. „Ok, super. A kiedy masz obronę na filozofii? Sorry, bo może nie wiem, że już miałaś”. „Nie mam obrony, mam holistyczną filozofię żywienia”. „Czyli?”. „Czyli, moja droga, właśnie teraz żywisz się mną, poganiając, żebym zrobiła dyplom”. „Ej, to nie tak!”. „No właśnie tak. Łypiesz jak sęp na padlinę. Ale nie szkodzi, bo padlina wjeżdża w ogólny ekosystem”. „Ej, słuchaj, przestań bredzić!”. „Ja nie bredzę. Ja realizuję”. „Co?”. „Sen. W tym śnie truchło mojej przegranej stawki robi za nawóz dla kolegów i kuzynów. Zawsze śni mi się doniczka wypełniona mną, a ci na mnie rosną”. „Amelia!”. „Po co ten protest. To biosystem. Taki ludzki. Ja wiem”.
Poczta przy Chełmskiej. Dwie kiele pięćdziesiątki wyglądają przez okno: „Słuchaj, czy to nie Magda Mołek gada w komórkę? Jak oceniasz?”. „Oceniam, że Mołek. Z twarzy wygląda”. „Ale co ona robi przy naszej poczcie? Może rozwód robi?”. „Głupiaś! Rozwodu się nie robi na poczcie”. „A bo czytałam, że się miała rozwodzić z mężem”. „Eee, to nie tutaj. Może ma awizo”. „Mołek i awizo?!”. „No co, nawet prezydent dostaje awizo”. „Prezydent tak, ale Mołek nie”. „Bo?”. „Ona nie może czekać”. „Bo?!”. „Bo jest piękna”. „A prezydent może?”. „Może, bo nie jest”.
Autobus z Łodzi do Warszawy, spóźniony bardzo, podbijający spóźnienie na każdym przystanku. Ktoś wybudził się w trakcie przydługiego postoju i wszczyna awanturkę na tylnych siedzeniach. Reszta uspokaja go apatycznie. W Żyrardowie bodaj dosiada się matka z dzieckiem. Z lękiem, niespokojnie. „Tu zawsze tak jest?” – rzuca w moją stronę. „Jak?” – dopytuję. „Niemiło”. „Nie wiem, ja po raz pierwszy na tej trasie”. „Aha. No zobaczymy, moje dziecko jest wrażliwe, a tu widzę, że są różni ludzie”. „Jak to zwykle” – rzucam. „Jak się nie ma dziecka, można na różne rzeczy pozwalać” – dorzuca. Myślę, czy sprostować. „Że ja nie mam? Chwilowo”. „Po pani widać, że pani nie ma dziecka. Widać”. „Bo?”. „Bo jakby pani była matką, to by pani na nich nakrzyczała”. „Ale…”. „Nie ma »ale«. Pani jest wszystko jedno. Matka wie, co robi”. „A co robi matka?”. Zacukała się na chwilę: „Matka wie, co robi”. „Czyli?”. „Matka wie, co robi. Bo wie, co robi. Oni wszyscy powinni przepraszać już od Łodzi. Bo matka wie, co robi. I już”. „No, dobra”. „A jak pani nie wie, co robi, to nie jest matką, proste”. „Najpewniej”.
Skwer Chorwacki, ciemny wieczór, szybki zjazd ku północy po równi pochyłej dnia. Ściemnia się szybko, przy mnie dwójka staruszków. „Idziemy już do domku?” – pyta on. Raptem fajerwerki, może znad stadionu. Ona: „O! Niemożliwe. To dla nas?”. On: „Nie wygłupiaj się, Alinka, to opłacone, dla jakiegoś sportowca”. Alinka: „Nienie, Kaziu. To dla nas”. „No nie, kochanie”. „Dla nas jest ta smuga nad Mokotowem. Ta owacja parkowa”. „Ech, Alinka”. „Każdy ma swoje. My mamy łunę i echo. Uciesz się, Kaziu”. Zwróciła się ku mnie: „Czy panią też to cieszy?”. „Cieszy”. Puściła do mnie oko.
Ruda pisze do mnie zza ściany: „Miałaś kiedyś marzenia? Tak z ciekawości”. Zaskoczona, odpisuję: „Wiesz, chyba miałam od zawsze, no nie wiem, od dziecka”. „Co to jest?”. „Co?”. „Marzenia. Czy to plany?”. „Nie do końca. Plany są, Rudku, rachunkiem. A marzenia to sny o sobie. Że wyobrażasz sobie siebie lepszą, w innym miejscu, czasie”. Cisza po drugiej stronie. W końcu dostaję: „Dlaczego nazywacie to marzeniem?”. Tym razem ja milczę. Po chwili pytam: „Bo myślimy, że trudno to zrealizować, wiesz, to ulotne”. Po chwili odpisuje: „Ja tak próbuję żyć. Jak marzenie”. I domyka koniecznym „Tak z ciekawości”.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.















