Kampania, czyli bitwa końca świata

Ludzi opanowuje jakaś przedziwna gorączka i w tej gorączce wydaje im się, że jak kogoś wyśmieją, zawstydzą albo obsypią obelgami, to zdanie zmieni i na ich stronę przejdzie. Znacie takie przypadki? Choć jeden? Ja nie znam.
Czyta się kilka minut
Wojciech Bonowicz // Fot. Grażyna Makara
Wojciech Bonowicz // Fot. Grażyna Makara

Otóż i właśnie – już po bitwie. To znaczy ja piszę jeszcze przed, ale Państwo czytają po. Wynik znany (mnie jeszcze nie), jedni szaty na sobie drą i trupy z pobojowiska zbierają, drudzy się cieszą i przegranym wygrażają, a niewykluczone nawet i to, że z powodu nieuznania wyborów za ważne władzę przejmie marszałek Hołownia. Wszystko w rękach – no właśnie kogo? Taki obecnie mamy ustrój, że tak naprawdę nie wiadomo kogo, i to chyba jest najstraszniejsze, jak na razie.

Owszem, ale i sama ciągnąca się tygodniami bitwa też była strasznym, chwilami krew w żyłach zamrażającym widowiskiem. Bitwa końca świata, bitwa pięciu armii... Jak pięciu, kiedy dwóch tylko? Jakby tak uważniej policzyć, to pięciu, a może nawet sześciu. Oczywiście, że im bliżej finału, tym bardziej znikały z oczu detale, a pogląd, że to po prostu siły dobra zewrą się z siłami zła, serca potencjalnych uczestników rozgrzewał. Gdzie dobro, a gdzie zło, na ten temat poglądy były rozbieżne, ale sam koncept wspólny. Zwarły się hufce nieprzeliczone w boju ostatecznym, od którego losy nie tylko Polski, ale i cywilizacji całej zawisły – tak to w każdym razie oczom naszym się ukazywało. Człowiek budził się rano, a telefon już był gorący od błagalnych nawoływań, by nie gubić ojczyzny, by faszyzm lub bolszewizm powstrzymać, by Polski już to Niemcom, już to Putinowi w pacht nie oddawać. „Och, doloż nasza, dolo, na co nam przyszło”, z niejednych ust takie i podobne zapewne dobywały się westchnienia. A potem dalejże w bój. I tak od rana do wieczora, co tam do wieczora – do późnej nocy, a w dniu ostatecznym nawet do świtu.

Nie szydzę, starcie cywilizacyjne było realne. I od tego, jak wybraliśmy, wiele będzie zależało, a głównie to, czy nasza energia w najbliższych latach zużywać się będzie w kolejnych konfliktach, czy może jednak obróci się w coś pożytecznego. Nie szydzę więc, ale jednak zdystansować się muszę albo przynajmniej otrząsnąć, gdyż tej retoryki bitewno-apokaliptycznej zwyczajnie nie trawię. Słyszę stąd i zowąd, że tylko ona jest w stanie zmobilizować naród do głosowania. Że rzeczywistość musi być w stanie wrzenia – inaczej prawie połowa w domach zostanie. No nie wiem. Mnie taka przegrzana rzeczywistość męczy i odpycha. Ile się człowiek w tym czasie bitewnym wyzwisk naczyta, szkoda nawet mówić. Nie pod swoim adresem, rzecz jasna, choć – pośrednio – pod swoim także. Ludzi opanowuje jakaś przedziwna gorączka i w tej gorączce wydaje im się, że jak kogoś wyśmieją, zawstydzą albo obsypią obelgami, to zdanie zmieni i na ich stronę przejdzie. Znacie takie przypadki? Choć jeden? Ja nie znam.

Akurat w czasie, gdy bitwa rozgorzała na dobre, czytałem „Dziennik” Jurka Pilcha. Rytualnie, chciałoby się powiedzieć. Rytualnie? Zawsze o tej samej porze roku? No nie zawsze, ale jakoś tak. W każdym razie od kilku lat regularnie, bo mnie ta lektura literacko wzmacnia. Jest oczywiście w „Dzienniku” również coś na dzień dzisiejszy i chwilę obecną – gdy odgłosy bitwy powoli milkną – przeznaczone. Jest mianowicie zwięzły opis wieczorów spędzanych w rodzinnym domu w Wiśle. „Mocą niepisanej zgody siadamy z matulą o dziewiętnastej i do oporu – najplugawszymi słowami lżąc widocznych na ekranie nieszczęśników – oglądamy politykę”, pisze Jurek. „Na ogół wytrzymujemy do dwudziestej trzeciej, choć czasem – gdy jakiś arcynadrodak czy inny wolnomularczyk specjalnie peroruje – trwamy w męczarni dłużej”. Opis jest z 8 stycznia 2011 roku, dawne czasy, a jednak czytam i jakbym całą Polskę naraz zobaczył, no może dwie trzecie Polski lub, powiedzmy, trzy czwarte. Scena tyleż mało oryginalna, co esencjonalna w najwyższym stopniu. Tak to przecież się odbywa, nieprawdaż? Z tą małą korektą, że dziś upowszechnił się internet, więc można opisanej rozrywce oddawać się przez całą dobę.

Piszę o tym wszystkim, choć z tygodni poprzedzających wyborczą bitwę końca świata zapamiętam coś zupełnie innego. Zapamiętam mianowicie obecnego prezydenta Stanów Zjednoczonych, który nagle, po trzech latach agresji rosyjskiej na Ukrainę, odkrył, że Putin bombarduje miasta i morduje cywilów. „Co się z nim stało, do cholery?”, zdziwił się amerykański prezydent, który jeszcze tydzień wcześniej zapewniał, że rozmowy idą bardzo dobrze, a Putin chce pokoju (choć w tym czasie również bombardował, a cywile ginęli). „Co się z nim stało?”, miałbym ochotę powtórzyć pytanie, jednocześnie je przekierowując. Zdumienie amerykańskiego prezydenta wydawało się autentyczne, jego złość i rozczarowanie nieudawane, skłonny byłbym nawet przyznać, że (po raz pierwszy?) rzeczywiście współczuł ginącym i ich rodzinom... Ale nie, to przecież niemożliwe, żeby wcześniej nie wiedział! Więc co? Założył, na przekór faktom, że mimo wszystko jest inaczej? Wiedział, ale nie chciał wierzyć?

Zaprawdę ogromna jest potęga wyobrażeń – na temat świata, innych, a przede wszystkim samego siebie.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Jerzy Skakun dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 23/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Bitwa końca świata