Straż Graniczna podała, że w nocy z poniedziałku na wtorek w okolicach miejscowości Dubicze Cerkiewne polski żołnierz został pchnięty nożem przez migranta znajdującego się po białoruskiej stronie granicy. Kilka godzin wcześniej w tej samej okolicy inny członek grupy nielegalnie przekraczającej granicę ranił polskiego pogranicznika przy pomocy improwizowanej dzidy – noża przymocowanego do długiego kija. W okolicach Białowieży funkcjonariusz Straży Granicznej został raniony butelką.
Z jednej strony: Polska i nasi funkcjonariusze, przed którymi postawiono zadanie chronienia granicy. A z drugiej? Tysiące zdesperowanych ludzi uciekających przed wojnami, zmianami klimatu czy biedą. Zostali bezwzględnie wykorzystani przez reżimy w Moskwie i Mińsku, które najpierw ułatwiły im przyjazd, a później wypchnęły w stronę Polski, dając narzędzia do sforsowania zabezpieczeń czy ataków na naszych pograniczników.
Poprzedni rząd dawał przyzwolenie na stosowanie wobec tych ludzi niehumanitarnych pushbacków, uznawanych za nielegalne m.in. przez polskie sądy (7 wyroków) i RPO. Konwencja ds. Statusu Uchodźców z 1951 r. zabrania wydalania uchodźców do krajów, w których grozi im niebezpieczeństwo, dopuszcza jednak odmowę przyjęcia osób stanowiących zagrożenie dla bezpieczeństwa publicznego.
W lesie na naszej granicy wciąż umierają ludzie. Ks. Mirosław Tykfer na łamach „Rzeczpospolitej” pisał kilka dni temu: „Na granicy polsko-białoruskiej nic się nie zmieniło. Zmieniła się tylko władza, ale nie styl zarządzania kryzysem”.
Ludzie nielegalnie próbujący przekroczyć polską granicę są jak pociski na toczącej się przeciw nam wojnie hybrydowej. I tych „pocisków” jest coraz więcej. Tylko w maju na Podlasiu odnotowano 6,5 tys. prób nielegalnego przekroczenia granicy, od początku roku – prawie 14 tys. Jednocześnie zgodnie z tym, co podają nasze władze, przemoc eskaluje i jest umiejętnie podsycana – w atakach na polskich funkcjonariuszy aktywnie (skrycie lub jawnie) uczestniczą Białorusini: celują do Polaków z broni palnej, rzucają w nich kamieniami, oślepiają laserami i światłem stroboskopowym.
W tym tygodniu wrócił temat zamkniętej strefy buforowej, która miejscami ma liczyć 200 metrów, a miejscami – jak w przypadku miejscowości Brzezina – nawet kilometr. Zakaz wstępu dla osób nieupoważnionych ma być czasowy (90 dni), ale może być przedłużany tak długo, jak długo rząd uzna to za konieczne. Jednocześnie – jak zapowiedziano – na granicę mają trafić dodatkowi policjanci i żołnierze, wyposażeni m.in. w rosomaki i armatki wodne.
To zapewne pomoże uszczelnić granicę, ale sedna problemu nie rozwiązuje.
Rosji i Białorusi raczej nie chodzi o to, by wywołać u nas wielki kryzys migracyjny, który na przykład realnie zagrozi naszej tożsamości czy zrujnuje naszą gospodarkę. Zresztą nawet gdyby chciały, raczej nie zdołałyby tego zrobić (jesteśmy prawdopodobnie jedynym krajem na świecie, który przyjął milion uchodźców, nie budując przy tym ani jednego obozu dla nich, do tego UE właśnie przyjęła pakt migracyjny).
W toczącej się przeciw nam wojnie hybrydowej chodzi o to, byśmy patrząc na wschodnią granicę, bali się tego, co jeszcze może się tam wydarzyć, a jednocześnie byśmy kłócili się między sobą na przykład o to, czy wolno stosować pushbacki, ale też podważali wiarygodność naszych pograniczników, a przy okazji polskiego rządu. Jak dotąd dajemy się w tę pułapkę wciągnąć. A jeśli jeszcze przy tej okazji udałoby się skłócić Polskę z resztą państw Unii – dla prowadzących z nami wojnę hybrydową byłaby to dodatkowa korzyść.
W tym kontekście warto zwrócić uwagę, że wydarzenia na granicy z Białorusią mogą być tylko przygrywką – mnożą się ostrzeżenia służb państw unijnych przed coraz częstszymi akcjami sabotażowymi prowadzonymi przez Rosję na ich terytorium. To samo dzieje się u nas.
W poniedziałek premier informował o dziewięciu podejrzanych z postawionymi zarzutami, którzy na zlecenie rosyjskich służb byli zaangażowani w pobicia, podpalenia i próby podpalenia. Już dzień później doszły informacje o dwóch Ukraińcach i Polaku, którzy dokonali podpaleń w Gdyni i w Markach pod Warszawą oraz usiłowali podłożyć ogień w Gdańsku. Mieli należeć do tej samej grupy, co zatrzymany przez ABW w styczniu Ukrainiec, który planował we Wrocławiu podpalenie centrum handlowego oraz marketu budowlanego znajdującego się obok stacji paliw. Członkowie tej grupy za podpalenie obiektu mieli ponoć dostawać po 10 tys. euro.
Na razie nie było ofiar. Co stanie się, gdy akty sabotażu do nich doprowadzą? Czy jeśli okaże się, że za atakiem stoi sponsorowany przez Rosję obywatel Ukrainy, zaczniemy z podejrzliwością patrzeć na naszych ukraińskich sąsiadów, czy może będziemy debatować o tym, czy warto nadal wysyłać pomoc dla walczącego z rosyjską agresją Kijowa?
Polska ma prawo bronić się przed atakami Rosji, ale musi to robić zgodnie z prawem i w sposób, który uznajemy za etyczny. To odróżnia nas od tych, którzy nas atakują. Właśnie po to, by nie było u nas bezprawia i działań uznawanych przez nas za nieetyczne – powinniśmy się bronić. A że wymyślenie, jak to zrobić, jest trudne? Politycy, idąc po władzę, powinni byli to wiedzieć. Teraz za stworzenie planu, jak to robić w zgodzie z naszymi zasadami, i wprowadzenie go w życie, a nie dolewanie oliwy do ognia, co miesiąc wypłacamy im wynagrodzenie.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















