Konieczność obrony granicy nie unieważnia polskiego prawa

Po śmierci żołnierza zranionego na granicy z Białorusią czeka nas radykalna zmiana i zaostrzenie politycznej dyskusji, w której i tak od kilku dni wrze. Spróbujmy uporządkować znane fakty.
Czyta się kilka minut
Granica polsko-białoruska w Puszczy Białowieskiej, 3 czerwca 2024 r. // Fot. Maciej Łuczniewski / Gazeta Polska / Forum
Granica polsko-białoruska w Puszczy Białowieskiej, 3 czerwca 2024 r. // Fot. Maciej Łuczniewski / Gazeta Polska / Forum

Prezydent Andrzej Duda już zapowiedział, że w poniedziałek zwoła Radę Bezpieczeństwa Narodowego. Ze strony opozycji zapewne usłyszymy, że przyczyną śmierci żołnierza jest to, iż pod rządami Donalda Tuska polscy mundurowi boją się używać siły w samoobronie. Co nie jest prawdą, bo tylko w maju służby na granicy używały broni ponad 700 razy, strzelając na postrach lub by alarmować. Faktem jest eskalacja przemocy ze strony migrantów. Nie wiadomo, na ile jest ona prowokowana przez białoruskie służby, ale na pewno wymaga profesjonalnej i przemyślanej reakcji polskich służb. Funkcjonariusze broniący granicy muszą być dobrze wyposażeni, przeszkoleni i mieć jasne procedury, które zapewnią im bezpieczeństwo. 

Minister się broni, opozycja atakuje

W środę 5 czerwca ogromne kontrowersje wywołała sytuacja opisana przez portal Onet: trzech żołnierzy miało zostać zatrzymanych za użycie broni na granicy. Chwilę później media obiegła informacja o decyzji prokuratury z Siedlec, podjętej jeszcze 17 kwietnia, o utworzeniu zespołu śledczych, którzy mają analizować nadużycia władzy polskich służb w stosunku do migrantów (m.in. podczas stosowanych od początku kryzysu pushbacków).

Najpierw uporządkujmy fakty: oba zdarzenia nie mają ze sobą związku, co podkreśla prokuratura w Siedlcach. Zespół nie zajmuje się też legalnością samych pushbacków, a jedynie tym, czy podczas tych wywózek nie dochodziło do przestępstw i nadużycia władzy ze strony funkcjonariuszy wojska, policji czy Straży Granicznej. „Fakt prowadzenia śledztwa w opisanym wyżej zakresie w żaden sposób nie może być traktowany jako przejaw podważania profesjonalizmu funkcjonariuszy realizujących swe obowiązki na wschodniej granicy państwa” – to cytat z oświadczenia prokuratury z 3 czerwca.

Nieprawdą jest to, że zespół powołał osobiście minister sprawiedliwości Adam Bodnar (zrobił to prokurator regionalny w Lublinie, a zawiadomienia o możliwości popełnienia przestępstwa złożył dziennikarz i aktywista pracujący przy granicy), ani to, że władza ukrywała ten zespół przed społeczeństwem – informacja o nim wisi od 18 kwietnia na stronie prokuratury.

Dużo więcej znaków zapytania jest w sprawie zatrzymanych żołnierzy. Sytuacja opisana przez dziennikarzy Onetu wydarzyła się na przełomie marca i kwietnia tego roku w okolicy Dubicz Cerkiewnych. Według tej relacji przez granicę próbowała przedostać się grupa około 50 mężczyzn (niekoniecznie migrantów, trudno stwierdzić, jak duży udział w ostatniej eskalacji agresji na granicy mają białoruskie służby). Żołnierze zaczęli strzelać w powietrze, potem w ziemię przed migrantami. W sumie padły 43 strzały. Dopiero gdy sytuacja była opanowana, do akcji miała wkroczyć Straż Graniczna i to jej funkcjonariusze mieli powiadomić Żandarmerię Wojskową. Ta zaś zdecydowała o zatrzymaniu trójki żołnierzy; dwójce prokuratura postawiła zarzuty przekroczenia uprawnień i narażenia życia innych osób.

Władysław Kosiniak-Kamysz, minister obrony narodowej, potwierdził w środę na konferencji prasowej, że o sprawie wie od dawna. – Wierzę w polskich żołnierzy, ale ta sprawa musi zostać zakończona. Wszystko musi być transparentnie wyjaśnione – powiedział Kosiniak-Kamysz. Zatrzymanie (żołnierze nie zostali aresztowani, przebywają na wolności) nazwał „nadgorliwością”. Kluczowym dowodem w sprawie ma być nieupublicznione nagranie całej sytuacji wykonane przez Straż Graniczną. – Widziałem to nagranie, ale nie jestem od rozstrzygania tej sprawy. Jestem zawsze po stronie żołnierzy – dodał szef MON.

Oświadczenie w tej sprawie ma dopiero wydać Prokuratura Krajowa. I powinna to zrobić szybko, bo to na tym odcinku panuje największy informacyjny chaos. Wielu polityków (np. Roman Giertych) lansuje teorię, że zatrzymanie żołnierzy to prowokacja zorganizowana przez zastępcę prokuratora generalnego ds. wojskowych, Tomasza Janeczka, człowieka Zbigniewa Ziobry. Adam Bodnar poinformował, że wezwał go na pilne spotkanie. Janeczek z kolei twierdzi, że o sprawie dowiedział się z mediów, a ministra Bodnara oskarżył o chaos, który uniemożliwia mu pracę, i „całą serię nielegalnych, ale też niewyobrażalnie chaotycznych decyzji kadrowych” – tak napisał w oświadczeniu, które chwilę potem usunął.

Czy wojsko powinno zabezpieczać granicę?

Od środowego poranka trwa festiwal oświadczeń, wpisów, apeli i mocnych słów. Od premiera Donalda Tuska, który „oczekuje szybkich wniosków i decyzji organizacyjnych, prawnych oraz personalnych”, przez posłów PiS, którzy pojawili się w budynku MON z interwencją poselską i przy okazji zmienili konferencję ministra Kosiniaka-Kamysza w awanturę, po Jacka Sasina, który twierdzi, że powstanie zespołu, który ma oskarżać „polskich bohaterów strzegących naszych granic”, to „niewyobrażalny skandal” (przypominam, że zespół powstał dwa miesiące temu).

Wydaje się, że prawie wszyscy, od prawa do lewa, wydali wyrok w sprawie, która się nawet porządnie nie zaczęła, i wyrok ten brzmi: żołnierze są niewinni (oby tak było), bo bronią granicy. Troska o bezpieczeństwo (a raczej polityczna gra tematem bezpieczeństwa) prowadzi nas do absurdu, w którym każdy zarzut wobec mundurowego na granicy jest bez mała zamachem na Polskę i poddaniem się Putinowi. 

Wiemy, że sytuacja w Dubiczach Cerkiewnych została nagrana. Może więc na tym nagraniu jest coś, co naprawdę uzasadnia zatrzymanie żołnierzy albo postawienie im zarzutów? Ponadto w relacji dziennikarzy Onetu pojawia się zdanie „rykoszety idą w płot”. Po pierwsze: rykoszet od stalowego płotu jest oczywistym zagrożeniem bezpieczeństwa nie tylko dla migrantów, ale też dla funkcjonariuszy polskiego państwa. Po drugie: strzelając w stronę granicy z innym (wrogim nam) państwem, ryzykujemy międzynarodową awanturą. 

Nie bez powodu wielu ekspertów od dawna twierdzi, że granicę powinno zabezpieczać się głównie metodami policyjnymi (tarcze, pałki, ochraniacze), a nie wojskowymi. Być może wtedy nie doszłoby do tragedii, w wyniku której zmarł polski żołnierz. Przy tak napiętej sytuacji ostatnie, czego potrzebujemy, to zbyt szybkie palce na spustach broni. 

Nieprawdą jest natomiast to, że żołnierze nie mogą używać legalnie broni na granicy. Jak przypomniał w środę minister Kosiniak-Kamysz, tylko w maju robili to ponad 700 razy. Nie ma nic antypatriotycznego w oczekiwaniu, że będzie się to działo w ostateczności i profesjonalnie, z szacunkiem dla życia tak migrantów, jak i polskich mundurowych.

Śledztwo prowadzone przez prokuraturę w Siedlcach też jest traktowane jak niemalże zdrada racji stanu, mimo że nikomu jeszcze nawet nie postawiono zarzutów. Zadam proste pytanie: czy na pograniczu nadal obowiązuje to samo prawo, co w reszcie Polski? Bo jeśli tak, to wyobraźmy sobie tę sytuację gdziekolwiek indziej. Wyobraźmy sobie, że np. w lasach i bagnach Biebrzańskiego Parku Narodowego od trzech lat giną dziesiątki ludzi, setki wymagają pomocy medycznej, dochodzi do poronień, kradzieży, darte są paszporty, niszczone telefony. W dodatku mamy dziesiątki relacji i filmów (nawet z ostatnich dni) pokazujących brutalne zachowanie służb: wojska, policji, Straży Granicznej. 

Oczywiście, że kontekst obrony granicy i wojny hybrydowej rozpętanej przez Putina jest istotny, a przypadek żołnierza, który bronił naszej granicy i został ciężko raniony nożem, co przypłacił życiem, jest bulwersujący, tragiczny i nie może pozostać bez odpowiedzi. Ale od radzenia sobie z całym kryzysem mamy w tym kraju co najmniej trzy ministerstwa i kilkanaście podległych im służb. Od wydawania wyroków mamy sądy, a nie polityków, od prowadzenia śledztw zaś – zespoły takie jak ten z Siedlec. 

Tekst ukończono w czwartek 6 czerwca o godzinie 14.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

TP Online: Dostęp roczny online

Grafika na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”