Lata spędzone w wojewódzkim sądzie administracyjnym nie pomogły Tomaszowi Szmydtowi stać się wojownikiem komunikatora Telegram. Jego pierwsze konferencje prasowe w Mińsku były nudne i formalne. To kaliber sprawy porwał widzów, a nie jego umiejętności budowania „setek pod internety”.
Pan po pięćdziesiątce, w nieco kuriozalnej skórzanej kurtce i kaszkiecie, bardziej przypominał taksówkarza z Taszkentu w kryzysie wieku średniego niż Edwarda Snowdena. Prezentowanie piękna natury Grodzieńszczyzny czy nabitych na haki kiełbas lokalnej produkcji bliższe są scenariuszom filmów szpiegowskich klasy B. Tak samo jak drwiny z polskiego premiera, którego Szmydt określa mianem „kapiszona”.
Pagończycy
Pod powierzchnią jest tu jednak coś więcej niż tylko kiepska propaganda. Białoruskiemu KGB – bezpieka nosi tu taką nazwę jak w czasach Związku Sowieckiego (na taki krok zdecydowały się jeszcze tylko kontrolowane przez Rosję parapaństwa: Naddniestrze i Południowa Osetia) – po raz kolejny w ciągu roku udało się mocno uszczypnąć Polskę.
Okazuje się, że pozornie sztacheciarska służba specjalna była w stanie zwerbować w Polsce współpracownika, który tłuczkiem do mięsa zaatakował wiosną tego roku w Wilnie Leonida Wołkowa, żyjącego tam na emigracji bliskiego współpracownika nieżyjącego Aleksieja Nawalnego. Ta sama służba prowadziła prowokatora Andreja Paratnikaua, który najpierw pozował na eksperta do spraw bezpieczeństwa i chętnie komentował politykę białoruską, aby na końcu wystąpić w reportażach uderzających w polskie środowiska eksperckie, dyplomatyczne i dziennikarskie.
Dziś KGB organizuje medialny show sędziemu, który zdradził Polskę. A za tym wszystkim stoi etniczny Polak: Iwan (dawniej Jan) Tertel, syn Stanisława, 57-letni dziś szef białoruskiego Komitetu Bezpieczeństwa Państwa. Specyficznej instytucji, która po stłumionych protestach w 2020 r. nadaje kształt państwu białoruskiemu, zamieniając je w jedno wielkie „Sizo”, czyli areszt śledczy.
O ile przed rokiem 2020 w kraju rządzonym przez Alaksandra Łukaszenkę można było dostrzec jeszcze jakiś komponent gry koterii, które reprezentowały różne środowiska biznesowe czy nomenklaturowe, o tyle dziś jest to dyktatura z aspiracjami do totalitaryzmu. Ton nadają w niej zaufani „pagończycy”, czyli ludzie z wyższymi rangami oficerskimi. Iwan Tertel jest ważnym elementem tego układu.
Spadochroniarz
Iwana Tertela, urodzonego w liczącej 200 mieszkańców wsi Przewałka nad Niemnem, trudno nazwać klasycznym sowieciarzem.
W czasie II wojny światowej członkowie jego rodziny służyli w Armii Krajowej (silnej na Grodzieńszczyźnie), co musiało wpływać na atmosferę w domu. On sam, rocznik 1966, po ukończeniu szkoły w Druskiennikach (dziś położonych na Litwie) wybrał karierę w sowieckich wojskach powietrznodesantowych. Szkołę oficerską w Riazaniu skończył, gdy gasła wojna w Afganistanie i upadał komunizm. W czasie służby w 106. Dywizji Powietrznodesantowej miał okazję przyglądać się jedynie konwulsjom imperium, tłumiąc razem ze swoją jednostką starcia między Azerami i Ormianami w Sumgaicie, które wybuchły w 1988 r.
Po 1991 r. wrócił do Mińska, aby tu w 1994 r. uzyskać dyplom Instytutu Bezpieczeństwa Narodowego KGB. W tym samym roku po raz pierwszy urząd prezydenta objął Łukaszenka, starszy od Tertela o 12 lat.
Na Białorusi druga połowa lat 90. XX w. to bieda i upokorzenie. Ale już nie chaos i kryminalizacja (jak w sąsiedniej Rosji) ani wielka grabież (jak na Ukrainie). Tertel jako spadochroniarz nie miał tu okazji do budowania dumy z formacji, z której się wywodził. Tamte lata to fikcja zarówno służb specjalnych, jak wojsk powietrznodesantowych (w Związku Sowieckim uznawanych za elitarne). Władzę zaczyna konsolidować Łukaszenka, powoli i początkowo niemal niewidocznie budując dyktaturę.
Droga awansu
– Tamte lata to czas, gdy w najbardziej elitarnych jednostkach spadochronowych żołnierzom wydawano spodnie, które regularnie pękały na tyłku. Gdy jeździliśmy na ćwiczenia do Rosji, mieliśmy ten sam wzór munduru co oni. Białorusinów można było poznać po tym, że mieli naszyte łaty – opowiada mi Siarhiej, w przeszłości żołnierz brzeskiej brygady powietrznodesantowej, a dziś uciekinier polityczny żyjący w Polsce. I poszukiwany przez Komitet Śledczy Białorusi za przynależność do BYPOL-u, stowarzyszenia skupiającego byłych przeciwników reżimu z resortów siłowych.
Tertel był w latach 90. młodym oficerem, a Łukaszenka prezydentem z ambicjami do bycia ojcem narodu, baćką. W 1996 r. Tertel kończy Uniwersytet w Grodnie, równocześnie służąc w wojskach pogranicznych, które są integralną i zarazem elitarną częścią KGB, lecz stojącą nieco z boku. Dzięki tej formacji jego kariera przyspieszy co najmniej dwukrotnie. Po raz pierwszy w 2008 r., gdy jego patron Wadzim Zajcau awansuje go na wiceszefa KGB i stopień generalski. Po raz drugi w czasie „wojny granicznej” z Polską w 2021 r.
Do 2008 r. Zajcau był szefem wojsk pogranicznych (wówczas już pod nazwą Państwowy Komitet Pograniczny; karierę robi w nim Wiktar, starszy syn Łukaszenki), a potem został dyrektorem KGB. To postać szczególna. Był określany mianem smotriaszczego Rosjan w aparacie represji Białorusi. Ten absolwent Akademii Federalnej Służby Pogranicznej Rosji i Akademii Sztabu Generalnego FR miał po prostu strzec interesów Kremla w Mińsku. Być właśnie smotriaszczym – tym, który patrzy na ręce.
Ponieważ Zajcau był blisko Rosjan, w pewnym momencie Łukaszenka zaczął się go po prostu bać. Korzystając z zamieszania wokół samobójstwa podpułkownika KGB Alaksandra Kazakaua, w 2012 r. odwołał go ze stanowiska.
Dla Tertela służba w wojskach pogranicznych i wierność wobec baćki okazały się trampoliną do finalnego awansu: w 2020 r. został szefem KGB.
Specjalizacja graniczna
Dla zrozumienia logiki agresywnych działań Białorusi wobec Polski kluczowe są kariery Tertela i Zajcaua właśnie w korpusie pogranicznym. Ich wiedza i doświadczenie pozwoliły na wygenerowanie kryzysu migracyjnego i wymuszenie na Polsce i NATO zagrania na zasadach Moskwy i Mińska. Ściągnięcie liczącego ponad 30 tys. żołnierzy kontyngentu polskiego w rejon granicy umożliwiło odwrócenie uwagi od Ukrainy.
Pawieł Usau, politolog i jeden z liderów białoruskiej opozycji mieszkający w Polsce, twierdzi w rozmowie ze mną, że kryzys migracyjny był przykryciem do testowania wariantów ataku na Ukrainę. W scenariuszu minimum miał dawać Łukaszence i Tertelowi korzyści takie jak tłumaczenie się przez polskie władze przed całą Europą, czy nie są łamane prawa człowieka osób ściąganych nad Bug. W wariancie maksimum pozwalał trenować loty maszyn, które zimą i wiosną 2022 r. odpalały znad Białorusi pociski w kierunku Ukrainy.
Kryzys migracyjny był największą operacją przeciw Polsce. Ale nie jedyną o sporym rozmachu, którą nadzorował Tertel.
Operacja „spisek”
W 2021 r. Białorusini we współpracy z Rosjanami próbowali uwikłać jednego z polskich ministrów w rzekomy spisek przeciw dyktatorowi.
12 kwietnia 2021 r. w Moskwie FSB aresztowała Alaksandra Fiadutę (byłego współpracownika Łukaszenki z początków jego prezydentury) i Jurasia Ziankowicza (dziennikarza, adwokata i aktywistę). Nagrano ich rozmowę, którą prowadzili w restauracji z – jak podała FSB – „opozycyjnie nastawionymi generałami sił zbrojnych republiki” (tj. Białorusi). Nie podano ich nazwisk, co sugeruje, że byli podstawieni.
Po aresztowaniu Tertel przekonywał, że spiskowcy planowali zamach na Łukaszenkę. Podawał nawet datę. Miało to odbyć się w czerwcu lub lipcu 2021 r. – Zadanie numer jeden: usunięcie „Najważniejszego” – mówił na nagraniach Ziankowicz. Dodawał, że miałoby to umożliwić zbudowanie „demokracji na wzór polski”. Łukaszenka przekonywał, że spiskowcy działali na zlecenie amerykańskich i polskich służb, i że próbowano zabić też jego synów.
Niejasna jest tu rola Ziankowicza, który obecnie odsiaduje wieloletni wyrok na Białorusi (jako dziennikarz w latach 2006-07 współpracował z „Dziennikiem”, który po połączeniu z „Gazetą Prawną” wydawany jest jako „Dziennik Gazeta Prawna”). Na kilka tygodni przed aresztowaniem miał wydzwaniać do jednego z polskich urzędników i informować go o swoich planach.
– Odebrałem to jako prowokację. Jednoznacznie dałem do zrozumienia, że nie życzę sobie takich rozmów. Najprawdopodobniej chodziło o nagranie mnie i podbicie przekazu, że Polska jest zaangażowana w spisek. To się nie udało – mówi mi osoba, z którą próbował kontaktować się Ziankowicz.
Operacja „łże-Polska”
Kolejną operacją wymierzoną w Polskę, a nadzorowaną przez Tertela, była sprawa Andreja Paratnikaua – politologa i byłego pracownika białoruskiego MSW, który w reportażu reżimowej telewizji przyznał się do rzekomej współpracy z zachodnimi służbami. W materiale „Historia zdrajcy” sam o niej opowiada, sypiąc nazwiskami i kwotami.
Materiał wyemitowano jesienią 2023 r. Są w nim nagrania ze spotkań z polskim dyplomatą w Mińsku, zarejestrowane jeszcze w 2016 r. Padają oskarżenia pod adresem polskich ośrodków analitycznych i środowisk eksperckich. W pewnym momencie Paratnikau jest filmowany przez ekipę białoruskiej telewizji, jak wydzwania do osób w Polsce z prośbą o pomoc w ewakuacji z Białorusi. Ze strony jego rozmówców nie padają żadne kontrowersyjne deklaracje. Intencja jest jednak jasna: tymi rozmowami Paratnikau ma wykreować cokolwiek, czego można użyć przeciw Polakom.
W materiale cytowani są pracownicy KGB. Z ich słów wynika, że w zasadzie cała Polska i wszystkie działające w niej instytucje – publiczne czy niepubliczne – pracują dla służb specjalnych. Nie ma obszaru, który byłby wolny od uwikłań. Politolodzy to – według materiału wyprodukowanego przez KGB – łże-politolodzy opłacający takich jak Paratnikau pieniędzmi z łże-NGO-sów. Dyplomaci to łże-dyplomaci. Nie ma sfery wolnej od zaangażowania w działalność spiskową.

Rozgrywka
Wizja świata Iwana Tertela daleka jest jednak od paranoi, jaką prezentuje propaganda Mińska. Aleś Pilecki, białoruski dziennikarz Radia Swaboda, przekonuje w rozmowie, że Tertel to inteligentny funkcjonariusz reżimu, który realizuje konkretne zapotrzebowania.
– Kierowanie KGB to jednak jego maksimum. Łukaszenka nie ufa takim ludziom jak Tertel. Woli głupich i słabych. Ideałem jest tutaj Natalla Kaczanawa, przewodnicząca marionetkowego parlamentu – uważa Pilecki. – Inteligentnych Łukaszenka wykorzystuje, ale później odsuwa lub marginalizuje. Ze strachu. Dziś Tertel robi dla niego, co trzeba. Jutro może zostać emerytem i np. przewodniczącym białoruskiego związku łowiectwa.
Niewykluczone, że Tertel wyciągnął sprawę sędziego Szmydta akurat teraz właśnie z obawy o swoją pozycję.
Równolegle do zamieszania z polskim sędzią białoruscy cyberpartyzanci (jak określa się przeciwników reżimu aktywnych w sieci) uruchomili na Telegramie kanał, na którym można poznać personalia pracowników i konfidentów KGB. Ujawnili też korespondencje kierowane na skrzynkę na donosy do KGB – światło dzienne ujrzały tysiące maili. Ważniejsze są jednak personalia agentury: to wielka porażka służb, którą należało czymś przykryć. Przykryto Szmydtem, organizując mu kampanię medialną na Telegramie i w innych mediach społecznościowych.
Czekając na ciąg dalszy
W ostatnich dniach KGB wyciągnął również sprawę polskich księży. Do aresztu przed kilkoma dniami trafiło dwóch oblatów, których oskarżono o dywersję. Posługujący w sanktuarium Matki Bożej Fatimskiej w Szumilinie duchowni – Andrzej Juchniewicz i Paweł Lemecha – w przeszłości publikowali w internecie wpisy, w których solidaryzowali się z atakowaną Ukrainą. To było ich jedyne „przewinienie”.
W ten sposób Iwan Tertel może się wykazać przed Łukaszenką. Dać dowód na swoją przydatność po wielkiej przegranej z cyberpartyzantami. I przy okazji podkreślić znów, że polskie korzenie nic dla niego nie znaczą.
– Ujawnienie danych personalnych ludzi z KGB to poważna sprawa. Najpoważniejsza jak do tej pory wpadka białoruskich służb. Tymczasem nie ma dymisji Tertela – komentuje Pilecki.
Możliwe, że Polakowi w aparacie KGB pozwala trwać inny Polak: zdrajca Szmydt. Zarówno jeden, jak i drugi stracą jednak w końcu swoją wartość dla reżimu.
Autor jest dziennikarzem „Dziennika Gazety Prawnej”.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















