Państwowa Komisja Wyborcza postanowiła wykonać postanowienie Sądu Najwyższego i przyjęła sprawozdanie finansowe Prawa i Sprawiedliwości z wyborów parlamentarnych w 2023 roku. Za taką decyzją zagłosowało czterech członków PKW (w tym jej przewodniczący), trzech było przeciw, dwóch zaś wstrzymało się od głosu. Uchwała Komisji oznacza, że PiS nie zostanie pozbawiony dziesiątek milionów złotych.
Komisja miała ciężki orzech do zgryzienia. Od zmiany ustawy o PKW, której dokonał PiS, tak naprawdę rządzi w niej środowisko polityczne aktualnie sprawujące władzę. Oczywiście, partia Jarosława Kaczyńskiego nie majstrowała przy tym prawie, by cokolwiek w nim uporządkować, jak twierdzi w wywiadach Michał Dworczyk, szef kancelarii premiera w czasach gabinetu Mateusza Morawieckiego. Zrobiła to tylko po to, by wziąć pod swe skrzydła kolejną niezależną, a zarazem ważną dla ustroju Polski instytucję, odpowiedzialną za wybory.
Niestety dla PiS, systemu mającego szereg autokratycznych cech nie dało się domknąć mimo opanowania Trybunału Konstytucyjnego i (częściowo) Sądu Najwyższego, więc dziś z niektórych mechanizmów pozostawionych przez Kaczyńskiego korzysta obecna koalicja rządząca – i trudno jej się dziwić. Tyle że nie buduje to w Polsce większej demokracji, tylko ją demontuje, pozwalając na sytuacje co najmniej kontrowersyjne.
PKW wraca na drogę logiki
PKW, która początkowo chciała wstrzymać się z podjęciem decyzji o pieniądzach dla PiS do czasu rozwiązania konfliktu wokół Sądu Najwyższego, zachowywała się niekonsekwentnie. Przecież całkiem niedawno uwzględniła decyzję niekonstytucyjnej Izby Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych SN, która przychyliła się do skargi Konfederacji, i nie nakazała jej zwrotu pobranej już subwencji. Fakt, sprawa była drobna w porównaniu z instytucjonalnym wykorzystywaniem pieniędzy z Funduszu Sprawiedliwości na kampanię wyborczą PiS (a właściwie Suwerennej Polski), jednak formalnie niewiele się od niej różniła.
Tymczasem PKW podjęła wówczas zupełnie inną decyzję, uznając de facto orzeczenie Izby, której legalność w przypadku sprawy PiS kontestowała. Uwagę na ten brak konsekwencji zwracał nie raz przewodniczący PKW Sylwester Marciniak, ale szybko wrzucono go do jednego worka z propisowskimi sędziami, choć nie ma z nimi nic wspólnego – jest niezwykle doświadczonym prawnikiem, orzekającym w przeszłości w sądach powszechnych i w Naczelnym Sądzie Administracyjnym, z którego rekomendacji trafił zresztą do PKW.
W odmiennym traktowaniu Konfederacji i PiS nie było wielkiej logiki, więc dobrze, że ostatecznie PKW zachowała się spójnie. Nie zmienia to jednak faktu, że tej logiki trudno szukać w całej polskiej polityce. Obowiązujące w niej reguły, wprowadzone z pełną świadomością przez PiS i ciężkie do zmiany wobec postawy Andrzeja Dudy, pozwalają na podchodzenie z coraz większą pogardą do konstytucji oraz obowiązujących ustaw. Organizacja TK, SN czy PKW – to są zazwyczaj kwestie trudne nawet dla prawników, więc strony politycznego sporu uważają, że w obecnym galimatiasie większość wyborców będzie przyjmowała „na wiarę” stanowisko partii, z którą sympatyzują. W logice wyborczej można to sprowadzić do zasady: zwycięzca bierze wszystko, nie przejmując się prawami opozycji.
Uniknęliśmy politycznej wojny domowej
Decyzja PKW uchroniła nas być może przed poważnym politycznym kryzysem zagrażającym fundamentom polskiej demokracji. Gdyby komisja zdecydowała o zabraniu pieniędzy PiS, a wybory prezydenckie wygrałby Rafał Trzaskowski z nieznaczną przewagą nad Karolem Nawrockim, to spodziewam się, że PiS po prostu nie uznałby ich wyniku, przedstawiając siebie jako ofiarę nagonki, którą próbowano zniszczyć nie tylko politycznie, ale też finansowo.
Można byłoby sobie wyobrazić rzeczywistość, w której prezydent Duda, odchodząc z Pałacu, uznaje swojego następcę za uzurpatora. Oczywiście, niewiele by to początkowo zmieniało, a Trzaskowski zająłby nieruchomość przy Krakowskim Przedmieściu. Co jednak stałoby się w sytuacji, w której koalicja 15 października straciłaby w kolejnych wyborach władzę w parlamencie? To realny scenariusz, biorąc pod uwagę, że w badaniach CBOS czy United Surveys gabinet Donalda Tuska ma od lipca więcej przeciwników niż zwolenników, co jest raczej zaskakującym zjawiskiem w historii III RP – wcześniej żaden rząd nie tracił tak szybko popularności.
Jeśli więc do władzy wróciłby kiedyś PiS (albo jakiś jego klon po ewentualnym odejściu na polityczną emeryturę Kaczyńskiego), moglibyśmy spodziewać się fali czystek, a wręcz wsadzania do więzień polityków obecnej władzy: na czele z premierem Donaldem Tuskiem i ministrem sprawiedliwości Adamem Bodnarem. Zapewne znalazłoby się też miejsce za kratami dla niechętnych PiS-owi członków PKW, z czego oni sobie doskonale zdają sprawę i na pewno to spojrzenie w przyszłość było jednym z elementów rozpatrywanych przed ostateczną decyzją o subwencji dla PiS, idącej w dziesiątki milionów.
Teraz niezwykle interesujące jest, co zrobi Tusk, a konkretnie: co zleci do wykonania ministrowi finansów Andrzejowi Domańskiemu, bo to on ostatecznie zdecyduje o wypłacie subwencji dla partii Kaczyńskiego. Jeśli zgodnie z logiką „demokracji walczącej” rząd pozbawi PiS pieniędzy, arbitralnie wcielając się w rolę sędziego oceniającego drenowanie Funduszu Sprawiedliwości, Tuskowi zostanie już tylko bezwzględna walka o „dorżnięcie” polityczne partii Kaczyńskiego. Jeśli mu się to nie uda, czeka go zapewne sala rozpraw, a potem cela. Skorzystania z przykładu Romanowskiego po Tusku się nie spodziewam.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.


















