Ktoś najbliższy umiera w szpitalu, zostaje tylko bezsilna skarga. „Przecież lepiej oddychał (…). Przecież tak ładnie dzisiaj zjadł obiad”. Więc dlaczego? I dlaczego pani doktor w rozmowie telefonicznej zaczyna zdanie od „no właśnie”?
Cztery dni później Rosja atakuje Ukrainę. Wojna zaczęła się właściwie znacznie wcześniej, od zajęcia Krymu, ale media teraz dopiero zaczynają regularne odliczanie. Do kolejnej liczby wystarczy dodać cztery – rodzi się nowa, prywatna chronologia. Znak nieobecności – i obecności. Współczesne wojenne tło dla mozaiki opowieści i portretów.
Tło, o którym musimy pamiętać, choć nie wychodzi na pierwszy plan tak wyraziście, jak w ostatnich fragmentach „Szczegółów znaczących”, poprzedniej książki Hanny Krall, tych o Buczy. Teraz jest tylko zbłąkana rakieta, która przekroczyła granicę i spadła na suszarnię zbóż, zabijając rolnika Bogdana i magazyniera Bogusława – na obu mówiono „Bodzio”. Dokładnie w chwili ich śmierci z Kanady przyszedł do autorki mail, że Zachary, jej prawnuk, powiedział nowe słowo: locomotive. „Dobra okazja do rozważań o roli przypadku, o bezsensie i sensie w życiu człowieka”.
Sarkazm? I, co tu kryć, trochę ulgi. Trzecia wojna światowa jeszcze się jednak nie zaczęła, więc dywagacje: „Gdzie będzie lepiej – na Ursynowie czy na działce na wsi?” (wieś niby bezpieczniejsza, ale przecież na wschodzie) – przedwczesne. A co najważniejsze:
„Lokomotywa i Zachary znajdują się 7171,6 kilometrów od suszarni zbóż.
Dobra wiadomość.
Mam nadzieję”.
Więc Ukrainy tu nie ma, ale jest granica z Białorusią. Las, bagna i uchodźcy. Wstrząsające relacje Natalii Judzińskiej i nowe wcielenie szmalcowników: „nagle, parę metrów od nas, przebiegło dwóch mężczyzn. Za nimi biegł człowiek z krótką bronią. Nie wiedziałyśmy, co robić, więc poszłyśmy za nimi. Uszłyśmy parę metrów i zobaczyłyśmy polanę i tego z bronią. Przed nim klęczeli ci mężczyźni. Na nasz widok schował broń i zaczął się cofać. (…) Ci dwaj to byli Afgańczycy, dowiedziałam się, a uzbrojony to szmalcownik żerujący na uchodźcach”. Uciekł przed zdeterminowanymi kobietami, ale skąd w ogóle wiedział, że tak można postępować? „Dzięki Zagładzie wiedział (uważa Natalia J.). Domyśliłby się i bez Zagłady, że tak można, ale zajęłoby to więcej czasu”.
Kolejne pytanie – czy cierpienia mogą ze sobą konkurować? Czy jedne są ważniejsze, a inne mniej ważne? Czy reporter może pisać o prawie-umieraniu autystycznego chłopca, gdy w tym samym czasie umierają naprawdę „ludzie w drodze”, których ciała znaleziono w Narewce? Tak, może, a nawet powinien. Chłopiec, Robert, i jego matka Maria H. nie po raz pierwszy pojawiają się u Hanny Krall, a rysunek siostry Roberta, Amandy, znalazł się na okładce – to portret młodej Hanny przerysowany ze zdjęcia.
I jeszcze jedno (dużo tu pytań): co by było, gdyby Polacy podczas wojny pomagali Żydom tak masowo, jak ostatnio Ukraińcom? Pierwsza czytelniczka tekstu, w którym to pytanie padło, przypomina, że okoliczności były inne. Autorka odpowiada:
„No pewnie, że inne i że pomagać nie mogli. Ale mogli – na przykład…
Nie nasłuchiwać.
Nie zauważać.
Nie dopytywać się.
Nie domyślać się.
Mogli nie szukać – po piwnicach, stodołach, stogach, bunkrach.
Ani po lasach.
A jak już po tych lasach biegali, mogli nie wołać – Żydzie, wiem, że tu jesteś!”.
Mnóstwo tu jeszcze wątków, włącznie z seansem spirytystycznym w Moskwie, u prawnuczki Puszkina, który tajemniczo wiąże się z audiencją u Jana Pawła II, wiele lat później. I – także z Moskwy – wspomnienie o kompozytorze Mieczysławie Weinbergu, który zaufanemu gronu w 1968 r. grał na fortepianie swoją operę oświęcimską „Pasażerka”, a Dymitr Szostakowicz, siedzący koło Hanny Krall, szeptał „czudiesno”. Są też obrazki z lat 50., a także opisany przez Joannę Tokarską-Bakir krakowski pogrom Żydów w sierpniu 1945 r.; niektórzy uważają, że nie był to pogrom, bo zginęła tylko (tylko?) jedna osoba, Róża Berger (mąż mówił do niej „Rachełe”, z akcentem na pierwszej sylabie).
Są krzepiące postacie, jak Anna Jadach. „O Ance myślałam. U której we dwie były, ośmioletnie obie i z nieszczególnym wyglądem. Dobrze było z Anką J. Na Pole Mokotowskie z nią się chodziło, tańce francuskie, jej ulubione, z nią się tańczyło, a w niedzielę szło się do Andrzeja Boboli. (…) Narbutta czterdzieści osiem wiedziało o dziewczynkach. Wiedziało też o mężu – oficerze i o synu – harcerzu. Byli chwilowo nieobecni, ale mieli wrócić, obaj, zaraz po wojnie”. Syn wrócił dopiero po jej śmierci, wspomnienia opublikował po angielsku, w Kanadzie. Krzepią też bohaterowie „Genealogii”, jak Joanna, prowadząca w Human Rights Watch „Projekt więzienny”, albo jej córka Sara, obrończyni praw ugandyjskiego ludu Acholi.
A dlaczego „Jedenaście”? To numer domu w Otwocku przy ulicy Prusa, gdzie po wojnie był dom dziecka, do którego trafiła autorka. Budynku już nie ma, na jego miejscu wyrosły samosiejki. Wyprawa z niegdysiejszym otwocczaninem, poetą Piotrem S. (domyślamy się, że to Piotr Sommer), wprowadza jednak zamieszanie. Numer jedenasty owszem, jest, ale samosiejek nie ma, są za to siostry Notre Dame. – Na wszystko mamy papiery – odpowiada jedna z nich, zagadnięta przez Piotra.
„To pewne, że mają.
Że papiery są w porządku.
Że ich jedenaście też jest w porządku.
Wszystko w ogóle jest w porządku”.
Inne dzieci z otwockiego domu też się pojawiają w tej książce. Jak Tomasz, który trafił do niego jako chłopiec w mundurze. Był w getcie, potem w obozie oświęcimskim, w styczniu ’45 szedł w Marszu Śmierci, w Sachsenhausen amputowano mu odmrożone palce u stóp, mundur uszyli żołnierze polscy i rosyjscy, którzy go wyzwolili. W Otwocku odnalazła go matka. Wyjechali za ocean, ukończył kilka amerykańskich uczelni, specjalizował się w prawach człowieka. W 2000 r. przyjechał do Oświęcimia na rocznicę Marszu. „Wieczorem, w krakowskim hotelu odebrał telefon. Miał reprezentować Stany Zjednoczone w Hadze, w Trybunale Sprawiedliwości”.
Wspaniała książka, i tylko jedno mnie w niej martwi – epilog. W nim najpierw wyliczenie, co się w niej nie znalazło – historie o dziewczynie, która uciekała przed obławą na prostytutki, o rudym komuniście, o kobiecie z puszczy, która zasadniczo nie lubiła uchodźców, oraz o Syryjczyku Issie i psie Ryżyku, każda z nich znakomita. I potem te mrożące zdania: „Książka skończyła się, a jeszcze nie… Nie ma – jeszcze. Tym razem nie ma”. No więc nie ma zgody, Pani Hanno. To nie może być koniec. W „Notatkach przed spotkaniem autorskim” napisała Pani: „Opowiadanie jest potrzebą: pamiętania i bycia zapamiętanym”. A co z wiernymi czytelnikami? Co będą bez Pani pamiętać?

Hanna Krall JEDENAŚCIE, Wydawnictwo a5 2024
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















