Reklama

Cyfrowy post

Cyfrowy post

19.03.2018
Czyta się kilka minut
Od wieków marzymy o tym, żeby choć na chwilę odłączyć się od społeczeństwa. Dziś, gdy nasze urządzenia prawie wszędzie mają zasięg, a nasze tożsamości są splecione z życiem online, wydaje się to niemożliwe.
STEUCCIO79 / STOCK.ADOBE.COM // MONTAŻ „TP”
W

W 1854 r. Henry David Thoreau opublikował „Waldena”, długą medytację o prostym życiu, w którym dojrzały człowiek w samotności może odnaleźć spokój, oddzielić to, co ważne, od tego, co nieważne, i stać się lepszy. Doświadczenia, które złożyły się na „Waldena”, zdobywał, mieszkając samotnie przez dwa lata w domu w lesie w Massachusetts. Eksperymentował z duchową i materialną samowystarczalnością (bez przesady jednak, pranie robiła mu matka, a na kolację mógł wpaść do zaprzyjaźnionego sąsiada). Poszukiwał prawdziwie świadomego życia w bliskiej relacji z rytmami natury.

Czytany dzisiaj – a jest czytany jak mało która z książek z połowy XIX w. – „Walden” zwraca uwagę aktualnością. Myśli Thoreau wędrują tymi samymi ścieżkami, którymi lata później podążać będą inni krytycy nowoczesnych społeczeństw. Mit życia w lesie, przestrzeni poza czasem i bez historii, gdzie życie jest prostsze, a wybory mają moralną klarowność, powraca zresztą nie tylko w filozoficznych traktatach. Wie to każdy zestresowany i przemęczony pracownik, któremu po kolejnym zwołanym przez Outlook bezsensownym spotkaniu i dniu spędzonym w rytm wibrujących smartfonów zdarzyło się westchnąć: „Może to wszystko rzucić i wyjechać w Bieszczady?”. Otwiera więc na Kindle’u „Waldena” i w marzeniu XIX-wiecznego transcendentalisty odnajduje swoje własne.

Żeby nie przesadzać tak z pracą, bo „pracując ludzie kierują się błędnym założeniem. W krótkim czasie lepsza część człowieka zostaje worana w ziemię i zamienia się w kompost”. Żeby znaleźć czas dla siebie i uciec od międzyludzkiego świata pozy, mody i lansu, bo czyż nie bywamy „bardziej samotni, kiedy wychodzimy między ludzi, niż kiedy zostajemy w domu”? Żeby pozbyć się rzeczy, nie myśleć o pieniądzach, wyłączyć się z konsumpcjonistycznego pędu, wszak „bogactwo człowieka proporcjonalne jest do liczby rzeczy, z których potrafi zrezygnować”.

Żeby budził nas świt, a nie budzik, żeby wreszcie zwolnić, zatrzymać się, żeby mieć dobre, proste życie i doświadczać w nim prostych przyjemności. „Trawimy życie na drobiazgach. Prostota, prostota i jeszcze raz prostota!”.

Strach przed przegapieniem

W 2013 r. dziennikarz „Wall Street Journal” Michael Hsu, który wrócił do „Waldena”, nawoływał: „uprość swoje życie z technologią”. Dzisiejszy 28-latek, sugerował Hsu, prawdopodobnie niepokoi się, że trawi życie na innych drobiazgach, niż mógł trawić je młody Thoreau, ale niepokój o zgubny wpływ współczesnej cywilizacji na człowieka i marzenie o odłączeniu pozostaje to samo. Charakterystyczna jest zmiana technologii, które stają się symbolem opresji. Piszący w czasach rewolucji przemysłowej Thoreau najmocniejsze słowa zarezerwował dla kolei żelaznej: wydaje nam się, że to my nią jeździmy, a to ona jeździ po nas, miażdżąc człowieczeństwo w imię postępu i szybkości. Hsu czyta „Waldena” w czasach rewolucji informacyjnej, więc pisze: wydaje nam się, że używamy Facebooka, a to Facebook używa nas, kolonizując umysł trywialnymi informacjami i czyniąc nas zakładnikami powiadomień i lajków.

Takich tekstów w ostatnich latach pojawiają się setki. Są one częścią rozległego kulturowego trendu, który można by nazwać „utopiami odłączenia”. To zarówno abstrakcyjne marzenia, jak i bardzo konkretne projekty czy praktyki nakierowane na wizję lepszego życia dzięki odłączeniu się od technologii. Co mówi o współczesności powracające marzenie o odłączeniu się od mediów?


CZYTAJ TAKŻE:

Uciec z sieci – ale dokąd? Zamiast snuć utopijne wizje o odłączeniu, trzeba się skupić na Najważniejszym.


Współczesne utopie odłączenia mają wiele nazw. „Cyfrowy detoks” sugeruje, że media stały się czymś w rodzaju uzależnienia, nad którym należy zapanować, tak jak robi się to w południowokoreańskich obozach leczących nastolatków z niepokojącymi symptomami odstawienia komputera. Niektórzy używają pojęć wprost odsyłających do religijnych praktyk powstrzymywania się, mamy więc rodziny „poszczące” i obchodzące „cyfrowy szabat”. Uczestnicy „tygodnia bez ekranów”, zachęcający innych, by „wyłączyli monitory i włączyli życie”, zwracają uwagę, że ekrany z rzeczy, które miały pokazywać nam świat, stają się rzeczami, które nam świat zasłaniają. Wszechobecność ekranów ma też inne konsekwencje: fizjolodzy snu ostrzegają przed niebezpieczeństwami niebieskiego światła ekranów, a rodzice coraz częściej starają się ograniczać „czas ekranowy” swoich dzieci. Odłączenie wymaga jednak przełamania FOMO (fear of missing out), czyli wewnętrznego strachu przed przegapieniem czegoś ważnego.

W wydanej w Polsce w 2014 r. książce „E-migranci” również inspirująca się „Waldenem” Susan Maushart opowiada historię odłączenia się od technologii medialnej jej i trójki jej dzieci. Przechodząc przez fazy irytacji, frustracji i nudy, rodzina nabiera innego kształtu: relacje są bliższe, bardziej bezpośrednie, czas inaczej zorganizowany. „E-migranci” wyraźnie pokazują, że technologie uspołeczniają, tzn. przekształcają niezależne istnienie ludzi w istnienie dla innych. Media formatują relacje między nami. Wyłączyć je, to dać sobie zadanie ułożenia tych relacji na nowo.

Ostatecznie jednak Maushart wraca do świata, ale życiu po powrocie nie poświęca w swojej książce zbyt wiele uwagi. Inaczej niż dziennikarz „The Verge”, Paul Miller, który nie korzystał z sieci przez rok. Jego wniosek po powrocie jest zaskakujący: chciał funkcjonować w społeczeństwie inaczej niż poprzez sieć, ale właśnie to alternatywne uspołecznienie okazało się nieautentyczne: „Moim planem było wyjść z internetu i w ten sposób znaleźć »prawdziwego« Paula i znaleźć kontakt z »prawdziwym« światem, ale prawdziwy Paul i prawdziwy świat okazali się nierozerwalnie powiązani z internetem. Nie chodzi więc o to, że moje życie nie było inne bez internetu, ale o to, że to nie było prawdziwe życie”. W swoim tekście Miller rozbija pozytywny mit samotnego pioniera. Rozrzuceni po Ameryce jego krewni i przyjaciele poczuli się po prostu opuszczeni, a jego pięcioletnia siostrzenica nie do końca jeszcze wiedziała, co to jest internet i dlaczego wypada się od niego odłączać w poszukiwaniu siebie, ale wydawała się za to bardzo tęsknić za wujkiem na Skypie.

150 razy dziennie

Nową sytuację rozpoznają designerzy. Projektanci studia Kovert Designs, szukający pomysłów na nowe rodzaje przedmiotów-mediów, które można by mieć ze sobą, nie czując się zawsze wpiętym w nerwowy rytm sieci, organizują odosobnienia w duchu technologicznego detoksu. W czasie jednego z takich wyjazdów, na pustyni w Maroku, obserwowani przez specjalistów uczestnicy zwrócili uwagę na to, że bez mediów rozmawiają inaczej, częściej patrzą sobie w oczy i doświadczają głębokiej współobecności z drugą osobą. Co ciekawe, zmieniały się ich ciała, już nie pochylone nad ekranami (ortopedzi mówią już o zespole „smartfonowej szyi”), lecz nagle wyprostowane, emanujące spokojem i otwarte na doświadczenie. Kovert (teraz pod nazwą Vinaya) nie poprzestaje na tym. Tak jak Maushart i Miller szuka sposobu na to, żeby z detoksu mądrze wrócić do rzeczywistości. Stąd projekt „smart biżuterii”, ładowanych przez USB wisiorków i pierścionków, które łączą cyrkonię, technologię Bluetooth oraz alarm wibracyjny. W ukrytym na dnie torebki smartfonie aplikacja filtruje przychodzące komunikaty w zależności od nadawcy lub umówionego słowa klucza i tylko niektóre przepuszcza dalej, a wtedy ozdoba dyskretnie daje sygnał. W pracy dyplomowej na Uniwersytecie Artystycznym w Poznaniu Agata Nowak zaproponowała stworzenie fotela-oazy w usieciowionym domu. Mebel otacza ciało klatką Faradaya i odcina zasięg telefonu.

Współczesne utopie odłączenia są również reakcją na wiele niepokojących, cielesnych symptomów. Napisałem to zdanie z pomocą aplikacji Freedom, która ma pomagać w skupieniu, wyłączając w moim laptopie dostęp do sieci (w notce na końcu powieści „Londyn NW” Zadie Smith dziękuje temu kawałkowi kodu za „stworzenie czasu” na pisanie). Ale i tak co chwilę machinalnie próbuję sprawdzać Face­booka, przez którego rozmawiam zresztą z redaktorem tekstu. Firma Kleiner Perkins Caufield & Byers policzyła, że użytkownicy smartfonów średnio odblokowują je nawet do 150 razy dziennie. Psycholodzy i neurolodzy obserwują od jakiegoś czasu syndrom fantomowych wibracji. Użytkownikom smartfonów wydaje się, że ich urządzenie wibruje, ożywione ­esemesem lub powiadomieniem z aplikacji. To pokazuje, jak mocno media nie tylko wplotły się w życie codzienne, ale wręcz zrosły z naszymi ciałami. Socjolog Marek Krajewski uważa, że inaczej doświadczamy swoich ciał. „Ciało staje się częścią technologicznych sieci, nie tylko reaguje na impulsy z nich napływające, ale także samo je generuje. Jednostka istnieje i odczuwa tylko wtedy, gdy jej organizm (…) staje się aktywnym routerem, odbierającym informacje i przesyłającym je dalej”.

Czego nas uczą fantomowe wibracje, odczuwalna głęboko w ciele tęsknota za bodźcami z sieci? Przede wszystkim tego, że wciąż aktualne marzenia z „Waldena” prowadzą nas już nie do lasu czy w Bieszczady (tam wszak jest zasięg), lecz w głąb siebie. Jeśli wszędzie możemy być online, to może i wszędzie potrafilibyśmy być ­offline. Co jednak się stanie, jeśli naprawdę się odłączymy?

Jak bez ręki

Pracując ze studentami School of Form Uniwersytetu SWPS, czasami proponuję im i sobie eksperyment: spędźmy 24 godziny bez mediów elektronicznych, z wyłączonym telefonem, odciętym internetem, bez telewizora czy muzyki. Spotykamy się kilka dni później i zajęcia z reguły wyglądają jak sesja terapii grupowej. Jedna ze studentek opowiada, że przez cały dzień prześladowały ją myśli o tym, że jej bliscy zginęli, a ona pozostawała tego nieświadoma. Bez poczucia, że jest potencjalnie dostępna, uchwytna, że czuwa – czuła lęk. Inni się zgadzają: nie chodzi o konkretne nieobejrzane zdjęcia i statusy, czy to ze świata, czy od znajomych. Chodzi raczej o to, że naładowany smartfon podłączony do sieci traktujemy jak amulet, który chroni nas od złego. No i może ktoś napisze z propozycją pracy?

W opowieściach odłączonych wracają metafory amputacji („jak bez ręki”) i niedomagania („taka jestem upośledzona, niepełna”). Inni czują się głupi bez podręcznego Google’a; zdani na własną pamięć i wiedzę popadają w bezradność. Regularne używanie wyszukiwarki sprawia, że ludzie znacznie przeceniają swoją faktyczną inteligencję.

Tego rodzaju objawy postanowili skatalogować badacze ze stanowego Uniwersytetu Iowa opisujący nomofobię, czyli strach przed znalezieniem się w sytuacji bez dostępu do telefonu. Stworzyli kwestionariusz, w którym możemy rozpoznać własne problemy w stwierdzeniach takich jak: „bez telefonu czułbym się oderwany od swojej tożsamości online” czy „bez telefonu czułbym się dziwnie, bo nie wiedziałbym, czym się zająć”. Prosty studencki eksperyment – „Walden”, edycja polska i współczesna – ujawnia w tym miejscu serię paradoksów, które lepiej pozwolą nam zrozumieć, dlaczego tak trudno się odłączyć.

Po pierwsze, chcemy znaleźć spokój i prostotę, bo nadmiar treści i szybkość transmisji nas przytłaczają, ale okazuje się, że odłączeni czujemy niepokój. To sieć jest naszym punktem zaczepienia w świecie i daje nam pewność osadzenia w relacjach z innymi, którą socjolog Anthony Giddens nazywa „bezpieczeństwem ontologicznym”. W miarę jak społeczeństwa stają się zbiorowościami jednostek doraźnie łączących się w zmieniające się sieci, a przestają być układami trwałych grup (np. rodzin), pewność płynącą z przynależności znajdujemy coraz częściej w komunikacji zapośredniczonej przez media. Żeby zrozumieć to zjawisko, socjolodzy Anthony Elliott i John Urry sięgają wręcz po psychoanalizę i twierdzą, że cyfrowe i mobilne media stają się dziś maszynami do poskramiania lęku egzystencjalnego. To on leży u podstaw nomofobii. Gdy jesteśmy w zasięgu, a baterię mamy naładowaną, nieświadomie rozładowujemy emocjonalne napięcia, bawiąc się smartfonem. Staje się on tym, czym kocyk lub przytulanka dla dziecka, pośredniczy między kruchym poczuciem „ja” a obcym światem. Projektanci i programiści dobrze o tym wiedzą, dlatego podkreślają znaczenie dotyku i tworzą interfejsy, które dają nam poczucie, że gadżet ożywa pod naszymi palcami, zna nasze potrzeby, przechowuje nasze wspomnienia i przywołuje kojące doświadczenia.

Maszyny tożsamościowe

Po drugie, podążając za Thoreau, chcemy poczuć się wolni i wyzwolić od świata przepracowania i konsumpcji, ale odłączeni tracimy sprawczość. Obecny etap życia z technologią ma dość przebiegłą cechę: rozmyły się w nim granice i zmienił rodzaj władzy, którą ma nad nami technologia. Robotnica w XIX-wiecznej fabryce odchodziła od maszyny do rzeczywistości zdecydowanie odmiennej. Wyraźnie oddzielone w niej były czas pracy w fabryce, czas pracy w domu i czas wolny. Dziś te podziały upadają, szczególnie u tych, którzy pracują w branżach kreatywnych. Te same urządzenia towarzyszą nam w miłości, przyjaźni i wypoczynku, co w pracy i konsumpcji.

Odłączenie jest w tym przypadku tyleż atrakcyjne, co niemożliwe, bo ani partner, ani szef nie lubi zbyt długo czekać na odpowiedź. Zamiast mniej technologii, wybieramy więc więcej technologii: kolejne aplikacje, które odfiltrują pożądane komunikaty od niepożądanych; kolejne urządzenia, które pozwolą nam na odłożenie innych urządzeń, jak iWatch, który reklamowany był m.in. obietnicą, że dzięki niemu nie będziemy musieli tak często patrzeć w iPhone’a. Wszystkie te działania nakierowane są na odzyskanie podmiotowości, poczucia sprawstwa i wolności, a pomagają nam w nich już nie XX-wieczne, nieludzkie i kanciaste maszyny, lecz przyjaźnie gaworzące z nami i wsłuchane w nas obiekty. W ten sposób cyfrowe media obiecują rozwiązać problemy, które same współtworzą.

Po co się odłączać? Oczywiście, by poznać siebie, odpowiadamy za „Waldenem”, żyć świadomie, podążać za swoim rozumem i emocjami. Utopie odłączenia koncentrują się często właśnie na tym zadaniu. Pobrzmiewa w nim charakterystyczne dla indywidualistycznej kultury Zachodu przekonanie, że istnieje integralne, mocne „ja”, które można poznać, wyrazić i ulepszyć.

Trzecia i bodaj najważniejsza nauczka z prób odłączenia jest taka, że podejmujemy je, bo chcemy dostępu do tej prawdziwej tożsamości, ale jak widzieliśmy, odłączenie kończy się raczej tożsamościowym kryzysem. Nagle nie można na sobie polegać, trudno ze sobą wytrzymać, nie ma się komu zaprezentować. Bez baz danych, kontaktów i archiwów zdjęć; bez skalibrowanych do naszych gustów algorytmów Google’a i Facebooka, które filtrują nam rzeczywistość; bez zakładek i folderu „Moje Dokumenty”; bez nieustannego potwierdzania własnego istnienia przez reakcje innych i wykonywanie selfie – bez tego wszystkiego poczucie „ja” okazuje się zaskakująco słabe. Cyfrowy detoks zamiast oczyszczać prawdziwe „ja” z zakłóceń, ujawnia, że bez sieci jest ono często niepełne albo podatne na rozpad.

Nowe media są świadomie projektowane i używane jako maszyny tożsamościowe, narzędzia dla usieciowionych indywidualistów. Russell Belk pisze, że należy właściwie myśleć o „rozszerzonym ja”, w którym to, co o sobie wiemy, jest uwikłane w linki, tagi i profile. Innymi słowy, będąc online jestem w kontakcie nie tylko z innymi, ale przede wszystkim ze sobą samym w oczach innych. Sieć staje się rodzajem lustra. Etnograficzne badania użytkowników nowych mediów pokazują, że by poznać siebie i pracować nad sobą, raczej intensyfikują oni korzystanie z technologii, niż próbują się od niej odłączać.©

Cytaty z „Waldena” w tłumaczeniu Hanny Cieplińskiej.

 

Autor kieruje zespołem humanistyki i nauk społecznych School of Form Uniwersytetu SWPS i pracuje jako asystent w Instytucie Filozofii i Socjologii Polskiej Akademii Nauk.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

O ile lepiej czytałoby się ten tekst gdzieś w ciepłym szałasie w Bieszczadach a nie w McDonald's w Mińsku Mazowieckim;)

Wyprowadziłem się na odludzie i doświadczyłem dokładnie tego samego kryzysu. Spodziewałem się spokoju i wyciszenia, a okazało się, że dopiero w ciszy słychać wyraznie wewnętrzny chaos i krzyk zagłuszany wcześniej przez zgiełk miasta. To chyba bardzo indywidualne, ale w moim przypadku konfrontacja z tym chaosem i oswajanie kryzysu jest bardzo cennym doświadczeniem (może przede wszystkim właśnie jako jako spotkanie z lękiem egzystencjalnym).

zen

Widzialem goscia w kawiarni. Bez laptopa, bez telefonu. Siedzial, pil kawe i patrzyl sie w okno. Jak jakis psychopata.

Psychopatia to pewien brak w mózgu, powodujący niezdolność istoty (nie nazywam jej Człowiekiem, bo nie wiem, czy nim jest) do odczuwania empatii... Czyli jednej z najważniejszych cech istoty w pełni ludzkiej. Czy coś, co nie odczuwa empatii, jest Człowiekiem? Nie wiem. Dla mnie nie.. Natomiast ktoś, kto spokojnie pije kawę i patrzy w okno, obserwując świat w biegu.. z całą pewnością nie jest psychopatą. ;)

„Trawimy życie na drobiazgach. Prostota, prostota i jeszcze raz prostota!”. Proste życie wiedli moi dziadkowie, nie należeli do biedoty, więc ich prostota nie ograniczała się tylko do napełniania brzucha. Mam zdjęcia dziadków i moich rodziców z lat ich młodości. Na ich twarzach maluje się zmęczenie, trud codziennej ciężkiej pracy i walki o przerwanie. Mam dziś prawie 60 na karku, a wyglądam lepiej niż oni mając lat 30 kilka. Ja też zasmakowałem prostego życia, jako pięciolatek pasałem stado gęsi, mając lat 7 awansowałem na pastucha krów w ilości sztuk 20. Od rana do wieczora, w słońce, deszcz, gorąc i chłód. Potem , jako pracownik fizycznie użyteczny do pracy w polu, na grę w piłkę, zabawy z kolegami mogłem poświęcić kilka chwil w niedzielne popołudnie, ale i wtedy wieczorem czekał mnie obrządek w chlewie. Tak to było proste życie, szkoła była dla mnie odpoczynkiem od zwykłej ciężkiej pracy fizycznej. Autor słów o prostym życiu, chyba tak tego nie widział. Nie miałem kłopotów z niebieskim światłem, czy ze snem. Jakoś śmiesznie mi się robi, gdy czytam te propozycje postów cyfrowych, sieciowych, a może by tak sobie zrobić post od religijnej i politycznej inwigilacji. Przyszło nam żyć w czasach dobrobytu niespotykanego dotąd w dziejach ludzkości. Być może są to ostatnie już chwile tak zasobne w wszelkiego rodzaju dobra dostępne dla zwykłego szarego człowieczka. Piszę o dobrobycie tu i teraz, dotyczącego nas osobiście. Proszę sobie darować straszenie nas wyimaginowanymi potworami, jest wiele prawdziwych potworów, jednym z nich jest starość i opieka nad samotnymi schorowanymi ludźmi uwięzionymi w blokowiskach. Ten sieciowy potwór jest wymysłem i fanaberią, niczym więcej. Będąc dzieckiem, gdy bawiłem się z kolegami, jednym uchem nasłuchiwałem, czy nie wołają mnie rodzice, aby w czymś im pomóc. Nigdy tak do końca nie mogłem się zatracić w zabawie. Dziś otaczają mnie maszyny, robią większość rzeczy, których sam nie znoszę robić, Mam czas dla rodziny, znajomych, na własne hobby. Urządzenia pomagają mi w opiece nad seniorami rodziny, a zadanie to jest niełatwe - zapewniam. Mam dostęp do książek, informacji bez ograniczeń, nie jestem uwiązany do telewizora, ani skazany na wulgarną propagandę czy manipulację, mam wybór, a wybór to wolność - nieprawdaż. Nóż zasadniczo wymyślono do krojenia jedzenia, ale doskonale się sprawdza jako narzędzie zbrodni. Proszę nie ubolewać nad upadkiem, bo jakoś nie widać dużo tych leżących.
Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]